Kto rządzi w naszym cyrku?
czwartek, 29 listopada 2012

     Wczoraj w końcu udało nam się dotrzeć na bilans dwulatka. Śmieszna wizyta. To znaczy Córze do śmiechu nie było, ale całość to taka pro forma. Zazwyczaj chodzimy do prywatnej kliniki. Odkąd korzystamy z dobrodziejstw żłobka, zaczęliśmy bywać u pediatry po kilka razy w miesiącu (a bywało i tak, że w tygodniu). Córa więc bardzo dobrze zna swoją panią doktror, siłą rzeczy musiała się z nią oswoić, a nawet polubić. Innych lekarzy nie toleruje, od drzwi strach w oczach. Na bilans poszliśmy na rejon, tam gdzie, wszystkie szczepienia i inne rutynowe pomiary robiliśmy niemal od urodzenia, zresztą tam nas już ścigali z tym bilansem.

Na dzień dobry, z gabinetu rozległ się przerażający krzyk szczepionego niemowlaka. Strach więc padł i na nasze dziecię. Stwierdziła cichutko „boję się”, po czym wzięła się w garść i jak gdyby nigdy nic, wstała, złapała tatę za rękę, „tata chodź”, mamę, „mama chodź” i dziarsko ruszyła...w stronę wyjścia.

Nawet na wadze darła się, jakbym ją posadziła na conajmniej stole operacyjnym. Wypełniłam karteczkę, na której musiałam zeznać, czy dziecko sprawnie biega (czasem sprawniej niż ja, szczególnie w mieszkaniu, gdzie wygrywa ten, co ma lepszą zwrotność), czy wspina się na krzesło (wspina się nawet po półkach), czy dobrze słyszy (poza tym, czego słyszeć nie chce), czy bawi się klockami (nawet tymi z nocnika, oczywiście byle palcem nie dotknąć), czy łączy słowa w zdania (Miodek miałby się do czego przyczepić, ale łączy ), czy sygnalizuje potrzeby fizjologiczne (czasem nawet bez potrzeby, czasem dopiero „mama sikam”, tu więc dostała +/-), czy potrafi wskazać 2 części ciała (pod warunkiem, że nie byłby to nadgarstek i łydka)? Wypełniłam więc taki teścik, zmierzyli, zważyli, zapytali o szczegóły alergii, przebyte choroby i tyla. Odfajkowane.

wtorek, 27 listopada 2012

     Dużym powodzeniem cieszą się ostatnio wszelkie kursy asertywności. Coraz więcej się o niej mówi, coraz więcej wydaje na jej temat książek. A ja tak patrzę na moje dziecko i myślę, że jakby trochę lepiej posługiwała się naszym językiem, mogłaby poprowadzić kilka takich szkoleń, napisać chociaż parę artykułów.

Kiedy dorosły człowiek mówi „nie i nie będę się tłumaczył”, jest asertywny, stanowczy, kiedy dwulatek mówi „nie”, jest buntownikiem.

     Słyszę „nie”, bądź też złożone „nie chcę jeść/spać/kąpać się/iść na spacer/bawić się/iść do żłobka/przytulić/rysować* (w zależności od mojej propozycji)” niezliczoną ilość razy dziennie. Nie chce się kąpać, potem nie chce wyjść z wanny, nie chce iść na spacer, potem brzęczy, że nie będzie wracać do domu, nie chce spać, choć leci przez ręce, mam wrażenie, że zaprzecza już dla zasady. Oczywiście zaprzeczenie częstokroć upiększone jest odpowiednimi jękami w stylu „eeeeeee” (czyt. naprzemiennie „e” wysokie z „e” niskim), tudzież regularnym płaczem.

