Kto rządzi w naszym cyrku?
niedziela, 06 września 2015

     Także ten...temat emigracji uważam za zamknięty. Chociaż nie, KO jeszcze został po tamtej stronie mocy, ale zaraz do nas dołączy. My z dziewczynami miesiąc temu wsiadłyśmy w samolot i oto jesteśmy. Lot muszę opisać osobno, bo morał był taki, że sama już z Wiedźmami nie latam.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Odbiór rzeczy z dwóch busów, duży pokój w mieszkaniu usypany nimi po sufit i w tym Matka, Królowa Chaosu, która z nieodstępującymi jej na krok nieletnimi musiała ten bajzel okiełznać. Kładłam się między 2-4 w nocy, wstawałam 7-8 rano, w międzyczasie drobny remont i takie tam atrakcje. Kiedy kurz opadł, zadźwięczał pierwszy dzwonek i Starsza ruszyła do polskiego* przedszkola. Z jednym dzieckiem w domu, codziennie po 7h czuję się prawie jak na wakacjach. Na półkoloniach. Ale nie na długo, bo proces poszukiwania tego, co będzie mi co miesiąc wysyłał pieniążki na konto, również ruszył. Chciał nie chciał więc, Młodsza w poniedziałek rozpoczyna swoją ścieżkę edukacyjną w żłobku. Teoretycznie rozpoczęła również w miniony wtorek, ale praktycznie to od wagarów. Jeszcze dobrze nie została zaniesiona**, a już się zdążyła rozchorować. Oj, będzie płacz. Będzie płakać Młodsza, będzie płakać Matka, opiekunki i wszystkie empatyczne dzieci. Córa przecież przez 10 miesięcy swojego życia nie miała zbyt wielu okazji do tego, by zrozumieć, że Matka i Ona to dwa odrębne organizmy, potrafiące funkcjonować bez siebie dłużej niż 2h. W UK byliśmy sami, a nawet same, bo Król Ojciec od maja dom odwiedzał li tylko w weekendy. A teraz po przyjeździe do Polszy, lęk separacyjny był już na tyle silny, że nie sposób było wprowadzać stopniowego przyzwyczajania do tego, że mama może gdzieś wyjść. Zabrakło chętnych, odpornych na dziecięce łzy. Tym sposobem jesteśmy w czarnej dupie. A do tego jeszcze zewsząd komentarze, "przecież ona jest za mała na żłobek/nie powinna jeszcze...itd". Co poradzić? Dorobiłam się już miseczki C/D, ale 4-osobowej rodziny nadal nie wykarmię.


 

* zawsze mówi "a jak byłam wczoraj w tym polskim przedszkolu...".

** kiedy powiedziałam, że Młodsza "pójdzie do żłobka", Starsza poprawiła mnie "ale jak to? przecież ona jeszcze nie umie chodzić!"

piątek, 31 lipca 2015

     Córa Starsza jest wyznawczynią porządku akademickiego.
- Ej, nie sądzisz, że przesadziłaś z bałaganem w swoim pokoju?
- Ale mamo, można przecież przejść od drzwi do okna. Zobacz, tędy...tu...tu musisz postawić stopę, tu przeskoczyć i o! Już jesteś.
Tydzień czasu może nie obejrzeć ani jednej bajki kiedy powiem, że włączę dopiero jak posprząta. Uparte zwierzę.

Któregoś dnia, wzięłam do ręki telefon i zaczęłam upamiętniać widok w chlewie. Ot tak, dla potomności, albo dla tych, którzy nie będą chcieli wierzyć, że na świętą to ona tylko wygląda. Córa podbiegła do mnie:
- Ale nie wysyłaj tego zdjęcia nikomu!
Któż by nie skorzystał z takiej podpowiedzi szantażu? Zaczęły się negocjacje, które niestety i tak spełzły na niczym. Córa miała inny plan:
- Skasuj to zdjęcie, a jutro je wyślesz.
- No jak? Przecież jak skasuję, to nie będę mogła wysłać.
- O to mi właśnie chodziło.

