Kto rządzi w naszym cyrku?
sobota, 30 marca 2013

     No właśnie, poszłyśmy i wszystko pięknie się udało. Jajka ozdobiłyśmy folią termokurczliwą, bo z moimi zdolnościami pewnie trzeba by było ukryć potem pisanki pod chlebem, co by wstydu nie robić. Jajka więc wyszły piękne, Córa była zadowolona, dumnie niosła koszyczek, nawet niczego nie musiałam zbierać ze śnieżnej chodnikowej brei.

Ksiądz w kościele ogłosił, cytuję: "wszystkie panie zapraszamy do wzięcia udziału w konkursie na najpiękniejszą babę". Hmm...zastanawiałam się, czy nie wystartować, ale nie wiem, czy nadaję się już na "babę"? Może wstrzymam się jeszcze ze 20-30 lat?

piątek, 29 marca 2013

     Wczoraj po pracy wybrałam się do biedrony. Uznałam, że to będzie niezła pora, bo poranna fala beretów już przejdzie, a ponieważ wychodziłam 15:30 ludzie pracujący jeszcze tak tłumnie nie powinni przybyć. No cóż, rewelacji nie było. Zapomniałam zabrać kasku i ochraniaczy, więc każdą alejkę mogłam przejść tylko jednokrotnie i w obranym przez innych kierunku, powrót pod prąd zdawał się być zbytnim szaleństwem, na pograniczu z masochizmem. Kolejkę również odstałam zacną. Wsiadłam do auta i przeraziła mnie wizja korków, które zwykle po 16 są nieuniknione. Puknęłam się jednak w czoło, jakie korki, skoro wszyscy są w biedronce? Moja druga myśl była bardzo prawidłowa, na ulicach pusto jak na godziny szczytu.

Wszyscy robią zakupy, sprzatają i gotują. Ja jakoś tego nie czuję. Śnieg za oknem, jaka Wielkanoc? To są ponoć wiosenne święta, kojarzą się ze słońcem, zielenią, kwitnącymi kwiatkami, a nie bałwanem. Chcę przekazać Córze jakąś tradycję, nawet kupiliśmy w tym roku koszyczek, opowiedziałam już, że włożymy do koszyczka jajka, kiełbaskę, chlebek, ozdobimy i pójdziemy poświęcić. Dla dwulatki to będzie frajda i wydarzenie. Ostatnio rozmawiałyśmy, że będą święta, a ponieważ znowu liczy na mikołaja i śpiewa „glooooriaaaa, glooooriaaaa”,  tłumaczyłam, że to będą inne święta, bez choinki i mikołaja, za to z jajeczkami, kurczaczkami, barankami, a Córa: „i z chlebem!”. Widać, że słucha matczynych wywodów.

Zgapiłam się tylko trochę, bo na niedzielne śniadanie umówiłam się na 10...a zapomniałam, że będą już przestawione zegarki. Zdarza się mojemu dziecku spać do 9, więc żal by było nie wykorzystać takiej okazji...

poniedziałek, 25 marca 2013

     I tata nam wyleciał. Zostałyśmy same na 2 miesiące. Córa dziś dzielnie zniosła 2h na lotnisku, oczywiście ponieważ nadal nie jada snikersów, gwiazdorzyła na całego. Publiczność dopisała.

Niby Młoda przyjęła wszystko na klatę, ale jeszcze w drodze na lotnisko, dwukrotnie poinformowała mnie, że tatuś ją kocha, a jak poszedł do odprawy paszportowej, wyrywała mi się krzycząc "tatusiu, ja chcę jeszcze jednego buziaczka!". No nic, mam nadzieję, że jakoś damy radę.