Kiedyś zastanawiałam się na ile bunt dwulatka naprawdę istnieje, a na ile rodzice składają na jego karb winę wszelaką, jako na takie dziwne coś, co nie jest dookreślone, takie pudło z gratami, nie wiem co z tym z robić, wrzucam do pudła. Nie znam przyczyny danego zachowania, nie radzę sobie z nim, zrzucam odpowiedzialność na bunt. Dziś jednak wiem, że to...istnieje. Jestem świadoma tego, że wiele zachowań jest wynikiem chęci zwrócenia na siebie uwagi. W teorii wiem, że należy postawić się na miejscu takiego dwulatka, postarać się go zrozumieć. Powtarzam, w teorii, w teorii jednak rodzice nie dostają kociokwiku słuchając po raz setny danego dnia "nie". W praktyce, choć umysł stara się jak może, trzeba się liczyć z tym, że nasza wytrzymałość też ma pewne granice. U jednych są one bliżej, u innych dalej, ale bywają dzieci, które potrafią naprawdę wiele. Sporo zależy też od dnia, pogody, nie wiem czego jeszcze, ale ja raz potrafię przejść nad n-tym przeczeniem do porządku dziennego bez mrugnięcia okiem, innym razem "nie" wywołuje u mnie pianę na pysku.

     Cóż, pozostaje mi wierzyć, że u mojego dziecka to chwilowy etap (spotkałam się z osobami liczącymi okres buntu dwulatka w latach!), albo chociaż kilka kursów poprowadzi.

 

 

* Niepotrzebne skreślić

 



poniedziałek, 26 listopada 2012

     Ostatnio często słyszę, że rówieśnicy mojej Córy właśnie uczą się spać samodzielnie, w swoim łóżku… Moje dziecię na opak, ona właśnie uczy się wbijania do wyra rodziców.

W sumie już dawno temu przewidzieliśmy, że nie zawsze będziemy spać sami, wyro więc zakupiliśmy słusznych rozmiarów. Niemniej jednak w praktyce okazało się, że nie byłam w stanie spać z niemowlakiem. Dlaczego? Ano na przykład dlatego, że niemowlak...oddychał. Czasem oddychał dosyć donośnie, świstał, gwizdał i charczał. To na początku, potem mu przeszło, ale też trzeba było czuwać, czy przykryty, czy nie przygnieciony, czy nie spadł z łóżka, a przy nasileniu alergii i męczącej wysypce, rzucał się do tego wszystkiego jak opętany. Spałam więc jak ten pies stróżujący. Wolałam przespać 0,5h bez niej, niż z nią 2h. Sporadycznie zdarzały się takie sytuacje, szczególnie nad ranem, ale generalnie wolałam zdecydowanie, żeby miejsca do snu nocnego były jasno ustalone. Odkąd Córa skończyła 4 miesiące zamieszkała we własnym pokoju. Jest tak blisko, że słyszę nawet jak się dziewczę odkrywa, więc daleko nie miałam, poza tym to już był akt desperacji. Po miesiącu wstawania po 8-9 razy w ciągu nocy, przesypianiu 4-5h na raty, próbowałam wszystkiego. Córa ładnie spała wieczorem, do momentu kiedy ja przychodziłam do sypialni. Wchodziłam bezszelestnie, na wdechu, żeby ani szmeru nie wywołać, kładłam się, a ten troll mały od razu w płacz. Żarcie przyszło. Jak nic wyczuwała matkę z cyckiem. Potem już, jak spałam, budziła się co rusz, pomyślałam więc, że może wszyscy skorzystają, kiedy pójdzie na swoje. I faktycznie, stopniowo było coraz lepiej. Od tamtej pory Córa śpi w swoim pokoju, w swoim łóżku. Do nas przynoszę ją tylko jak dostanie w nocy gorączki, albo nad ranem, ale to raczej już nie spanie, tylko dochodzenie do siebie.

Kilka dni temu, nie mogła zasnąć, przewalała się 1,5h w łóżku, w końcu wzięłam ją do sypialni, położyłyśmy się razem i usnęła. No dobra, tak pięknie śpiewałam kołysanki, że ja usnęłam pierwsza, ale ona w końcu też dała za wygraną. Spodobało jej się.