 

piątek, 24 lipca 2015

     Starsza Córa ma dziś w przedszkolu zakończenie roku. Wczoraj wypisywała kartki pożegnalne. Taką zrobiła dla swojego ulubionego pana przedszkolanka:

"Dla najzabawniejszego, śmierdzącego Stevena". Przy czym, "najzabawniejszego" dodała z mojej inicjatywy... Strach pomyśleć co by napisała dla kogoś, kogo nie lubi?


Kazali im się dzisiaj poprzebierać, wystylizowała się więc na wróżkę i powiedziała, że przemieni Stevena w kupę.
A niech ma chłopak, w zeszłym tygodniu Córa opowiadała, że jako piratka, tłukła go swoim mieczem, czy co to tam piraci mają, po pupie, a on udawał, że puszcza w nią bąki. Także z kartki powinien się ucieszyć.

P.S. Ale porównując do innych kartek, buziaczków "x" Stevenowi dała najwięcej.


czwartek, 16 lipca 2015

     Starsza Córa ma dziś w przedszkolu imprezę przebieraną, temat: morze. Dokładnie, pod morzem, ale w propozycjach kostiumów pojawili się min. serfer i plażowicze. Zakładając, że to nie o topielców chodzi, my również postanowiłyśmy wyjść nieco bardziej na powierzchnię i stworzyć strój piratki. Królowa Matka w rękodzielnictwie cienka jak barszcz, ale na łatwiznę nie pójdzie. W UK, zakup przebrania, to pestka przez okrągły rok, w każdym jednym markecie jest wybór, bo dzieci przebierają się na codzień. Nikogo nie dziwi Spiderman na rowerze, czy inna wróżka w piaskownicy. W sumie to z tego wszystkiego najbardziej zdziwiłaby mnie piaskownica (u nas w mieście jest jedna na pierdyliard placów zabaw). Założenie więc było takie, żeby przygotować strój z tego, co mamy w domu. Matki bluzka i pasek przerobione, Ojca koszula w strzępy, do tego plastikowe perły, piankowa szpada i piratka jak malowanie. Chociaż nie, oczu na Jacka Sparrow'a to malować nie chciała, ale po Halloween wcale mnie to nie zdziwiło.
Wsiadamy do auta, zapinam Córze pas, spoglądam na nią, a ta wokół ust ma resztki mleka ze śniadania.
- Nie umyłaś zębów?
- O, o.
Siadam za kierownicą i słyszę:
- A piraci nie myli zębów?
No fakt, chciała straszyć dzieci i personel, będzie straszyć. Oddechem, jak na prawdziwego pirata przystało.

 

poniedziałek, 13 lipca 2015

 

     Przypomniała mi się sytuacja z naszego majowego pobytu w Polsce. Dwa tygodnie mieszkaliśmy u córowych dziadków. Domek pod miastem, ogródek, zaraz obok las. Cykanie świerszczy, pohukiwanie sowy, śpiew ptaków. Na to przyjechaliśmy MY. Dwójka średnio ogarniętych dorosłych z dwójką małoletnich, z których jednej buzia się niemal nie zamyka, druga poza domem wymaga bycia w centrum uwagi. Niemal codzienne późnowieczorne powroty z wizyt wszelakich i szybkie szykowanie do spania dwóch zmęczonych latorośli. Do tego mnóstwo bagaży, bo to pierwszy tak długi wyjazd w szerszym gronie, więc wszystko mogło się przydać. Generalnie przeszliśmy niczym huragan. Ostatniego dnia dom jak po bombie, wszędzie porozrzucane nasze rzeczy oraz wysoki stan poddenerwowania, czyli tzw. pakowanie. Wieczorem, przy kolacji, rozmawiamy o powrocie do domu, Starsza siedzi przy stole i wesoło machając pod nim nóżkami nagle rzuca:

- No, nareszcie będziemy mieć ciszę i spokój.

Chyba musielibyśmy tak nazwać córki.

