Kto rządzi w naszym cyrku?
piątek, 31 stycznia 2014

     Podczas pobytu w Polsce, kilka razy zaświeciła mi się lampka z pomysłem na notkę blogową, jednak nie było chwili, żeby je spisać. Oczywiście większość popłynęła w krainę zapomnienia już na zawsze, coś tam jednak w tej głowie zostało. Zdecydowanie powinnam zapisać nasze pierwsze rodzinne wyjście do kina. Pomyśleliśmy, że 3-latka jest już wystarczająco duża na pełnometrażowy film w miejscu publicznym, a zdecydowanie lepszym będzie film po polsku, bo na angielskim szybko by się znudziła. Jakieś 2 miesiące temu poszłyśmy do teatru na Alladyna, zachowywała się porządnie, tylko z racji długości spektaklu i faktu, że musiałam jej trochę tłumaczyć, pod koniec już dopytywała kiedy wychodzimy?
Do kina wybraliśmy się na 14, w środku tygodnia, zabraliśmy jeszcze mojego niespełna 6-letniego siostrzeńca. Zacznę może od wniosków, na kolejny seans rodzinnie, wybierzemy się za jakieś...8 lat. Z racji pory dnia, całą salę mieliśmy dla siebie, a sprzątaczka po naszym wyjściu zapewne klęła jak po wizycie szkolnej wycieczki. 

     Najpierw, bardzo szybko poszła duża paczka paluszków... Bynajmniej nie zjedli jej, wszystko wylądowało na podłodze. Nie dowiemy się już czyja to była wina, nikt się nie przyznaje, a ja nie dociekam, bo osobiście położyłam paluszki pomiędzy dzieciakami, więc może tak to zrobiłam, że same spadły? Tak, czy siak, cała zawartość wylądowała pod siedzeniami, w paczce zostało chyba 5 sztuk. Zanim się zorientowaliśmy, Młody wstał z siedzenia i sporą część niechcący rozgniótł. Po 15 minutach filmu, Córa stwierdziła, że musi siusiu, choć dopiero robiła... No nic, zdjęłam z tej wieży podkładek (musiała mieć 2, żeby siedzenie z przodu nie zasłaniało jej ekranu), poszłyśmy do łazienki, gdzie uznała, że jednak się pomyliła i wcale sikać nie chce. Norma. Wróciłyśmy do sali, gdzie jakieś 20 minut później, wylała na siebie sok. Nie to, że jej się za mocno butelkę przechyliło, tylko chlusnęła tak, że była mokra od góry do dołu (fotel i podkładki również). Żeby było zabawniej, do kina przyjechaliśmy tramwajem, ot taka atrakcja turystyczna, więc wypadało wysuszyć dziecko przed końcem filmu. Rozebrałam i po raz kolejny poszłam do łazienki. Trochę mi zeszło, bo suszarce do rąk, którą tam mają, chyba też przedłużyli wiek emerytalny. Pochuchała mi trochę na spodnie, po czym poszłam je zanieść pani za barem, żeby rzuciła gdzieś na kaloryfer. Podczas mojej nieobecności, dokonała się pewna roszada na fotelach i z ulgą mogłam usiaść jak najdalej od Córy. Po kolejnych 10 minutach, tym razem KO miał kursa do łazienki, bo Córa zaczęła jęczeć, że ręce są szczypią od soli z popcornu. Pod koniec filmu dzieciaki już się wierciły, Młody nie wiedział co ze sobą zrobić, siedzieć, czy lepiej stać (w stercie rozgniecionych paluszków)? Córa przewalała się na kolanach KO. Zapewne, gdyby ktoś jeszcze oglądał z nami ten film, wyszlibyśmy przed czasem, co by lipy nie robić. Dla mnie żadna strata, i tak nie wiem o czym było? O indykach! Przynajmniej na to kupiliśmy bilety...

wtorek, 28 stycznia 2014

     Po tym jak wyemigrowaliśmy, jak to się mówi "z jedną walizką" (na łebka), sporządziliśmy listę rzeczy do kupienia na najbliższą przyszłość. O ile telewizor znalazł się na ostatnim miejscu owej listy, o tyle maszynka do pieczenia chleba zajęła bardziej zaszczytne miejsce. Pieczywo w UK to porażka. Co gorsza, to nie kiełbasa, którą można kupić raz na jakiś czas, zahaczając o polski sklep, a coś, co jemy każdego dnia i to w sporych ilościach. Lista składników tutejszego chleba jest długa, jak lista prezentów Świętego Mikołaja. 

