Kto rządzi w naszym cyrku?
czwartek, 27 lutego 2014

     W minioną sobotę, pojechaliśmy na spacer do Liverpoolu. Bilet na pociąg wychodzi nawet minimalnie taniej, niż autobusowy do centrum naszej mieściny. I jedzie się tylko 10 min. dłużej. Dobrze wiedzieć, szczególnie że teraz stację kolejową mamy pod nosem, a wysiadając na docelowej w Liverpoolu, lądujemy w samym centrum orgazmu niejednego zakupoholika. W naszym centrum, nie ma nawet normalnego obuwniczego. A nie, jest jeden, tylko z obuwiem sportowym, w rozmiarach wyłącznie dorosłych. Człowiek więcej się nalata po tym mieście w poszukiwaniu czegokolwiek, niż to warto. 

Ponieważ kiedyś już słyszałam głosy upominające się o fotki, zamieszczam jakieś dzieła KO, z Alberts dock Liverpool:

Poniżej mieszkanie z II wojny światowej. Poczuliśmy się dziwnie oglądając jako wystawę muzealną coś, co jako dzieci oglądaliśmy na niejednej wsi. Ba! Śmiem twierdzić, że na niejednej polskiej wsi po dziś dzień zachowały się takie śmiałe sytlizacje. No, ale żeby wilkinową trzepaczkę tak od razu do muzeum? Na szczęście wystawa darmowa. W ogóle muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona. Muzeum Morskie również zwiedziliśmy bezpłatnie, kiedyś byłyśmy z Córą jeszcze w Muzeum Świata i też funciaka nie dałyśmy. 


 I trochę z doków pod osłoną nocy:



Tu jakie mamy piękne zdjęcie z Córą? Dobrze, że makijaż zrobiony!
A to wielkie koło w tle, oczywiście musieliśmy zaliczyć!

Kółko ma 60m wysokości, zamykane wagoniki, z przyciskiem alarmowym, połączeniem głosowym z obsługą, klimą, radiem, pełen luksus. Tylko drinków brakowało, żałowaliśmy, że nie zaopatrzyliśmy się w żaden prowiant.



Za to mogliśmy sobie popatrzeć


Ufff, gdybym przy tym komputerze, na którym obecnie działam i tym łączu internetowym, które pozwala mi bądź co bądź kontaktować się ze światem, miała prowadzić fotobloga, popełniłabym seppuku.

piątek, 21 lutego 2014

     Muszę się podzielić świetnym pomysłem na zabawę. Nie jest on mój własny, prywatny, a zapożyczony z innego bloga, ale przystosowany do naszych warunków i sprawdzony. Do wykonania go potrzebna jedynie taśma izolacyjna i gładki kawałek podłogi. Poza tym rekwizyty w postaci dowolnej, które w domu zamieszkiwanym przez małego dwunoga, zapewne są w ilości nadwystarczającej. Na dobrą sprawę można też zrobić autka, domki z pudełek i w ogóle wykonać takie hand made (cóż za elokwencja) miasteczko. Na razie jednak nie zaszłyśmy tak daleko. 
Są specjalne plansze, maty do tego typu zabaw, też mamy jedną, ale to co innego. Tutaj własna robota, ulice i wysepki można dowolnie modyfikować, dostosowywać wymiary do pojazdów. Moja wyobraźnia póki co stanęła na zerżnięciu tego, co widziałam na ekranie komputera, ale po cóż się bardziej wysilać, kiedy nie ma pewności, że pomysł się przyjmie? 
Przyjął się z całą stanowczością.