środa, 08 lipca 2015

     Ponieważ to nasze ostatnie podrygi w Anglii, postanowiliśmy jeszcze coś zobaczyć. Wystarczyła 1h samochodem i tadaaam Peak District National Park. Piękne widoki, trochę górek, trochę jezior, a w okolicy miasteczka o niezwykłym charakterze. Chciałam wrzucić parę fotek na bloga, ale zmniejszanie, dodawanie, współpraca z angielskim internetem, wszystko to sprawiło, że zapraszam na oglądanie zdjęć na mojej stronie na FB :)

 

wtorek, 07 lipca 2015

     Przeglądamy z Córą Starszą książeczkę z rysunkami przedstawicieli różnych zawodów. Córa nazywa każdego z nich, aż przy jednym zapada cisza.
- No a to, kto to jest?
- Ten, co gasi pożary.
- A jak się nazywa taki pan, co gasi pożary?
- Przecież wiem, ale zapomniałam.
- W wierszyku było, pamiętasz wierszyk, pali się, pali się, pali się, pali się*?
- PALIcjant!

 

 

* Jan Brzechwa, Pali się.

sobota, 27 czerwca 2015

 

     Kiedy matka małych dzieci nie posiada psa, jej  najlepszym przyjacielem w domu jest odkurzacz. Królowej Matce daleko do bycia pedantką, ale jednak kiedy jedno je tak, że pod stołem śmiało jakiś bezdomny niedźwiedź mógłby się zalęgnąć i wyżywić, a drugie czochra się po całym pokoju wycierając sobą wszelkie zakamarki i śmiało rozszerzając dietę o napotkane po drodze resztki, wyjścia nie ma. Dziś jednak Matka postanowiła za żadne skarby nie tknąć odkurzacza, bo chowała w nim ciało. W dodatku ciało żywe i to było w tym wszystkim najbardziej przerażające.
U nas to KM jest zazwyczaj osobą odpowiedzialną za unicestwianie wszelkiego zbędnego życia w domu. KO albo twierdzi, że pająk wiszący nad wanną absolutnie mu nie przeszkadza, albo jak już musi się go pozbyć, robi to tak, aby oszczędzić osobnika, nawet jeśli ryzykuje tym samym jego dezercję. Matka jest matką i się nie czai, bo od razu widzi oczami wyobraźni robactwo łażące po jej dzieciach, a tego zdzierżyć nie może.

     Królowa Matka byle pająka się nie boi, ale wczoraj na widok tego Jegomościa omal z kapci nie wyskoczyła, zawału nie dostała, a do tego wydała z siebie, nie tyle okrzyk, co sekwencję dźwięków nie dającą się zapisać na zwykłej klawiaturze. Może jakiejś marsjańskiej, albo delfiniej...
Strzeliłam mu szybko pamiątkową fotografię i odpaliłam odkurzacz. Żaden lepszy sposób nie przyszedł mi do głowy. Próba ubicia bydlaka gazetą, czy kapciem mogłaby go rozjuszyć i rozległby się tylko tupot ośmiu odnóży kiedy wbiegałby pod kanapę.
Był w takim miejscu, że złapanie go do słoika i wywalenie za okno, czy może lepiej, do sedesu, by na pewno nie wrócił się mścić, też nie wchodziła w rachubę.
Posłałam za nim jeszcze z 10 chusteczek, bo akurat były pod ręką, a na koniec wetknęłam w rurę ręcznik papierowy. Postanowiłam czekać na odsiecz w postaci KO, który rycersko wyniesie worek z odkurzacza do śmietnika i choćby mnie przypalali, odkurzacza do tego czasu obiecałam sobie nie tknąć. Niestety. KO swoim zwyczajem, jak to zwykle, kiedy żona o coś prosi, zaczął się migać, że później, że jutro, a Matka zna obiecanki cacanki. Szczególnie, że tymczasem pod stołem Starsza zdążyła przez cały dzień usypać żarcia na dobrą imprezę dla stada takich pająków. A zmiotka, a w zasadzie szufelka, zakupiona w Ikei nadaje się do podziwiania chyba, bo na pewno nie do zamiatania. Wyszło więc na to, że gorszą od przypalania jest wizja Młodszej, która dogania drania, patrzy z ciekawością, wyciąga rączkę, łapie za włochatą nogę i... Ubiję każdego nieproszonego gościa, który zmieściłby się Młodszej do ust, a następnie wyniosę w worku na śmietnik. Tylko worki muszę kupić, bo to był ostatni.

