Kto rządzi w naszym cyrku?
czwartek, 21 lutego 2013

     Niektórzy pytają, czy moje dziecko mówi? Nie, ono nie mówi, ono prowadzi dialog...czy chcesz, czy nie. Wymaga odpowiedzi, reakcji, potwierdzenia tego, co powiedziała. I absolutnie nie zadowoli się zwykłym „tak", czy „mhm". Tak długo będzie mówić to samo, aż odpowiesz pełnym zdaniem, powtarzając całą jej wypowiedź.

Mamo, a ja mam taką sukienkę. Sukienkę z biedronką. Mamo, sukienkę mam, zobacz, z biedronką sukienkę. Mamo, mamo, sukienkę zobacz z biedronką. Mam taką. Mamo, mamo...." I tak dopóki nie usłyszy "tak Kochanie, widzę, masz sukienkę z biedronką".

Wczoraj wieczorem biegnie do mnie „mamo, chcę siku na kibel". Wchodzimy do toalety:

- mam taką deseczkę, różową, tatuś kupił. Nio, tatuś kupił dla K. Nio, taką deseczkę, różową – deseczkę ma od poprzedniego lata, a zachwyt pozostał.

- No tak, masz taką deseczkę, różową od taty. 

- Niooo, tatuś kupił. Kibel też tatuś kupił. I dużo gazet kupił… Mamo, daj mi gazetkę, będem czytać – podaję gazetę – idź, zamknij drzwi.

Wyszłam, odetchnęłam, za 5 sekund słyszę: 

- Mamoooo, a co to jest? Mamo, mamo, zobacz, co to jest? Mamooo! Zobacz, tu jest mój soczek, mój soczek taki jest. Niooo, też mam taki soczek. Mamo, twoje buty! Mamooo, zoooobacz! Hej, wracaj tu! – itd.

 Dziś za to wyśmiała mnie za ignorancję motoryzacyjną. Dwulatka!  

- Mamo, żłobek jest daleko. 

- No, daleko jest, dlatego jedziemy samochodem. 

- Ahahahaha, mamo, to Volvo jest! Hahaha, napisane: Vol-vo. Ahahaha. 

Swoją drogą to autentycznie pierwsze słowo, które czyta i to bezbłędnie. Wyhaczyła nawet, że autobusy w mieście mamy Volvo. Mało tego, rozpoznaje samochody tej marki i to nie po znaczku, czy nawet napisie, po prostu przejeżdżające obok ulicą, sedany, kombi, terenowe, nieraz mnie już zaskoczyła. Talent chyba jakiś. Rozpoznaje też Tik taka (Tico), Dużego Fiata i Poloneza, przy czym dwa ostatnie ma w formie resoraków, no i wszystkie wyglądają tak samo.  

Wczoraj poznałam sposób mojego dziecka na mróz. Idziemy wieczorem na górkę, siedzi na tych sankach bez ruchu, pytam:

- nie zimno ci? 

- nieeee, mam na głowie pompon. 

I już wiem dlaczego mi zimno, kiedy temperatura spada poniżej zera. Nie mam cholera pompona.  

Siedziała na tych sankach 1,5 metra za mną i ciągle nawijała licząc na moje odpowiedzi. Do tego komentuje ludzi i zawsze mówi co myśli. Czasem bywa śmiesznie, czasem męcząco. Chyba całe macierzyństwo tak wygląda.

 

piątek, 15 lutego 2013

     Córa ostatnio ma gorsze dni, a przynajmniej gorsze godziny, zawsze po poim powrocie z pracy. Albo to ja mam gorsze dni. Może to zaraźliwe, może dziedziczne, cholera wie. Tak, czy siak, Młoda siedzi w domu drugi tydzień i już woła do żłobka, nawet rysunki dedykuje żłobkowym ciociom obiecując, że im zaniesie. Nudzi się. Ja natomiast cierpię na jakąś śpiączkę, do tego wszystko mnie wkurza, szczególnie jak wracam z pracy i 30 razy na 1h słyszę płaczliwym tonem: „gdzie jest moja Mimiiiii?”, „mamo, nie ma Mimi, chodź, szukaaaamyyyy, buuuu”, do tego walka o smoczka, którego zamiast wywalić do kosza, moja dwulatka prubuje przemycać do życia codziennego. Kocham i doceniam przespane noce tak bardzo, że nie walczę o odebranie gumiaka na dobre, do spania może sobie ciumkać, co mi tam, ale jak widzę, że zaczyna łazić z nim po mieszkaniu...

