Kto rządzi w naszym cyrku?
środa, 30 stycznia 2013

     Przeglądamy z Córą gazetę, zdjęcie ciężarnej, weszłyśmy więc na temat, że była kiedyś u mamy w brzuszku (Córa, nie ciężarna, w sensie ta druga nie w moim), ona oczywiście podniosła mi bluzkę i pupskiem usiłowała do tego brzucha wrócić, temat generalnie zna. Pomyślałam, że powiem jej jak się z tego brzucha wydostała, jestem w tej dobrej sytuacji, że  miałam cesarkę. Mówię więc, że pan doktor przeciął mi brzuch, jak myśliwy wilkowi i wyjęli ją niczym czerwonego kapturka, na dowód pokazuję bliznę. Blizna jest moim zdaniem piękna, ładnie się zagoiła, no ale jest. Córa patrzy, patrzy, ze skrzywiąną miną złapała za moją bluzkę, obciągnęła w dół mówiąc: „mama, schowaj TO”.

I oto szacunek mojego dziecka do faktu, że dałam się za nie pokroić...

10:04, kropka306
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 stycznia 2013

     Śniegu po pachy i to już od kilku tygodni. Córa wyjątkowo też (tfu, tfu, przez lewe ramię, odpukać w niemalowane i absolutnie nie chwalę, tylko tak sobie stwierdzam fakt) cały styczeń zdrowa. Chodzimy więc na sanki, zazwyczaj na górkę do pobliskiego parku. W sobotę podjechaliśmy trochę dalej, na większą górę, dla Młodej wzięliśmy sanki, a sobie jabłuszko. A co, nam też się coś od życia należy. Swoją drogą przyznam, że starość nie radość, zjeżdżało się kiedyś ze stromego tyłu oblodzonej górki, na stojąco, a teraz na głupim jabłuszku strach jak zbyt pionowo. Serio, gówniarstwo takie nastoletnie rzucało się w dół w różnych pozycjach, a my tak hmm...z pewną dozą ostrożności. Ale co się dziwić, człowiek wychodzi z wprawy. Pewnie gdybyśmy Młode zostawili w domu mielibyśmy większe szanse na praktykę. Córa nas zadziwiła, bo ona z tych dzieci, co to potrzebują czasu, żeby zdecydować się na dotknięcie ręką brudnego schodka na drabince, czy usadzenie pupska w piasku. Czasem mamy odwrócone role od norm powszechnie uznanych za standardowe i to ja ją namawiam do brudzenia... Dopiero niedawno nauczyliśmy ją robić orzełka na śniegu, o większym tarzaniu nie było mowy, byliśmy więc przekonani, że jabłuszko nie będzie dla niej interesujące, a ta jak się dorwała, oddać nie chciała. Sanki stały z boku, zero zainteresowania, a Córa siadała pupskiem na jabłuszku, odchylała się do tyłu, odpychała nogami i nabierała całkiem niezłej prędkości. Nawet jak się przewróciła, nie było ryku. Zdecydowanie musimy to powtarzać, szkoda, że zapowiadają teraz deszcze i dodatnie temperatury...  

czwartek, 24 stycznia 2013

     Okazuje się, że znów nie doceniłam swojego dziecka. Jednak piosenka dla dziadka i babci faktycznie ułożona była do melodii z „Panie Janie”, Córa przedwczoraj odśpiewała mi całość w wannie (z odpowiednią gestykulacją). Pierwsza piosenka, której nauczyła się poza domem. Jednego słowa tylko nie mogę rozszyfrować, czy „wszyscy was witamy”, czy „wszystkich was witamy”, bo w wykonaniu mojego dziecka brzmi to tak, że nawet nie jesetem tego w stanie powtórzyć. To jednak drobiazg, mama jest dumna. Dziadki oczywiście zachwyceni, także występ się udał.

     Miałam wolny poniedziałek i nawet poza posprzątaniem, przyszykowaniem obiadu, udało mi się zmarnować trochę czasu w centrum handlowym, co więcej, nawet kupiłam coś dla siebie. Takie wyjście z domu to teraz rarytas. Matka nie jest już normalnie rozumującym człowiekiem. Dla mnie termin "czas wolny", oznacza chwilę na powieszenie/złożenie prania, przelecenie się po mieszkaniu z jakąś ścierką, przeprasowanie czegoś, ugotowanie i to wszystko bez "pomocy".