 

* Na zdjęciu siedzi na bluzce 5-latki, takiej "za tyłek". Miał ok. 8-9 cm.

00:59, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

     Pisałam ostatnio, że Starsza ciągle gada, to wzięła i zaniemówiła w zeszłym tygodniu... Jelitówka. Jak zaczęła Córa rzygać, to pierwszej nocy 7 razy do niej wstawaliśmy (całe szczęście KO akurat był w domu). Już niemal nie mieliśmy jej w co przebierać i czym przykrywać. Mało brakowało, a położylibyśmy ją w wannie pod płaszczem przeciwdeszczowym. A ona jeszcze, "to ja pójdę spać do was". Dziękuję, wtedy wszyscy byśmy się musieli kąpać po każdym bełcie. W dodatku pościeli na nasze łóżko mniej mamy.
Kiedy minęła doba, a sytuacja nie uległa zmianie, zatargałam do lekarza, który jak to angielski lekarz, spuścił mnie na drzewo. Oczywiście z paracetamolem. A jak! Bo gorączkę miała. Jego zdaniem jeśli dziecko zwraca nawet wodę od ponad doby, to nie ma żadnego problemu, bo "naukowcy zbadali", że choć tak się wydaje, nie wszystko co było przyjęte, organizm wydala i póki dziecko nie odmawia picia, to w ogóle nie ma się czym przejmować, może tak chorować kilka dni, a nawet...tygodni.
Efekt był taki, że 1,5 doby później wylądowałyśmy na pogotowiu z odwodnieniem. Poziom glukozy Córy sięgnął dokładnie granicy, poniżej której według wiedzy podręcznikowej, człowiek traci świadomość. Jak się okazało, to właśnie ta nieszczęsna glukoza, a w zasadzie jej brak, potęgował mdłości i Córa wpadła w błędne koło. Po podaniu glukozy w żelu mogłam ją już stopniowo poić i wymioty minęły jak ręką odjął.

     W ciągu 4 miesięcy angielscy lekarze omal nie wykończyli mi więc tak jednej, jak i drugiej córy. W lutym jeden zignorował mnie, kiedy poszłam z zakatarzonym, pokasłującym 3-miesięcznym niemowlęciem, odesłał oczywiście z paracetamolem, twierdząc, że katar i kaszel same miną. Kilka dni później grzałyśmy miejsce na pogotowiu, gdzie kolejna mądra pani doktor również próbowała nas zbyć paracetamolem. Dopiero drugi pediatra (niemowlęta ogląda na pogotowiu 2 lekarzy), zainteresował się, zlecił badania, zostawił w szpitalu i okazało się, że Młodsza miała już zapalenie płuc.

     Innym absurdem była sytuacja, kiedy KO pojechał na pogotowie z głęboką raną dłoni. Dłoń została opatrzona, a KO umówiony na czyszczenie i szycie rany za bagatela 7 dni...

     Cóż, jesteśmy na tym "Zachodzie" od 2 lat i każde z nas już zdążyło zaliczyć wizytę na pogotowiu. Szczęścia do zdrowia, to my tu nie mamy za grosz. Niemniej jednak uważam, że o ile mojego złamania, czy próby ukrzyżowania się przez KO, nie można było uniknąć (nie czepiając się już szczegółów), o tyle wizyt z Córami mogłoby nie być, a przynajmniej w przypadku Starszej mogło się to odbyć mniej drastycznie.