W sobotę w nocy, woła mnie, wchodzę do niej, ta stoi ze swoim jaśkiem, wręcza mi go, zbiera jeszcze 2 miśki i zadziera nogę na barierkę. „A Ty gdzie?” „Tam, do sialni (czyt. sypialni)”. Kulturalnie przynajmniej jaśka wzięła, do tej pory zawsze zabierała poduszkę któremuś z nas, krzycząc “oddaj, to móje”. Wczoraj też położyłam ją wieczorem spać, a ta jęczy i jęczy, wchodzę, siedzi w rogu łóżeczka i przytula już cały pakiet małego śpiocha (jasiek, duży misio i mały Puchatek), „a ty co robisz?” „mama, do sialni”. Ponieważ zdążyłam właśnie zasiąść do zasłużonej kolacji, nie kładłam się z nią, próbowała ten fakt wykorzystać, kilkakrotnie podejmując się dezercji, niby dla żartu, ale upomniana, że może tam spać warunkowo, jak się nie podoba, wraca za kratki, poszła i...usnęła. Elegancko.

Z jednej strony fajnie ją tak przytulić i usnąć, tym bardziej, że nie świszczy, jest większa, zgnieść się tak łatwo nie da (Córa oczywiście układa się na środku, a tatuś nawet nie zawsze jest świadomy, że nas w nocy przybyło). Nadal jednak spokojniej śpię, kiedy ona jest u siebie, szczególnie, że nikt mnie wtedy nie kopie, nie wali łokciem po twarzy, a po przebudzeniu, nie próbuje wydłubać mi oka.

sobota, 24 listopada 2012

Babcia zostając z chorą wnuczką z przyjemnością puszcza jej bajki. Osobiście wolę, żeby Córa spędzała czas bardziej aktywnie, przynajmniej przez większość dnia. Jaka wdzięczność mnie za to spotyka?

- Mama, baje!

- Nie.

- Baje!

- Nie.

- Chcę baje!

- Ale ja nie chcę.

- Mama idź, babcia przyjdzie.

piątek, 23 listopada 2012

     No zero. Już pomijam wyciąganie glutów z nosa w miejscu publicznym. Wracamy ze spaceru, szybko, bo bomba w pamperze, a ta pod blokiem, zupełnie nie krępując się przechodzących sąsiadów „o fuuuj, śmierdzi, o fuuuj, kuuupa”. To samo było na wakacjach, kiedy w hotelowej restauracji chciałam cichaczem przemknąć z nią do wyjścia, a ta na cały głos „fuuuuj, kuuupa”.

Któregoś dnia też matka, jak to czasem jej się zdarza, na fantastyczny pomysł wpadła, zaczęła szurać butami w liściach na parkowym trawniku...jak to się mogło skończyć? No i dyskretnie próbuję pozbyć się placka z podeszwy swoich kozaczków, a Córa pomimo mojego „cicho, nic nie mów” znów krzyczy „o nieee, mama ma kuuupee, fuuuuj”. I weź tu człowieku zachowaj przy dziecku dyskrecję.

środa, 21 listopada 2012

     Czasami zastanawiam się dlaczego ja jeszcze pracuję? Wystarczyłoby, że wychodząc z Córą w miejsca publiczne, zabierałabym pusty kapelusz. Ona wszędzie znajdzie publiczność, regularnie poszerza rzeszę swoich wielbicieli. Zaczepia, wysyła uśmiechy, zagaduje zupełnie obcych ludzi. Już kiedy przesiadła się z gondoli do spacerówki machała przechodniom, rozsyłała pozdrowienia niczym papież na pielgrzymce. Zdarza jej się zawstydzić, ale i ona zawstydziła już niejednego.