KO pojechał dziś na zakupy spożywcze... Miał to zrobić wczoraj, ale jeszcze się nie przyzwyczailiśmy, że w niedzielę,  po 16, na mieście już tylko wiatr hula. Nawet całodobowe(!) hipermarkety mają wtedy przerwę do poniedziałku. Pojechał więc dzisiaj KO po ser i papier toaletowy, a zakupił maszynkę do chleba. Żeby mi się więcej nie dziwił, jak wyjdę kupić żarówkę, a wrócę z nową torebką!

     Napalam się na własne wypieki, pachnące i przede wszystkim zdrowe. Otwieram wujka googla w poszukiwaniu wyśmienitych przepisów, trafiam na kilka, po czym, co ja czytam? Że maszyny są be, passe, że chcę iść na łatwiznę, bo powinnam zakwas zrobić, ciasto ręcyma tymi moimi ugnieść, duszę, serce włożyć i tak do pieca (najlepiej kamiennego) to wszystko. Skrzydła mi poddcinają ci, co z czasem nie mają co robić. Oczywiście, że chciałabym iść na łatwiznę, mam o wiele więcej ciekawych pomysłów na spędzanie wolnego (o ile się zdarzy) czasu, niż wkładanie duszy w bułę. Nie mówię, że nie spróbuję nigdy upiec takiego chleba na zakwasie, ale nie codziennie. Zapewne taki byłby lepszy, mimo wszystko, po niemal 8 miesiącach na głównie angielskim chlebie, każdy zrobiony w domu, będzie pyszniejszy i zdrowszy, nawet jeśli uformuje go bezduszna maszyna. Ja zaś ograniczę się do wciskania, z sercem, guziczka "start". A jak już przy guziczkach jesteśmy, jeszcze nie włączałam sprzętu, ograniczyłam się na razie do przeczytania instrukcji i napisów na przyciskach. Pierwszy rzucił mi się w oczy program "french" i fakt, że wybieram do niego rozmiar i kolor... 

00:57, kropka306 , Inne
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 stycznia 2014

     Faaaajnie było! Taką przynajmniej wersję ustaliła Córa z opiekunkami. Poszła na 4h, zamiast na 5, bo pierwszy autobus mamy dopiero przed 9, a przesunięci godziny odbioru nie wchodzi już w rachubę tej placówki. Zgodnie z przewidywaniami, Córa bez problemu pożegnała się ze mną i poszła do dzieci...yyy, przepraszam, do dziewczynek.

Kiedy przyszłam po nią, kilka minut przed 13, siedziała w kółeczku z dwiema już tylko dziewczynkami, wszystkie ubrane w kurtki i buty, śpiewały jeszcze coś z panem przedszkolankiem, czekając na rodziców. Uśmiechnięta, zadowolona. Jedna z pań, była zachwycona, że Córa powiedziała jej "I need to the toilet", druga pani też zadowolona, że wcale nie jest tak źle z tym angielskim, bo liczyły razem, oglądały karty z obrazkami i Córa dużo wiedziała. Cóż, wrodzona skromność nie pozwala mi tu napisać czyja to zasługa...? 

- Córa, rozumiałaś jak mówili po angielsku?

- Taaaak.

- A co mówili?

- Yyyy, nie wiem.

Rozumiała, że mówią po angielsku...zawsze coś. Ale potem dodała:

- A chłopiec mówił, że nie wolno śpiewać przy jedzeniu. Bo dziewczynka śpiewała, a on jej mówił, że nie wolno.

Chociaż pewnie równie dobrze, chłopiec mógł rapować do akompaniamentu dziewczynki...

***

     Laba skończyła się również dla KO. Po niemal miesiącu przerwy świąteczno-urlopowej, wrócił do pracy. Córa szybko to odnotowała tradycyjnym jęczeniem:

- Nie mam tatusia.... Mamooo, wyczaruj mi nowego tatusia - usłyszałam nagle w drodze z przedszkola do domu.

- ?! Ale stary jest jeszcze całkiem dobry... - odparłam niepewnie, analizując zasadność swej odpowiedzi.