Udało mi się ostatnio wrócić z pracy przed Córą, kiedy tylko wchodząc na podwórko zobaczyłam, że nie ma jeszcze auta, przyspieszyłam kroku, niemal z pieśnią na ustach wpadłam do domu, szczęśliwa, że będę mogła spokojnie...ugotowac obiad. No normalne to nie jest.

piątek, 18 stycznia 2013

      Dzisiaj w żłobku Dzień Babci i Dziadka, będzie więc impreza, występy. Do naszej Gwiazdy przyjadą 2 babcie i dziadek. Zastanawiam się co  z dziećmi, do których nikt nie będzie mógł przyjść? Bywa przecież, że jednych już nie ma, inni nie wyrwią się z pracy, a jeszcze inni daleko. Z jednej strony więc miło, że żłobki, przedszkola organizują takie święta, a jednak  komuś może być przykro...

Dzieciaki przygotowują już program artystyczny i Córa jest w swoim żywiole. Cały tydzień, kiedy tradycyjnie rano wołała, że nie chce iść do dzieci, będzie oglądać bajki, tatuś przypomniał jej, że mają próby do występu:

- aaaa, taaaak, do żłoba! – i biegła zakładać buty.

Wczoraj jak zapytałam co to za przedstawienie szykują, kazała mi stanąć na środku pokoju, chodziła w okół mnie i śpiewała „ooo dziaadkuuu, ooo dziaadkuuu”. Melodii do słów użyła z „bim bam bom” w „Panie Janie”,zawsze jak nie pamięta melodii używa pierwszej, która jej przyjdzie do głowy.

     Ostatnio w miarę (tfu, tfu) zaczyna się normować wieczorne usypianie. Coraz mniej krzyczy, rzadziej woła i kombinuje, a jak nie uśnie na żłobkowej drzemce, po prostu jak dawniej kładę ją, wychodzę, a ona grzecznie usypia. Wróciliśmy do stałych rytuałów, ustabilizowałam godzinę. Pofolgowałam jej  ostatnio, szczególnie kiedy siedziałam do późna w pracy, żal mi było że tęskni i sama też tęskniłam, więc do kąpieli szła później, potem też niespiesznie kolacja, bajka, jeszcze jakieś łażenie po mieszkaniu, no i się rozkokosiło. Teraz wybija 20 jest kąpiel, kaszka, bajka i prosto do łóżka. Najwyraźniej nie mogę jej pozwalać na odstępstwa po kąpieli, nie ma łażenia, wymyślania zajęć, jest piżamka, jest więc i łóżko, zamykamy ślepka, buziak, pa.

środa, 16 stycznia 2013

 

     Poza kwestiami oczywistymi są jeszcze rzeczy, o których człowiek dorosły nie ma pojęcia. Moje dziecko pierwsze posiedzenie na prawdziwym sedesie odbyło już z gazetą w rękach. I to było ok. Wygląda na to, że zdecydowanie muszę dbać o to, żeby miała co „czytać”.

Wychodzimy z domu, poubierani, zakładamy buty przy drzwiach, „mama, siusiu”..... Oczywiście pomyślałam sobie, co pomyślałam, rozebrałam i posadziłam na tronie. „Mama, idź”. Ok, poszłam więc sobie.... Ponieważ nic się nie działo, nie słyszałam nawoływania, a troszkę nam się spieszyło, w końcu zaglądam, a ta...po gołych nogach szoruje się...szczotką do kibla. To dziecko mnie czasem osłabia.

wtorek, 15 stycznia 2013

     Wchodzę wczoraj do żłobka po Córę, ta zdziwiona moim widokiem (od niemal miesiąca nie wyszłam przed 16 z biura), radośnie krzyczała „mamusia, mamusia”. Mówię jej więc, że dziś komplet, jest też i tata, tylko czeka w aucie, bo nie miał gdzie zaparkować. Na to wchodzi do żłobka facet, a Córa:

- O, inny tatuś..

- No tak, przyszedł tatuś Twojego kolegi.

- Nioooo.

Po czym ja do faceta:

- Dzień dobry.

A Młoda na cały głos:

- Dzień dobry drugi tatusiu!

poniedziałek, 14 stycznia 2013

 

     Wymiękam. Córa od ostatnich kilku dni robi prawdziwy cyrk przed snem. W ciągu dnia śpiąca tak, że potyka się o własne nogi, ale choćby krótka drzemka sprawia, że potem do 23-24 spać nie może. I to nic, bo bywały już sytuacje, że 2h w łóżku się przewalała, gadała sobie, wierciła się i to było do zaakceptowania.