Albo odwali coś, strzeli focha, pokłóci się ze mną i zaraz słyszę „mamoooo, przytuuul”, czy też „mamooo, uraaatuuuj”...no i weź ją ukaraj. Spryciara, nie ma co. Kiedy zajmujemy się jakąś zabawą, zazwyczaj wychodzi z Córy despotka, zaczyna wydawać rozkazy gdzie mam usiąść, co mam robić, czego absolutnie nie dodtykać, a moja niesubordynacja karana jest rzucaniem zabawkami i kolejnym fochem. Ot taka codzienna próba sił.

Porozrzucane po całym pokoju zabawki wszelakie, a ta wchodzi i „ale tu bałagan!”, Król Ojciec pyta więc „no, ciekawe kto to posprząta?”, po czym słyszy „hmm....możeeee Tatuś!”. To se pogadali, pożartowali, a w efekcie oczywiście sprząta matka.

Kiedy wreszcie przychodzi wyczekany moment położenia Córy do łóżka, marzę o wyciągnięciu nóg na kanapie i zjedzeniu w spokoju kolacji. Eh, marzenia....

Mama, siusiu - wyciska z siebie 3 kropelki. Mamaaa, kupę do kibelka - spoko, przerzuci tam stos gazet i wytrząśnie coś na kształt mysiego bobka. Mamaaa, Puchatek wypadł - Puchatek leży w drugim końcu pokoju, widać, że wyhamował twarzą o drzwi komody. Mamooo, utulić! Mamo, chcę moje misie - cała zawartość łóżka wywalona na podłogę, poduszka, kołdra, jasiek i 4 maskotki. Ostatnio układa sobie tyle miśków w łóżku, że sama nie ma się gdzie położyć. Mamaa, piciu, mamaa....nie chcę spać. Cycki opadają...a mówią, że to od karmienia piersią.

wtorek, 12 lutego 2013

     W niedzielę, kładąc się już spać spojrzałam na datę w telefonie, hmm… jakaś taka znajoma… To 3 lata temu (10.02.10) zdaliśmy najważniejszy test w życiu, test ciążowy.

Niby całe wieki minęły od tego dnia, tyle się zmieniło, my się zmieniliśmy, z drugiej strony wspomnienia nie do zatarcia.  To było niezwykle dziwne doświadczenie. Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że totalnie obcą jest mi kobieca intuicja. Naprawdę, pod tym względem jestem facetem. Zawsze jak mi się wydaje, że intucja mi coś podpowiada, to w istocie...wydaje mi się. Ten jeden, jedyny raz moja podświadomość wiedziała coś przede mną i uprzedziła mnie wcześniej. Już trzeci miesiąc z niecierpliwością czekałam na oznaki ciąży, oczywiście tak się nakręcałam, że miałam wszystkie objawy, a potem dwukrotnie przyszedł zawód. Tym razem miało być inaczej, chciałam spokojnie podejść do sprawy, wręcz starając się o tym nie myśleć, bo to tak zazwyczaj jest, jak się na coś nastawię, nic z tego nie wychodzi (a niby każą myśleć pozytywnie...), jak udaję, że nie ma tematu, wygrywam. Czekałam więc, nie nastawiałam się, wyznaczyłam sobie termin testu na czwartek i do tego czasu miałam zachować spokój.