- Nie. Nie jest dobry.

- A dlaczego?

- Bo go nie ma.

No fakt, niebyt to najgorsza wada faceta, chyba, że ma jeszcze gorsze, wtedy to może się okazać jego najlepszą zaletą.

niedziela, 19 stycznia 2014

     Długo mnie tu nie było. Ale niestety nie dało rady. Dziesięć dni w Polsce, zorganizowaliśmy sobie tak, że nie było się kiedy po...głowie podrapać. Wychodziliśmy z domu po śniadaniu, wracaliśmy późnym wieczorem, a czasem nawet w nocy. Córa dzielnie dotrzymywała nam kroku. Cóż, nie jest łatwo nadrobić 7 (my), 9 (KO) miesięcy poza krajem w 1,5 tygodnia. Na szczęście niemal wszystko udało się załatwić, niemal z każdym, z kim chcieliśmy, spotkać. Tylko imprezowy weekend słabo wypalił, bo jak nie ktoś w ciąży, to właśnie urodził, pakuje, wycina sobie coś lub po prostu skończył się towarzysko. Była więc kulturalna posiadówa. W takim oto świetle faktów, postanowiłam jak większość raczyć się na mieście drinkami bezalkoholowymi i wrócić do domu autem, bo stacjonowaliśmy pod miastem, więc żeby już się o transport nie martwić... Za to w tygodniu, udało mi się spotkać ze śmietanką z mojej byłej pracy i tutaj już za szofera robił mi KO. 

Córa była w swoim żywiole, jeździliśmy po rodzinie, znajomych, niektórych widziała ostatnio jako niemowlę, ale nie przeszkadzało jej to w dawaniu występów i popisach. Zadowolona, że w końcu ma taką publikę. Wyszalała się też strasznie z pradziadkami, z którymi ma świetny kontakt. Nawet została z nimi sama na kilka godzin, a my pojechaliśmy przegrzebać naszą starą piwnicę, uporządkować trochę rzeczy, Córa tylko dała nam dsyspozycje co mamy jej przywieźć? Artystka pamięta swoje zabawki po takim czasie, zwłaszcza, że te "najważniejsze" przybyły już do UK. Ba! Jadąc ulicą miasta, którą nie jeździliśmy zbyt często, krzyknęła w pewnym momencie "i zaraz będzie most!". 7 miesięcy dla trzylatka to niby dużo, a jednak główka pracuje.  

     Ja zahaczyłam oczywiście również od stomatologa... Jak większość Polaków, zęby leczyć zamierzamy jedynie w Polsce, raz, że ceny, a dwa, jeśli Anglicy robią zęby tak samo jak wszystko inne...strach się bać. Niemniej jednak, wizyta u tego dentysty odbiła się na mnie traumą. Poszłam w zasadzie bez większej potrzeby. Po przeglądzie okazało się, że wszystko jest w porządku...w efekcie jednak, zdecydowałam się na wymianę jednej plomby. Po rozgrzebaniu okazało się, że gdzieś jest już dziurka, na styku 6 i 7. Pan doktor zrobił mi więc od razu 2 zęby. Nic to nowego, u mnie norma. Ale nigdy, przenigdy, nie spędziłam na fotelu 4,5h! Z rozwartą jak najszerzej paszczą, do tego ściekającą śliną do gardła, przez którą kilkakrotnie niemal się utopiłam, a i ratując życie, oplułam szanownego stomatologa. Ostatnią godzinę, leżałam już z podkurczonymi nogami (zdrętwiały mi w jednej pozycji), trzęsąc się jak galareta z zimna, bólu, zmęczenia, aż cały sprzęt na tym wysięgniku podskakiwał. A pan doktor rzeźbił i rzeźbił... W życiu nikt mi tyle czasu plomby nie zakładał (a mam ich trochę i ponoć wszystkie ładnie założone). Byłam bardzo ciekawa, czy jak w końcu zejdę z fotela, zacznę bluźnić, czy płakać? Najgorsze, że za drzwiami czekała już Córa z KO, bo mieliśmy jej zrobić pierwszy przegląd. Dobrze, że nasz czas minął i sam lekarz stwierdził, że nie zdąży, bo nie dałabym rady wesprzeć ją, powiedzieć, że to czysta przyjemność. Zresztą widziała w jakim stanie wyszłam, choć próbowałam się trzymać, nie było lekko. 