     Córa potrafi godzinę przesiedzieć "na ulicy". Jest tu domek z kwiecistą elewacją, różowiutka cukiernia, plac zabaw, szkolny autobus, przychodnia lekarska, a w co moja słodka blondyneczka bawi się najczęściej? W wypadki samochodowe! Bo jest też wóz strażacki, radiowóz milicyjny i Doktor Dośka. Córa nadal fascynuje się zawodem lekarza, wszyscy więc uczestnicy ruchu muszą być badani po kilka razy, a żeby nie zawracali pani doktor czachy na darmo, ulegają wypadkom jeden po drugim. Świniak leżący przy przejściu dla pieszych pewnie będzie następny. Jakby na to spojrzeć inaczej, Córa rozbudowuje świadomość zagrożeń czyhających ze strony pojazdów mechanicznych. 

środa, 19 lutego 2014

     Odkryliśmy ostatnio rewelacyjną stację radiową, bieżące hity przeplatane tymi z lat 90-tych, a nawet starszymi. Córze wpadła w ucho nowa piosenka, katujemy ją codziennie od rana, podśpiewuje potem przy każdej okazji. Tak pozostając w klimacie ostatniego wpisu ;) Ładuje pozytywną energią.

15:46, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 lutego 2014

     Ponieważ na rynku brytyjskim wciąż musi być jakiś temat przewodni, od Nowego Roku tłuką Walentynki. Wszędzie serduszka, kwiatuszki i buziaczki. W radio ubiegły tydzień mieli przygotowania do walentynkowego weekendu, potem był walentynkowy weekend, teraz cały walentynkowy tydzień, no i znów weekend walentynek. Atakują z każdej strony. My od początku mamy ustalone, że nie obchodzimy, nie napędzamy. Ale, że akurat w radio znów męczyli temat, mówię do Córy:

- A wiesz, jutro jest takie święto, święto zakochanych.

- Ubierzemy choinkę?!?!?!

- No nie, to nie Boże Narodzenie, święto zakochanych.

- Achaaa, czyli nasze święto!

Ponieważ uwielbiam (czasem) wchodzić z moim dzieckiem w dyskusję, drążę temat:

- Jesteśmy zakochani?

- No tak! W tacie! I w tobie i we mnie. 


Wieczorem Córa (nie w związku z powyższym, czasem tak po prostu ma), rzuciła do mnie konspiracyjnie:

- Wycałujemy tatę? 

Buziak w czoło, jedno oko, drugie oko, nos, oba policzki, usta, brodę, chociaż nie, broda odpadła, bo ostatnio trzeba by się do niej przedzierać przez dzikie gęstwiny. Kiedy Córa skończyła, popatrzyła na KO ze słodkim uśmiechem i przechyloną lekko w bok główką, pouczając:

- Teraz musisz powiedzieć "Oooooooo".

A dziś nad ranem w ramach niespodzianki przywędrowała z płaczem do naszej sypialni i puściła pawia na dywan. Love is in the aaaair....

 




 

 

 

środa, 12 lutego 2014

     Padał u nas ŚNIEG! Serio, taki prawdziwy, biały, zimny. Chyba zimny...
Bo to było tak, poszłyśmy do lekarza, ponieważ chore obie, a pan doktor niezwykle szczegółowy, w gabinecie spędziłyśmy pół godziny. Córa dostała w tym czasie gorączki, siedziała smętnie, na moich kolanach, zwieszając swoje członki bezwładnie ku glebie. Nastawiłam się już psychicznie, że zaniosę ją do domu, choć w tym całym ziomowym rynsztunku troszkę waży i jest mało poręczna. Kiedy wyszłyśmy z gabinetu, za oknem, niespodzianka! Sypie, pruszy, jak zimą normalnie! Pierwszy śnieg w naszym mieście. Stałyśmy się w tym momencie świadkami cudownego ozdrowienia. Gdyby nie rumieńce na rozgrzanej buzi, w życiu bym nie powiedziała, że temu dziecku coś dolega. Przed wyjściem z budynku, musiałyśmy zajrzeć jeszcze do apteki na parterze. Podczas gdy ja czekałam na realizację recepty, Córa stała z nosem przyklejonym do szklanych drzwi apteki. Kiedy wyszłyśmy, po śniegu nie było już śladu. No, gdzieś na samochodach niektórych coś leżało. I to już. Nie muszę mówić jak dziecko się zawiodło? 

     A teraz jako chore, siedzimy w domu i nadrabiamy braki w "edukacji z animacji". Pojawił się tylko jeden problem, Córa zaczęła bardzo emocjonalnie podchodzić do bajek. Zawsze puszczamy jej te "ładne", dla niej nawet Muminki, czy Pszczółka Maja, są "brzydkie", bo zbyt mroczne i brutalne. Ale teraz Córa wręcz kipi empatią. Potrafi się popłakać na Marta mówi, czy innych bajkach, które do tej pory były ok. Nawet jak zna zakończenie, wie, że będą żyli długo i szczęśliwie, to i tak trzęsie się i chlipie kiedy główny bohater wpada w chwilowe tarapaty. Kiedyś tak nie miała. Nie podobał jej się klimat bajki, od razu mówiła, że brzydka, a teraz po prostu przeżywa to, co się dzieje na ekranie. Chyba trzeba będzie się cofnąć do Teletubisiów. 

14:19, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 lutego 2014

     Była taka książeczka z serii: poczytaj mi mamo, "Samo się". Przerabiamy teraz coś w ten deseń w domu. Wszystko to jednak wina stópek. "Mamo! Stópki przewróciły stołek", czy przy jedzeniu, kiedy już mrówki w pupsku i trudno usiedzieć, "Mamo! Stópki łobuzują, tańczą sobie". Siedzimy na kanapie:

KM: - Córa! Przestań mnie w końcu kopać, to boli!

C: - Ale przecież to stópki!

Stópki wysypują, przestawiają, wylewają, i broją na potęgę. Z początku myślałam, żeby je wytresować, skoro Córa sobie z nimi nie radzi, a teraz zaczynam się zastanawiać, do czego je można wykorzystać?

--------

UPDATE:

KM: - Nie kop mnie!

C: - Ale stópki Cię tylko przytulają...

A kiedyś wyglądały tak niewinnie! Kto by pomyślał?


poniedziałek, 03 lutego 2014

     Ponoć niemal co 5 wypadek zdarza się w domu. U mnie co 5 nie zdarza się w kuchni. Gdyby ktoś chciał się mnie pozbyć, nie pozostawiając śladów, powinien załatwić mi pracę właśnie na kuchni. Wyglądałoby to na samobójstwo podszyte masochizmem. Jak nie poparzę łapy wsadzając ją do piekarnika, to potnę palce. Już jako dziecko, miałam na swoim koncie zarżnięcie się łyżką (!) i zgryzienie szklanki.
W ciągu ostatnich 2 tygodni zdążyłam się kilkakrotnie poparzyć (widelcem, parą, patelnią), upuścić duży słoik majonezu, naczynie żaroodporne z obiadem w środku, rozbryzgując tłuszcz po ścianie w kolorze "magnolia". Ostatnio też piekłam chleb w naszej super maszynie... Chciałam go puścić z opóźnieniem, żeby był ciepły na śniadanie, na szczęście składniki nie mogły czekać. Zorientowaliśmy się po pewnym czasie, że masa się nie kręci... No cóż, Matka zapomniała wsadzić śmigło. Wedgług instrukcji, maszyny mogą używać dzieci powyżej 8 roku życia, a nawet osoby nie w pełni zdrowe fizycznie, czy psychicznie (!), oczywiście pod nadzorem kogoś dorosłego i sprawnego. Dobrze, że KO mnie nadzorował. 

Do niebezpiecznych narzędzi kuchennych, dochodzą jeszcze inne, czające się w całym domu, żelazko (również prostownica/lokówka), igły, nożyczki.
Lubię gotować i chyba nie wychodzi mi to najgorzej, ale jakim kosztem? Ja się nie nadaję na kurę domową, w biurze byłam taka bezpieczna!