     W nocy z wtorku na  środę, obudziłam się. Raczej nie miewam kłopotów ze snem, wręcz przeciwnie, a tu przebudziłam się nagle, bez większego powodu, bez żadnego złego snu, oczy szeroko otwarte, przyspieszone bicie serca i...coś dziwnego, jakiś taki...wewnętrzny niepokój. Nie mogłam usnąć, przewalałam się z boku na bok i naszła mnie myśl „a co jak się udało?”. Każda ważna zmiana życiowa, choćby nie wiem jak wyczekiwana,  to niepewność, wywołuje więc pewne obawy, jak to będzie, jak sobie poradzę, itd. Szukając przyczyny tego wewnętrznego niepokoju, uznałam, że to musi być to. Fakt, że w niedzielę ot tak poszłam do kuchni, wyjęłam z lodówki ogórka kiszonego i zjadłam był już dziwny, ale to co czułam tej nocy nie pozostawiało wątpliwości, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym.

Złamałam się w końcu i postanowiłam w drodze do pracy zakupić test. Pojawiła się druga kreseczka, najperw cieniutka, nieśmiała, potem wyraźna i zdecydowana. Z szerokim uśmiechem spojrzałam w duże lustro, pierwsze co zauważyłam, to zmarchy wokół oczu...gołym okiem widać było, że czas najwyższy. Kolejnym dziwnym znakiem był kapselek z tymbarka: „teraz no bo kiedy?”. Nie mogłam wysiedzieć w pracy, odebrałam kilka nadgodzin i urwałam się wcześniej. Sprawcy zdarzenia wysłałam tylko SMSa, że mam dla niego niespodziankę. To był wyjątkowy prezent, używany, osikany i zapakowany w ręcznik papierowy. Ale jak cieszył! Rekacja sprawcy bezcenna. Musieliśmy zweryfikować kilka naszych planów na najbliższy rok. Przełożyliśmy sprowadzenie do domu psiaka, wakacyjne żagle i plany ślubne na termin wczesniejszy niż późne lato, bałam się, że będę ogromna, może będę się źle czuła, albo urodzę dużo wcześniej i suknię ślubną przesłoni chusta z niemowlęciem. Pojawiło się mnóstwo pytań, zaczęły się rodzicielskie obawy, ktrórym już nigdy nie będzie końca. Najpierw myśli, żeby donosić ciążę, najlepiej do końca, żeby fasola rosła zdrowa i rozwijała się prawidłowo, żeby urodziła się bez żadnych komplikacji, ładnie ssała cyca, żeby nie miała nosa po tacie...potem człowiek już zawsze martwi się o zdrowie i bezpieczeństwo swojego dziecka, taki dożywotni bonus w pakiecie z potomstwem.

Trzy lata temu nawet nie było widać Córy na monitorze USG, teraz to duża dziewczynka (ona twierdzi, że mała, ale nie widziała siebie jako kilkucentymetrowej kijanki), można z nią pogadać, pośmiać się, pożartować. Łobuzuje, robi psikusy i grzebie mi w kosmetykach odskakując na mój widok z hasłem „ja tu nic nie szukałam”. Całkiem fajny człowiek z tych dwóch kreseczek wyszedł.