     W końcu nie napisałam też jak wyglądało tu prowadzenie ciąży. Zbierałam się wielokrotnie, ale lista absurdów okazała się zbyt długa i w ciągu 9 miesięcy nie udało mi się tego ogarnąć. W skrócie rzecz ujmując, ciężarna ani razu nie widzi się z ginekologiem. Pomijając jakieś anomalie. Dopiero na porodówce. Ciążę prowadzi położna, która mierzy ciśnienie, słucha serca dziecka i pyta "jak się czujesz?", a następnie bez względu na odpowiedź, zapewnia, że "to normalne". W drugiej połowie ciąży dochodzi jeszcze mierzenie obwodu brzucha centymetrem. Badanie jest tak miarodajne, że ja raz usłyszałam "wychodzi mi, że twoje dziecko od 3 tygodni nic nie urosło".
Poza tym, pierwszych 3 miesięcy nikt nie nazywa tu ciążą, a jeśli czujesz, że ewentualnie coś jej może zagrażać, również zapewniają, że "to normalne" i "natura wie najlepiej, będzie jak ma być". Spoko, pewnie, ale co, kiedy natura sprawia, że matka ma zły poziom hormonów, czy czegoś tam innego, a płód jest zupełnie w porządku? Nikt ani razu nie sprawdza poziomu glukozy (jeśli nie masz w rodzinie cukrzyków), nie robią badania na toksoplazmozę, ani bakterię, którą to podczas porodu może zarazić się dziecko i poważnie rozchorować. USG są 2, ok. 13tc i 20tc, potem przez 20 tygodni musisz żyć wiarą, że wszystko gra. Kiedy dzwonisz do szpitala, pytając co robić, bo jesteś w 30tc i brzuch ci bez przerwy twardnieje, nawet co 10-15 min., każą wziąć paracetamol. Badania krwi robione są dwukrotnie, na hiv, żelazo, coś tam jeszcze, ale bez zwykłej morfologii. Ach! Jeszcze mocz sprawdzają na każdej wizycie...macza pani położna papierek, którym mierzy ilość białka. Żadnych bakterii nikt nie szuka, bo po co? Kiedy pokazujesz żylaki na nodze, oglądają ze współczuciem, "ojej, to na pewno musi boleć", a następnie polecają zażywać paracetamol. Kiedy przychodzisz i mówisz, że po cesarce chcesz rodzić naturalnie, prosisz o sprawdzenie blizny pod tym kątem, słyszysz, że nie potrafią tego zbadać, ale to nic, bo jak tylko zaczniesz się rozpadać, od razu wezmą cię na stół.
Ale w ogóle to fajnie, kobieta przez cały okres ciąży i rok po porodzie ma wszystkie leki za darmo. Dla dzieci do 16rż również leki są nieodpłatnie. Paracetamol czyli.

     Przykłady można mnożyć. Człowiek mieszkając w Polsce tak narzeka na służbę zdrowia, zazdrości tym "na Zachodzie". Jak to mówią, cudze chwalicie, a Janko Muzykant dostaje baty.

sobota, 06 czerwca 2015

...i mówi wciąż.

-Latem trzeba pić duuuużo wody! Żeby nie zdechnąć.


Pomaga przy siostrze, wynosi pieluchę do śmieci, po czym woła:
- A ja wcale nie muszę myć rąk po tej kupie....wyniosłam ją w zębach!
Pokłony dla tego, co wymyślił woreczki na zużyte pampki.


Uświadamiam Córę, że powrót do Polski zmieni na pewno nieco naszą sytuację finansową, że miłość jest ślepa i ten nasz kochany kraj mlekiem i miodem to nie płynie.
- Jak będziemy mieć mało pieniędzy, to my spakujemy Młodszą do auta i pojedziemy do bankomatu, a tata do pracy.


Jesteśmy na grillu, pies gospodarzy nosi imię, które jest jednym ze zdrobnień imienia Młodszej. Jedno z dzieci woła, że czegoś nie może dojeść. Gospodyni odpowiada:
- Rzuć tam pod krzak, L. potem sobie zje.
Na to Starsza zszokowana:
- Ale przecież...ona jeszcze nie ma zębów.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28