     Dziś występowała w poczekalni u lekarza. Zgodnie z moimi przewidywaniami choroba jej nie ominęła. Niestety nie mogę tego powiedzieć o balu jesieni... No cóż, już nawet ja byłam nastawiona psychicznie na wycinanki, malowanki, ba! nawet akcesoria kupiłam. Z drugiej strony nie wiem jak Córa przyjęłaby wiadomość, że ma wyjść do ludzi w wykonanym przeze mnie stroju, bo jak tylko usłyszała, że będzie impreza, krzyknęła "założę Minnie". Są dwa słowa zakazane u nas w domu: impreza i urodziny. Wywołują euforię, a następnie walkę o wystrojenie się w sukienkę z Minnie, czy to do kąpieli, czy na wieczorny, jesienny spacer. Słowo, urodziny jest jeszcze o tyle lepsze, że można od sukienki odciągnąć uwagę śpiewaniem "sto lat". Aktualnie jej ulubiony utwór...śpiewa każdemu i przy każdej okazji.

A ostatnio to przecież histeria była, bo matka dopuściła się zbrodni na Minnie... Córa była świadkiem jak wyprałam jej tę słynną sukienkę. Prałam oczywiście ręcznie, żeby nie zniszczyć tej całej myszy, jednak widok totalnie mokrej, ociekającej wodą, jeszcze wykręcanej przez matkę idolki, wywołał panikę, płacz i prawdziwe przerażenie w oczach. Chyba jak dziecię wyrośnie, suknia skończy w ramkach na ścianie.

poniedziałek, 19 listopada 2012

     Przyznaję, nie jestem już i jeszcze na czasie. Nie wiem jakie zabawki, postacie z bajek są teraz na tak zwanym topie? Nie mam jednak też tylu lat, żeby wspominać zabawy wyłącznie własnoręcznie wykonanymi lalkami. Były kiedyś zabawki, były bajki, naprawdę, nie biegałam po podwórku z dinozaurami, a jednak czasem tak się czuję. Jeszcze niedawno o moim pokoleniu staruszki rozpoczynały wywody od "za moich czasów...", teraz sama zaczynam tak mówić.

Nie chodzi mi bynajmniej o fakt, że pojawiła się świnka Peppa, że Hello Kitty, czy Hannah Montana. Wiadomo, że Reksio prędzej, czy później, musiał przejść na emeryturę, każdemu się należy (nadal głęboko w to wierzę). Jestem coraz bardziej zszokowana tym, co sprzedaje się naszym dzieciom. Kiedyś szczytem okrucieństwa było ciągłe zrzucanie ze skały kojota uganiającego się za strusiem. Teraz na półce z maskotkami znajduję trupie czachy, kostuchy i rozbebeszonych umarlaków. 

     Któregoś dnia, moją uwagę na dziale zabawek przykuła pewna dziewczynka, przyszła z babcią wybrać sobie lalkę. Dziewczynka na oko lat 9, dostała od babci wolną rękę, dopiero jak zobaczyłam co wybrała, przeżegnałam się nogą, babcia okazała się być bardziej nowoczesna, nie mrugnęła nawet okiem. Lala pomijając fakt, że ceniła się bardzo wysoko, wyglądała przerażająco, niczym świeżo wyłowiona z rzeki, odpadały jej niektóre części ciała i to ponoć było najbardziej ekstra. Na pudełku oczywiście trupie czachy, dziwnie wyglądające akcesoria.

Z ciekawości wyszukałam to coś w internecie. Mój szok nie zmalał. Na stronie, w wypowiedziach postaci, często przewijają się słowa "umierać, trup, śmierć" i różne ich modyfikacje.

Przypomniała mi się jeszcze jedna bajka, puszczali ją chyba na którymś z zagranicznych kanałów, kilkanaście lat temu, więc ani dawno, ani aktualnie. Bohaterowie to były obrzydliwe potwory, jakby gluty, żyjące w ściekach i wychodzące do świata ludzi przez muszlę klozetową. Niby ohyda, a jednak miało to troszkę inny wydźwięk niż ludzie umarlaki.