Teraz nie śpi i drze się, że nie jest śpiąca, albo że już się wyspała, że siusiu (wyciska z siebie po kropelce, ale posadzić na tym nocniku trzeba), wyrzuca wszystko na podłogę, łącznie ze spodniami od piżamy i pieluchą (z bluzką jeszcze sobie nie radzi), wędruje z całym swoim nocnym majdanem do naszej sypialni i z powrotem do swojego łóżka. Położona w sypialni ciągle podejmuje próby ewakuacji, więc cieszymy się, że jeszcze ma łóżeczko z prętami. W piątek wróciłam późno z pracy, po całym ciężkim tygodniu i nie mogłam nawet zjeść, że o siedzeniu z nogami na lampie nie wspomnę, bo ciągle mnie wołała. Już nie mam na nią pomysłu, wzięta na ręce od razu chce uciekać do zabawy, kiedy czytam książeczkę skacze po łóżku i głośno się śmieje, jak położę się z nią, grzebie mi we wszystkich twarzowych otworach. Co najgorsze, usypia 23-24 i przed 8 już jest na nogach. Ostatnio od kilku miesięcy było tak, że usypiała ok. 21:30 i spała do 9. Do tego w ciągu dnia 1,5-3h. Byłam więc przekonana, że to egzemplarz potrzebujący dużo snu. Teraz potrafi spać 8h na dobę.

 

Wczoraj nie położyła się w ciągu dnia, to usnęła nam w aucie, obudziłam ją po 30 min. i choć w nocy spała tylko 8h to wystarczyło, żeby wieczorem znów robić sceny. Myślałam, że ją zjem. Przez cały weekend ani jednego wolnego wieczoru. I ja naprawdę nie mam wielkich wymagań, chciałabym usiąść, zjeść, może coś obejrzeć i żeby to było przed północą.

 

czwartek, 10 stycznia 2013

     Już drugi tydzień jestem w poważnym konflikcie z czasem. Ok, przeważnie nasze relacje są napięte, ale ostatnio nawet nie mam kiedy podrapać się po tyłku. Z pracy wracam ok. 18, albo i przed 22. Od rana, a jakże. A do tego jak nie kręgosłup wysiada, wysiadając do tego wszystkie moje członki, to jajeczko zaszkodzi...naprawdę to już chyba ten wiek. Jak nie urok to sraka. A na blogu tylko wiatr hula.

Do tego Córa zachowuje się gorzej niż fatalnie. Zawsze kiedy mam w pracy okres nadgodzin, coś ją opętuje i zaczynam dostrzegać zalety tego, że nie wracam do domu o 16. Oczywiście jak wracam i widzę śpiącego aniołka, od razu mi się odmienia, ale to samo jest na odwrót, bywa, że pędzę z roboty jak na skrzydłach, bo dziecko czeka, a tu wita mnie rozdarta twarz, krzyki, wrzaski, rzucanie się na podłogę. Usiłuję sobie przypomnieć co mnie skłoniło do gnania przez miasto na złamanie karku?

     Wczoraj wróciłam dobrze po 21, myślałam, że tylko bajkę przeczytam i będę mogła spokojnie...posprzątać zapewne. A tu nie tak łatwo, bo Córa była jeszcze przed kąpielą, przed kolacją...bawili się z tatą.

Uśmialiśmy się potem, bo kiedyś pojechałam z nią do marketu, 3 miesiące temu, robiłyśmy zakupy na imprezę urodzinową, a Młoda siedząc w koszyku ciągle wykrzykiwała „to moje, mooooje, mojeeee, ooo, to moje”, no pogadać z nią nie szło, w końcu zaczęłam kwitować „aaa tam, twoje”. Spodobało jej się. Wczoraj szykuję Córze kąpiel, ta wybiera zabawki i wrzuca je do wanny, mnie się przypomniało, że rano narzekała na ból brzucha, pytam więc:

- a jak twój brzuszek?

- brzuszek? Boli. Aaaaa tam – I szybko wróciła do wrzucania zabawek do wody.

 Zaczynam podejrzewać, że bóle brzuszka to dobry pretekst do tego, żeby rodzice się litowali, całowali i masowali, po takich czarach bowiem zazwyczaj przechodzi.