   ***

     A jutro pierwszy dzień w przedszkolu! 

- Córa, idziesz jutro do przedszkola, do dzieci?

- Nie. Do dziewczynek!

Zapytana zaś o poziom swojego angielskiego odpowiada:

- Umiem tylko "I'm hungry", "toilet" i "teddy bear". 

Nie zginie. Przyznać jej jednak trzeba skromność, bo rozumie o wiele więcej.

 

czwartek, 09 stycznia 2014

     Pakujemy się na wyjazd do PL. W przedpokoju stoi rząd walizek, Córa wszystko dokładnie planuje:

C: -A na lotnisko przyjedzie po nas dziadek W. Tik Takiem (nasze wewnętrzne określenie na Tico).

KM: - Wiesz, chyba raczej Nubirą, do Tik Taka byśmy się nie zmieścili.

C: - No taaak...z tatą! Przecież on jest taki duuuuży, duuuuży! Ogromny! - tu do wyrażenia werbalnego dołączona zostaje wizualizacja w postaci zataczania kręgów w powietrzu całymi rączkami.

Uff, dobrze, że nie ma limitów wagowych na pasażerów. 

poniedziałek, 06 stycznia 2014

     Gust muzyczny Córy staje się coraz bardziej indywidualny. Piosenki, które mamy na kompie dzieli na: mamy muzykę, taty muzykę i swoją muzykę. Bynajmniej od jakiegoś czasu nie słucha już Ogórka, czy Pana samochodzika. Od listopada, jej hitem numer jeden jest The Monster Eminema i Rihanny.

Dziabąg mały, potrafi stać przy kompie i przeklikiwać listę odtwarzania, dopóki znów nie poleci Monster. Najlepiej 20 min. pod rząd. To przypomina trochę czasy, kiedy nagrywało się jedną piosenkę na całej kasecie...tylko z tego, co pamiętam, to było w nieco późniejszym wieku. Oczywiście wyśpiewuje cały refren, a i za kwestie Eminema próbuje się zabierać. Nic to, że przekręca słowa, gorzej, że potem pyta mnie "mamo, a co to znaczy, heba heba"?

     Stałą idolką jest również Shakira. Córa od dawna uwielbia Waka waka i inne. Któregoś dnia, złapałam spinkę do włosów, zebrałam jej rozwichrzone blond włosy z twarzy, spięłam, a ta rozpuściła, potrząsnęła grzywą, "tak musi być, jestem Szokirą!".

 

 

23:17, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
środa, 01 stycznia 2014

     Wczoraj pożegnaliśmy szalony rok 2013. Samo pożegnanie już takie szalone nie było. Córa, razem z KO na antybiotyku, więc KM, jako jedyna ocalała, przejęła rolę pełnoetatowej pielęgniarki, lekarza rodzinnego, salowej i kucharki. Córa starała się jeszcze przekwalifikować Matkę na ortopedę, łapiąc za futrynę, a następnie trzaskając z całej siły drzwiami. Cóż, tym razem jej nie wyszło. 

Na początku ubiegłego roku, nie przewidzielibyśmy, że tak wywrócimy nasz świat do góry nogami i dziś znajdziemy się w tym punkcie, w którym jesteśmy. Jedyne, co było pewne, to że wkroczymy w kolejną dekadę życia, a Córa skończy z buntem dwulatka...na rzecz buntu trzylatka. 

W związku z Nowym Rokiem powiem tyle, Ahoj przygodo!

Jest wiele znaków zapytania i niewiadomych. Są plany, ale niektóre wzajemnie się wykluczają. Zjeść ciastko i mieć ciastko, odwieczny problem ludzkości. Przed nami na pewno wrzucenie Córy na głęboką wodę, czyli do przedszkola, gdzie będzie musiała nauczyć się angielskiego. Za rok mam nadzieję, że będę już spokojna o to, czy daje radę porozumieć się z ludźmi podczas nieobecności rodziców? No i za tydzień ruszamy w Polskę. Tak, tak, pora odświeżyć nieco kontakty rodzinno-towarzyskie. To będzie zabieganych 10 dni, ale brakuje nam tego. 

Przy okazji, wszystkim życzę wspaniałego 2014 roku i dużo, dużo uśmiechu!


14:19, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »