Kto rządzi w naszym cyrku?
poniedziałek, 31 grudnia 2012

     Chbya musimy zrezygnować z drzemki popołudniowej. Od jakiegoś czasu są z nią problemy, Córa siedzi w łóżku I krzyczy “nie chcę spać”, albo po 3 minutach leżenia: “mamusiu, już wyspałam”. Mimo tego jak uśnie, śpi 1,5-3h. Wydawało mi się więc, że potrzebuje jeszcze spać za dnia. Ostatnio jednak zaczęło się to przekładać na sen nocny. Do tej pory to dziwnie nie miało znaczenia, Córa potrafiła się obudzić o 18 i o 21 lulać już z powrotem. Teraz nawet 1,5h drzemki powoduje problemy z uśnięciem na noc. Kładę ją między 21-22, a ta czochra się po całym, łóżku, skacze po nim, gada i śpiewa do 23, czy nawet 24. Oczywiście do tego co chwila woła siusiu, pić, ułożyć poduszkę, podać misia, zaśpiewać itd. No i wędrówki pomiędzy własnym łóżkiem, a nasza sypialnią celem sprawdzenia gdzie szybciej sen przyjdzie. Wczoraj o 23 stwierdziła, że ona idzie do żłoba... Wymiękam, nie będziemy jej kłaść na siłę w ciągu dnia, najwyżej przesuniemy noc na wcześniejszą godzinę. Jak będzie szła do żłobka, nie będzie wylegiwania się do 9, wstanie wcześniej, to w południe powinna usnąć na leżakowaniu, a w pozostałe dni dostanie wolną rękę.

środa, 26 grudnia 2012

     Ufff... udało się. Wszystkie obiady, kolacje, spotkania za nami. Nawet nie było tak źle. Tylko Mikołaj trochę w tym roku przesadził. Stary sklerotyk pozostawiał Młodej prezenty w tylu domach, że już ona sama się chyba w tym wszystkim pogubiła. W przyszłym roku chyba trzeba będzie zebrać wszystko do jednego wora i niech odpakowuje za jednym podejściem, a nie tak przez całe 2 dni. Istna rozpusta.

Masa prezentów i żarcia, tak, bo to już nie jedzenie było, a obżeranie się. Młoda wczoraj wsunęła chyba wiadro sałatki. Nałożyłam jej tylko trochę, bo z majonezem, ale popełniłam ten błąd, że michę z resztą postawiłam w zasięgu jej ręki... Miseczka Córy więc była ciągle pełna, albo pełniejsza. W przerwach zagryzała ciasta. Jak kładłam ją spać, brzuszek miała niczym opity mlekiem szczeniaczek, a i tak nie zrezygnowała z wieczornej kaszki. Żarłokiem to dziecko nie jest, ale tym razem głodna na pewno nie chodziła.

     Pierwsze świadome święta za nami. Córa nawet kolędy śpiewała, wczoraj puściliśmy rano w telewizji, a potem u pradziadków siedzi przy stole i nagle "gloooriaaa, gloooriaaa". I tak bardziej wesoło by było gdyby powiedziała to co ostatnio wymyśliła w domu, już myślałam, że wczoraj też wszystkich poinformuje, bo zaczęła "a mama ma duże..." nie zrozumiałam co, ale w domu krzyczała, że "mama ma duże cyce!" Kochane dziecko! Z drugiej strony widziała tylko swoje i moje, więc nie ma się co dziwić, że nieźle wypadłam.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

     Wykańczam się nerwowo... Tak, przed nami życzone przez wszystkich miłe, rodzinne święta.  Trzeba sprzątać, gotować, uruchomić rodzinną księgę skarg i zażaleń co do tego kto przyjdzie, a kogo nie będzie. Jutro więc otwieram drzwi wejściowe o konkretnej godzinie, kto chce, zapraszam, komu coś nie pasuje, niech mi dupy nie zawraca. I to są moje życzenia świąteczne dla samej siebie. Spokoju. I tyle. Wszystko poza tym mam, albo jak nie mam, to mi aż tak do szczęścia potrzebne nie jest.

     Młoda też dziś w nieszczególnym humorze. Strzela nawet takie fochy, że i mikołajowe groźby przestały działać, jest od razu "to nie chcę Mikołaja, nie chcę lali". Tak, bo teraz największym marzeniem jest lala. Dziewczę twierdzi, że chce ją "badzio, badzio". Mam nadzieję, że zostanie jej tak przynajmniej do wieczora, bo to różnie bywa, jeszcze kilka dni temu najbardziej chciała dostać pistolet...

Wczoraj ubrałyśmy choinkę, chwała tym, co wymyślili plastikowe bombki! Turlały się po całym mieszkaniu. Zamieszanie, syf na pół mieszkania, ale reakcja na efekt końcowy bezcenna. Kiedy zapaliłam już ostatecznie lampki, Córa zrobiła wielkie, zachwycone oczy, złapała się rączkami za policzki i krzyknęła "o booozie!". Zaczęłam się zastanawiać, czy my tak mówimy..?

     Przed nami niemal 3 dni siedzenia przy stole i niestety pewnie i telewizorze. Wysłuchiwanie co dać dziecku jeść, czego nie dawać, co robię źle, czego nie robię, co powinnam, czego absolutnie nie itd. Zaczynam rozumieć skąd alkohol na Bożonarodzeniowych stołach. Gdyby tylko była taka możliwość, najchętniej spakowalibyśmy walizki i wyjechali w ch... siną dal.

     Wszystkim więc życzymy takich świąt, o jakich marzą! Przede wszystkim spokoju i odpoczynku w gronie bliskich, ale bez dobrych, nieproszonych rad, bez pretensji, że zupa za słona, piernik za stary, a choinka krzywa. Tylko uśmiechu, uśmiechu i jeszcze raz, szczerego uśmiechu!

czwartek, 20 grudnia 2012

      Wczoraj kupiłam Młodej nową pastę do zębów. Oczywiście od razu musiała wypróbować, czy dobrze myje. Jakieś 2h później usłyszałam ciche wołanie „Ma-mu-siuuu”, idę więc do Córy pokoju, a  tam pusto...słyszę za plecami jej śmiech, patrzę...siedzi po ciemku w łazience, na wysokim koszu z bielizną, pod koszem ustawiony jej grający stołeczek, a ta cieszy się i macha nogami. W jednej ręce szczoteczka do zębów, w drugiej pasta. Najbardziej zatanawiało mnie jak je sięgnęła, bo kubeczki na tego typu akcesoria wiszą na ścianie w odległości drugiego kosza na bieliznę, więc dziwne, że nie wpadła w tę dziurę między koszem, a ścianą...

Pomysły ma coraz lepsze, stara się być coraz bardziej samodzielna i wyraźnie ją to bawi, choć mnie czasem przeraża.

      Co do postępów nocnikowych, wczoraj wieczorem nasikała w pieluchę, ale to chyba i tak dobry wynik, skoro pierwszy raz od 4 dni. Dziś jak wrócę z pracy założymy już majty. Boję się jeszcze trochę kupy, bo wczoraj choć zawołała, to było całkiem płynnie, ale z drugiej strony powinna się przyzwyczajać, żeby się nie zapominać, bo to grozi mokrymi spodniami.

Tłumaczyłam jej wczoraj, że za takie postępy, na pewno Mikołaj przyniesie dużo fajnych prezentów i wymieniałam przykładowe, żeby zorientować się w jej oczekiwaniach, na misie, lale, auta, książeczki, reakcja była boska, iskierki w szeroko otwartych oczach, uśmiech od ucha do ucha i głośne „taaaaaak”. Tylko na hasło “sukienka” było zdecydowanie “nie”. Spodnie już mogły być. Podejrzewam, że dziś spytana o to samo, zachwyciłaby się i sukienką, tym bardziej, że ona lubi się stroić, po mieszkaniu do spodni nawet zakłada sobie sukienki, spódniczki. Fajna jest ta wiara w Mikołaja. Córa naprawdę cieszy się, że jakiś facet przyniesie jej super prezenty. W żłobku też był i bardzo poważnie podeszła do tematu, minę miała jakby to sam papież przyjechał.  

wtorek, 18 grudnia 2012

     Córa wczoraj zawołała kupę na kibelek, choc miała taka biegunkę… Szacun. Nie mogłam jej dać w związku z tym  gumy, czy lizaka, wymyśliłam więc naklejki. Znalazłam listek naklejek wielkanocnych, z kurczaczkami, dałam jednego, dumna dziewczyna nakleiła na drzwi od toalety. Za chwilę jednak zaczęła mnie męczyć, że ona chce naklejać „kuciaki”, chodziła za mną cały wieczór, „mama daj kuciaki” i „daj kuciaki”. Zaczęłam się bać, że strzeli focha i już nic na kibel nie zrobi, obiecała więc z mina pełna przekonania, że ona już nigdy, przenigdy nie zwali się w pieluchę. Ponieważ to nie byla nagroda, a zachęta, zmieniłyśmy drzwi na pudło z zabawkami, od wczoraj zatem ma pudło w kuciaki. Ciekawe jaką mają moc....

     Znam siebie już tyle lat, a nadal nikt bardziej mnie nie zaskakuje. Jestem totalnie nieprzewidywalna i czasem pełna podziwu dla samej siebie. No bo kto inny potrafiłby naciągnąć sobie ścięgno w pachwinie podczas...wyjmowania prania z pralki? Nikt, tylko ta sama osoba, która wiele lat temu zarżnęła sobie palec...łyżką.

     Kiedy późnym wieczorem, po ułożeniu Córy w łóżeczku, zaległam przed telewizorem, godzina minęła niepostrzeżenie, zdążyłam jedynie paznokcie umalować. Malowanie paznokci to rzadka sprawa w moim przypadku, bo przeważnie nie mam czasu czekać jak wyschną. Po sesji telewizyjnej musiałam jeszcze ogarnąć garnuszki, kubeczki, łyżeczki, wyrastające w mieszkaniu w najmniej spodziewanych miejscach, naszykować ciuchy na rano i wykonać parę innych czynności. W końcu o północy, zadowolona, że nareszcie mogę zalec w łóżku, kątem oka dostrzegłam pralkę, a w niej pełen bęben mokrych rzeczy, o których na śmierć zapomniałam. Zła więc na pralkę, pranie i siebie, otworzyłam drzwiczki, podstawiłam kosz, złapałam mokrą poszwę na kołdrę (200x200), a w tej jak się okazało, zagnieździła się cała pozostała zawartość bębna. W tej swojej złości, z tymi ledwie podeschniętymi paznokciami, uznałam że nie będę się rozdrabniać i delikatnie rozbebeszać powstałego wora, tylko złapałam i zaczęłam ciągnąć na siłę.

     Tym więc sposobem nadwerężyłam sobie ścęgno. Nie mogę bezboleśnie podnieść wyżej lewej nogi, stanąć na niej... Jaka nauka z tej opowieści? Trzeba zapinać poszwy przed praniem.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

     Tydzień Córa chodziła do innego żłobka, do najstarszej grupy (naprawdę dziwnie starszej), tam dzieciaki same chodziły parami do toalety, jak w przedszkolu i tadaaaam, wczoraj pierwsza, calutka doba bez ani jednej zsikanej pieluchy. Nie odważyłam się jej zamienić jeszcze na majtki z racji kup jakie waliła dzień wcześniej, mogłyby zaskoczyć każdego dorosłego, zatruła się, więc poczekam jak wszystko wróci do normy i jeśli jej się nie odwidzi, pa pa pieluszko!

Niestety dalszej obserwacji dobrego przykładu  nie będzie, od dziś znów siedzi w domu, mało, że brzuszek boli, to gil do pasa i kaszel...

piątek, 14 grudnia 2012

     No i nadeszła chwila na pierwszy publiczny występ. Dziś w żłobku była coroczna impreza gwiazdkowa. Zaproszono rodziców, poproszono o przyniesienie ciast, ale nie wiedzieliśmy, że przewidziano program artystyczny. Rodzice zostali usadzeni na widowni, a dzieciaki zorganizowały nam przedstawienie. Zastanawialiśmy się co zagra nasza Córa, skoro przyszła do grupy 4 dni temu? Kazali ubrać dziewczynki na biało, myślałam, że może będzie leżeć odgrywając tym sposobem rolę śniegu, ale nie. Dzieciaki pięknie tańczyły w parach. Nasza najmniejsza i ponoć najmłodsza (zastanawia mnie do jakiego wieku dzieci w tym żłobku przyjmują, niektóre wyglądały nawet na 3,5 roku). Najmniejsza więc śnieżynka nie odstawała mimo wszystko od reszty. Pod koniec już wyszły braki w przygotowaniu, ale długo radziła sobie jak trza.

Niektóre dzieci na widok rodziców zaczynały płakać, nie chciały tańczyć, uciekały w publiczność, a nasza strzelała tylko głupkowatą minę świadczącą o lekkim zawstydzeniu i dzielnie realizowała założenia choreografii. Byłam dumna oczywiście i wzruszona...wzruszyłam całe 2 chusteczki higieniczne... Ja to naprawdę czasem przeginam, potrafię się popłakać na reklamie Whiskasa...chociaż nie, to było w ciąży, więc się nie liczy.

     Co jeszcze ciekawe, zobaczyłam jak Córa zachowuje się poza domem sama. Nie byłam sobie w stanie tego wyobrazić. Zawsze wszystkie opiekunki (jednej mogłam nie wierzyć, ale zeznania się powtarzały, nawet w różnych żłobkach) mówią, że to takie wspaniałe, grzeczne dziecko, że ona tak ładnie sama sobą potrafi się zająć, jest jakby jej nie było, z nikim się nie kłóci, nikomu nie zawadza... To mi zupełnie nie pasowało do dziecka, które mam w domu, które strzela fochy z przytupem, na wszystko krzyczy "nie", dzieciom wyrywa zabawki krzycząc "móje!", rzuca się na podłogę z teatralnym płaczem, ciągle ma coś do powiedzenia. Zawsze wracając ze żłobka też opowiada (na ile to możliwe), że fajnie było, z kim się bawiła, co robili itd. A tu dziś widziałam, że ona faktycznie jest aniołem w rękach żłobkowych opiekunek. Nie znałam jej takiej. Z nikim się nie kłóciła (dopiero potem, jak już rodzice też włączyli się do zabawy), nikomu nie sprzeciwiała, robiła wszystko, co kazali. Jak taki piesek co szczeka tylko w obecności właściciela. 

No nic, po takiej mamie nie ma się co dziwić, ja też do późnego wieku dziecięcego byłam grzeczna...ale luz, potem mi przeszło.

czwartek, 13 grudnia 2012

     Czasem zaskakujemy sami siebie w naszym rodzicielstwie. Z ostatnich kilku dni zebrało się kilka hitów. 

     Od poniedziałku Córa wróciła do żłobka, po 3-tygodniowej chorobie i rekonwalescencji. Wczoraj środa, ubieram ją już do domu, zdejmujemy kapciuchy, a ta nagle: „Mamusiu, papi (czyt. kapcie) za małe są”. Macam, a tu faktycznie palec zaraz się przebije na zewnątrz. Chodziła więc tak 3 dni w zamałych butach.... Przynajmniej wiem, że sama już takie rzeczy komunikuje... Buty zmieniamy równo co 2 miesiące...jak tak dalej pójdzie, za dwa lata zacznie nosić moje. 

     Dzisiaj natomiast, jak już w temacie obuwniczym jesteśmy, założyłam jej rano kozaki nie na tę nogę. Śniegowce, takie grubiutkie, okrąglutkie...no co, można się pomylić... Chociaż na podwórku szybko zauawżyłam, że coś jednak jest nie tak. Mogło być gorzej, kiedyś w ogóle jej butów nie założyłam, jeszcze nie biegała tak sprawnie, więc w pośpiechu zniosłam ją po schodach na ręce, pakuję do samochodu, a ta w kapciach, w dodatku takich skarpetkowych...do zimowej kurtki.

     Kilka dni temu za to, również w pośpiechu, bo zgodziła się z łaski swojej na kąpiel (codziennie to samo, trzeba przekonywać, prosić i grozić) i bałam się, że się rozmyśli, rozebrałam, wstawiłam do wanny...w skarpetkach. Oczywiście się popłakała, bo to tragedyja tak w skarpetach brudnych się kąpać. 

     Wczoraj za to medal powędrował do rąk tatusia... Poszliśmy na sanki, super zabawa, zjeżdżała sama ze sporej (jak na pierwszy raz i moją opinię) górki, ciągnęła sanki do domu, frajda, że hej! Sznurek od sanek jakiś taki krótkawy, płozy z przodu podrywały się trochę do góry jak tata ciągnął Córę, w pewnym momencie słyszę „weź tam czasem na nią spójrz, czy mi nie wypadła”, odwracam się, a sanki postawione, Córa leży na plecach, trzyma się kurczowo oparcia i jedzie głową w kapturze po śniegu... Jak zawsze ma tyle do powiedzenia, tak tylko wielkie oczy robiła, jakby się zastanawiała, czy to aby napewno tak miało być? Kiedy rzuciłam się ją podnosić (bez paniki, żeby nie było) i zyskała pewność, że to nie było zaplanowane, łezki napłynęły do oczu. Ładnie to musiało wyglądać z boku, rodzice idą sobie zadowoleni, a dziecko za nimi niczym wleczone za nogę...

      Koleżanka, która sama dzieci nie ma i nieszczególnie się tematem interesuje, ale siłą rzeczy musi się czasem nasłuchać, stwierdziła, że jak my, współcześni rodzice, opowiadamy o swoich przygodach z dziećmi, zupełnie się to nie pokrywa z tym, co opowiadają o jej dzieciństwie rodzice, czy babcia. Ciekawe, czy to kwestia charakteru rodziców, tzw. czasów, czy też może filtru, przez który przepuszczane są wszystkie historie w drodze do potomnych? Zawsze uważałam, że dzieciom nie będzie można mówić o tym, że zbierało się pały z dyktand, chodziło na wagary, imprezowało w akademiku, co innego wnukom. Dzieci mogą wykorzystać takie informacje przeciwko nam, wnuki zaś powiedzą „babcia, szaaacun”.

     Dziś w żłobku mają wyprawę do liceum na jasełka. Kawałek do pokonania jest i to mnie właśnie trochę martwi. Pierwsze takie wyjście robią grupie i od razu zimą. Może jeszcze gdybym się psychicznie nastawiła na to jakiś czas temu, ale dowiedzieliśmy się o wszystkim wczoraj i to zupełnie przypadkiem. Kiedy już po południu ubieraliśmy Córę w szatni, jedna z opiekunek rozmawiała z jakąś mamą i nagle rzuciła „o, a może Państwo mają czas jutro do południa? Idziemy na jasełka i szukamy opiekunów”. Gdyby nie szukali, pewnie o niczym byśmy nie wiedzieli. Powinni zadbać o to, żeby wszyscy rodzice byli poinformowani, szczególnie kiedy śnieg po kostki i mróz poniżej zera. Inaczej ubiera się dziecko do auta, a inaczej na spacer. Ja rozumiem, że jesteśmy u nich dopiero od poniedziałku, ale pytałam kierowniczki o to jakie imprezy planują na grudzień, bo wiadomo, że to taki miesiąc, gdzie mikołajki, święta itd.

No i teraz taka maruda ze mnie wychodzi, bo siedzę i myślę, czy ją dobrze ubrali, czy nie zapomnieli jej zmienić spódniczki na spodnie, czy rękawiczek w śniegu nie pomoczy, czy buzia bez kremu nie zmarznie?Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby nawet chodzili na regularne spacery, zimą wiadomo, wracamy do domu to juz ciemno, a za dnia też by mogła sobie wyjść, ale żebym ja ją mogła dobrze przygotować.

Zastanawiam się, czy jestem taka maruda bo tak, czy tylko dlatego, że Córa ciągle chora i już się martwię na zapas? Do roku raczej jej nie przegrzewałam, a teraz czasem zastanawiam się, czy nie przegięłam. Wiem, że zbyt ciepłe ubranie szybko przczyni się do przeziębienia, ale jak ona jest na zmianę chora i po chorobie, kiedy mam ją hartować?

No nic, zobaczymy jak się jasełka podobały, bo jak tylko powiedziałam, że idą dziś na wycieczkę i przedstawienie, usłyszałam okrzyk radości.

 
1 , 2