10:57, kropka306
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 stycznia 2013

     Wczoraj w drodze ze żłobka Córa usnęła w aucie, długo pospać jej nie daliśmy, żeby potem uniknąć wieczornego hasania. Obudzona była zdecydowanie nie w humorze. Marudzenie, popłakiwanie, mówiła, że boli ją brzuch. W domu pokładała się nawet, myślałam, że zaraz znowu uśnie, twierdziła, że w żłobku nie spała. Potem jednak, po kilku kupach (faktycznie brzuch musiał ją boleć), dziecko nagle ożyło, biegała, skakała, śmiała się w głos. Pytam więc jak to w końcu było z tą drzemką w ciągu dnia? Zmiana zeznań, jednak spała... Zapytałam jeszcze o kilka rzeczy, na wszystko odpowiedź była „tak”, chcąc więc sprawdzić wiarygodność, zaczęliśmy zadawać jej pytania kontrolne.

 

- a był dziś w żłobku św. Mikołaj?

- hahaha, nieeeee

- a ufo może wylądowało?

- niee, ucho nieeee

- a jechałaś dzisiaj autobusem?

- nieeeee, Nono (czyt. Volvo, nasze dziecko rozróżnia na ulicy różne Volva, tico, dużego Fiata i poloneza)

- a widziałaś słonia?

- taak, tutaj – wskazała faktycznie na słonia...pluszowego

- a padał dzisiaj śnieg?

- taaak

- naprawdę, dzisiaj śnieg padał??

- nio, taaaak, padał, padał, dzisiaaaj

- chyba w górach

- hmm....nie wiem

 

Długo z nią tak rozmawialiśmy, przybierała poważne miny jak zastanawiała się nad odpowiedzią i zaśmiewała kiedy my wybuchaliśmy śmiechem. Rozbrajająca jest czasem.

 Potem zabrała się za rysowanie, jej głównymi tematami są: tata (rysowany najczęściej), mama i ona, więc i tym razem zapytana co będzie malować, powiedziała:

- hmmm....możeee....namaluję tatę

Grzebie, grzebie w pudełku z kredkami i nagle okrzyk:

- namaluje czarną tatę!!

 

Mina męża bezcenna.

środa, 02 stycznia 2013

     Właśnie minął kolejny rok, cały kalendarzowy z naszym dziecięciem. Bardzo nam się Córa zmieniła. Rok temu była jeszcze dzidziusiem. Chodziła sprawnie, ale bez żadnych ewolucji, mówiła kilka podstawowych słów, komunikowała się głównie na migi, waliła w pieluchę i kurczowo trzymała się maminej nogi jak tylko ta była pod ręką.

     Dziś nasza dziewczyna bez problemu pokonuje górki, skacze, śpiewa, mówi już praktycznie wszystko, jeszcze nie zawsze wyraźnie i z sensem, ale często nas zaskakuje swoją powagą i dorosłością, wychwytuje fragmenty naszych rozmów, potrafi się kłócić...oj taaak, bunt dwulatka dosięgnął nas jakieś pół roku temu. Wszystko musi zakwestionować, zanegować, stara się rządzić swoim światem usiłując robić z nas osobiste kukiełki. No i to całe: „moooojeeeee”... Z pieluchą już też była pożegnana, ale nagle się przeprosiły i woła, żeby jej zakładać, zazwyczaj korzysta z toalety, bywa jednak, że nie ma czasu.

     Puściła też moją nogę, ale na rzecz pomagania we wszystkim. Jak tylko wchodzę do kuchni, biegnie już z tym swoim krzesełkiem... Musi smarować chleb masłem, układać wędlinę, ser, musi dosypywać przyprawy do garnka,  wsadzać torebki herbaty do kubków, wyjmuje pranie z pralki, wypakowuje zakupy, co trzeba nawet do lodówki wsadzi, wyciera kurze, przejeżdża podłogi suchym mopem. Hmm, chyba całkiem dobrze wychowane mam to dziecko. Podejrzewam jednak, że jak jej praca zacznie przynosić efekty, minie cały ten zapał...

     Od roku chodzi do żłobka, przeszliśmy masę chorób, ale jest coraz lepiej. Pierwsze infekcje, to dwutygodniowa wysoka gorączka i picie na zmianę paracetamolu, ibumu na śniadanie, obiad, podwieczorek, kolację i jeszcze przez sen, była też opuchlizna całej buzi, kiedy ropa zaczęła wyłazić nosem i oczami. Początki były naprawdę ciężkie, ale kiedy nie ma wyjścia, trzeba sobie wmówić, że co nas nie zabije to nas zwzmocni. Dziś jest już o wiele lepiej, od lata cała choroba to katarek, czasem kaszel i 3 dni temperatury do 38 z kreskami.

     Przed nami kolejny rok na kopa rozwojowego. Zapewne na przyszłego Sylwestra będzie już zupełnie poważną dziewczynką, ba! przedszkolakiem. Żeby tylko jeszcze odporność dopisała.