     Zakazano Wilka i Zająca za pociąg do nikotyny, Teletubiś został obrzucony błotem, bo nosił torebkę, a co z tym, co naprawdę robi dzieciom sieczkę z mózgu?

Być może słabo bym wypadła w łańcuchu pokarmowym biznesu XXI wieku, ale nie jestem w stanie pojąć dlaczego ludzie dążą do zysku...po trupach?

piątek, 16 listopada 2012

     Tym razem matka zaczęła. Albo i Córa przyniosła coś z cichacza, ale jej nie wzięło. Poległam do tego stopnia, że dziś nie dotarłam do pracy, dziecię zawiozłam do żłoba i wróciłam na legowisko. Zazwyczaj żłobek traktuję jako konieczność, kiedy mam wolny dzień, spędzam go z Córą, bo w tygodniu naprawdę mało czasu mamy dla siebie. Oczywiście bywają i takie dni, że mam ochotę zawieźć ją do żłoba nawet w niedzielę, choćbyśmy tam tylko sprzątaczkę zastały. Dla niej to byłaby frajda, dla Córy, za wrażenia sprzątaczki ręczyć nie mogę.

Moje kochane dziecko dba o mamunię, przychodzi do leżącej w gorączce, przytula, robi tymi swoimi małymi łapkami "maasu, maasu" i "już, mama wstawaj, chodź tam do pokoju..."

czwartek, 15 listopada 2012

     Dziś w żlobku wielki plakat, w przyszłą środę dzieciaki będą miały „bal jesieni”.... Rodzice mają przygotować stroje. Za moich czasow czegoś takiego nie bylo. Pojęcia nie mam w jakich strojach występuje się na balu jesieni? Mam ją przebrać za chochoła? Żółty jeseinny liść?

Biorąc jednak pod uwagę fakt, że ja jestem w mackach kolejnej infekcji i Córa też zaczyna smarkać, a do tego ta impreza, najbardziej prawdopodobne, że w przyszłym tygodniu to będzie siedzieć w domu na zwolnieniu... Zawsze jak w żłobku jest jakiś ważny dzień, wydarzenie, ją omija. Chorowała na Gwiazdkę, imprezę karnawałową, Dzień Matki, no, na Dzień Dziecka udało jej się być, ostatnio przedstawienie o Puchatku też przegapiła. Do września, w którym to pierwszy raz obyło się bez chorób, nigdy nawet nie załapała się na większe prace plastyczne. Rysunki, wyklejanki, malowanki, wszystkie dzieła wiszące na korytarzowej wystawie wymieniały się wyłącznie podczas jej chorób.

     Jeśli jakimś cudem infekcja przejdzie bokiem, rozpocznie się powrót do przeszłości... Będę musiała obudzić nieistniejące we mnie zdolności plastyczno-manualne. Coś tam obudzę, ale nieistniejące, bo ciężko je nazwać zdolnościami. Chciałabym samodzielnie przygotowywać stroje na imprezy, przedstawienia, pomagać w innych tworach artystycznych, to zawsze inaczej niż pójść na łatwiznę i kupić w markecie, albo zamówić przez internet. Niestety same chęci bywają niewystarczające, mam nadzieję, że Córa po mnie odziedziczyła w tej sferze wyłącznie chęci.

wtorek, 13 listopada 2012

Albo dyktatorem...

-  Mama wstań, tata, chodź, mama siadaj tu, tata idź, mama graj, tata kółko (w domyśle “…tańcz w…”), mama sio (?!), tata czekaj, mama hau hau (czyt. „biegaj po pokoju na czterech i szczekaj”), tata odłóż tu (okulary na półkę, bo będziemy szaleć)....

Słownik mojej córy nie jest jeszcze kompletny, ale komend zna chyba kilkadziesiąt. Zawsze stara się angażować do zabaw nas oboje, w dodatku dla każdego ma jakieś dyspozycje. Kreatywne dziecko, nie ma co.

 
1 , 2