sobota, 09 lutego 2013

     Ja rozumiem, śnieg, zjeżdżanie z górki, lepienie bałwana, piękne białe krajobrazy, ale ile można? Tym bardziej, że z tym śniegiem ostatnio to ostatnio też tak nie do końca. Niby czasem coś popruszy, ale co z tego, skoro temperatura powyżej zera? Przynajmniej u nas, bo w górach ponoć na brak białego puchu nie narzekają. No i co, na sanki się nie wyjdzie, a do tego szaro, buro i nijak. Cały dzień kombinuję tylko gdzie by tu głowę przyłożyć i oko przymknąć. Na nic nie mam siły, kawę mogłabym pić wiadrami i zero efektu. Myślałam, że może po tej chorobie jeszcze nie doszłam do siebie, ale dziś dotarło do mnie, że to ten cały klimat jest wszystkiemu winny... W dodatku na ostatnim spacerze byłam 2 tygodnie temu. W ubiegły weekend ja leżałam, a tym razem Córa jeszcze się nie nadaje. Miałam nadzieję, że może dziś, chociaż na trochę wyjdziemy, ale ta dostała 37,2. Już nie mam pomysłu co tu robić? Oczywiście robota to by się jakaś znalazła, już widzę minę perfekcyjnej pani domu gdyby do nas wpadła... Ale co z tego, jak raz, że nie mam siły na nic, tyle co obiad ugotować, pranie zrobić, takie rzeczy konieczne, a dwa, z Córą się trza pobawić... No właśnie, na tą też już pomysłów mi brakuje. Fakt, w tym roku zdecydowanie więcej można z nią robić, niż ubiegłej zimy, kiedy chorowała jeszcze bardziej. Mamy już jednak dosyć kolorowanek, klocków, puzzli. Młoda mogłaby codziennie farbami malować, ale to ryzykowne, ścianę w swoim pokoju tak ostatnio udekorowała mazakami, że jeszcze nie wymyśliłam co z tym zrobić? Aaaa, no i kilka razy dziennie mogłaby oglądać nagranie ze żłobkowego Dnia Babci i Dziadka, tańczy i śpiewa razem ze wszystkimi dziećmi na filmiku. Co więcej my też musimy brać w tym udział, bo jeszcze nie wpadliśmy na to jak ma sama stworzyć kółko? Tych kilka piosenek wychodzi mi już bokiem.

Wspominam piękne czasy lata, kiedy wracałam z pracy, szybko coś jadłyśmy, wychodziłyśmy z domu i wracałyśmy dopiero na 20, szykować się spać. Dni były intensywne, ale człowiek miał na wszystko siłę, a teraz... niemoc mnie ogarnia, niemoc jak cholera! Czekam więc z niecierpliwością na wiosnę, żeby przyszła, przygrzała słoneczkiem, powiała ciepłym wiaterkiem, rozrzuciła zapach zieleni i strzeliła mi kopa w sam środek dupy!

środa, 06 lutego 2013

     Nie było w minionym tygodniu wpisów, bo i życia nie było. W czwartek obudziłam się dziwnie niewyraźna, mimo wszystko dzielnie dotarłam do pracy. Szybko też wykorzystałam fakt posiadania nadgodzin do odbioru, wróciłam do domu, padłam na ryj i wstałam w sumie dopiero w niedzielę wieczorem. To był ciężki weekend. Od ponad 2 lat nie chorowałam leżąc w łóżku, a tu zaległam na całe 4 dni. Obiecałam sobie, że jak mi przejdzie, przez tydzień będę spała na kanapie, sypialnia i łóżko zdecydowanie mi zbrzydły. A w ogóle odbiłam sobie chyba wszystkie nieprzespane noce z okresu wczesnego macierzyństwa.

Jak już w niedzielę wieczorem poczułam się trochę lepiej, Córa dostała gorączki... No naprawdę, jak ze żłobka nic dziecko nie przyniosło, to matka przytargała. Eh... Pół biedy, że po Młodej to niemal spływa, ona ewentualnie przy gorączce trochę zwalnia tempa. Usiłowałam jej unikać przez weekend (Córy, chociaż gorączki też i były podobnie upierdliwe), ale nie zawsze się dała. Bal przebierańców więc poszedł się....no, poszedł. Trudno i tak długo ostatnio pociągnęła.

Siedzi więc w domu, skutecznie robi bajzel, jęczy, męczy, a ostatnio wzięła się na sposób, żebyśmy szybko reagowali na jej wołanie, krzyczy "mamusiu/tatusiu, raaaatuuuuj". Rozważam jutrzejszy powrót do pracy, tam sobie usiądę, zrobię herbatkę, wsadzę słuchawki z fajną muzą do uszu i spokojnie popracuję, nikt nie będzie ciągnął mnie za rękaw, nie będzie kazał biegać udając ciuchcię, nie będzie wołał, że chce zupę, którą wylałam wczoraj, bo krzyczał, że jej nie chce, nie będę musiała spierać kolejnej kupy z dywanu. I jeszcze do tego mi zapłacą!