Przed nami więc 2 trudne miesiące. Ale istnieją przecież samotne matki i jakoś ogarniają temat, więc i nam powinno się udać. Z drugiej strony, praca, żłobek, zakupy, gotowanie, sprzątanie, w międzyczasie spacer, zabawa...w dodatku wszystko to bez samochodu i bezustannie ze zbuntowaną 2,5-latką u boku, no poza pracą oczywiście i chwała za to, że tam dzieci nie uwzględnia się. Trochę mnie to wszystko przeraża, bo mam świadomość, że doba nadal trwa tylko 24h. Żadnej ulgi dla matek. Do tego wszystkiego trudny okres w pracy, z nadgodzinami, sporą liczbą nadgodzin, więc trzeba będzie uruchomić program "babcia". Program przez te nadgodziny i ewentualne choróbska będzie uruchamiany na tyle często, że nie chcąc go nadużywać, jak tylko nie będę w pracy, będę z Córą. I o! Taki przynajmniej jest plan, w razie jak zacznę siwieć uruchomię program "znajomi ochotnicy na darmową nianię".

 

sobota, 23 marca 2013

     Córa będzie lekarzem. Takie przynajmniej są plany na dziś. Ponieważ to dziecko żłobkowe cały ubiegły rok bywaliśmy w przychodni co najmniej 2 razy w miesiącu, a przeważnie częściej. Córa więc od dawna próbuje nas badać, z początku moimi naszyjnikami, potem dostała zestaw doktora. Do tego wszystkiego ostatnio namiętnie ogląda "Klinikę dla pluszaków". Dziś cały dzień jest panią doktor. W domu najwyraźniej mamy jakąś epidemię, wszystkie zabawki chore, nawet auta... Nie mam pojęcia co to za przypadłość, ale pani doktor przebadała wszystkich wzdłuż i wszerz:

- Oddychaj. Pokaż zęby. Robiłeś kupę?

Każdemu wypisuje receptę i...idzie do apteki wykupić! To dopiero porządna służba zdrowia. Jak za którymś razem, w złości na mnie (że muszę iść siku), pogniotła recepty i powiedziałam, że teraz w żadnej aptece jej ich nie przyjmą, prawie się popłakała.

Nawet nie mogę jej namówić na układanie puzzli, ciągle tylko słyszę:

- Teraz mam pacjenta!

Myślę, że nasi publiczni lekarze, za zamkniętymi drzwiami na pewno spokojnie układają puzzle i mają gdzieś tłumy stojące na korytarzu.

środa, 20 marca 2013

     Tym razem Córa przyniosła coś nowego, zapalenie krtani. W weekend miała temperaturę 37, co nawet nie do końca wiedziałam jak traktować przy braku jakichkolwiek innych dolegliwości, a w niedzielę w nocy zaczęła szczekać. Następnej nocy przez  godzinę kładłam się i wstawałam, bo męczył ją ten cały kaszel. Nie był może tak upierdliwy, co bolesny, jak wydawała dźwięki, to aż mnie gardło bolało. Od wczoraj więc jest na antybiotyku. Ja natomiast wzięłam zwolnienie, jak usłyszałam, że dzieci przy zapaleniu krtani często mają problemy z oddychaniem, a nawet się duszą, uznałam, że (nie umniejszając nikomu) najlepiej jak sama będę jej pilnować. Nastawiłam się na ciężką chorobę, a Córa, biega, skacze, tańczy, śpiewa i tylko czasem szczeknie.

Nawet spać nie chce. Wczoraj uznałam, że wyjątkowo noc spędzi z nami, żebym ją miała na oku... Dała czadu, nie ma co, usnąć nie chciała w ogóle, bo wyspała się w dzień, skakała po łóżku, zapalała i gasiła wszystkie lampki, albo śpiewała na cały głos "kocham Cię, a Ty mnie...", trudno ją skarcić jeśli śpiewa taki tekst... O 23 położyłam się i ja, oczywiście usnęłam pierwsza, nie mam więc pojęcia do której wariowała. Całą noc spała na kołdrze, przykrywaliśmy ją kilkadziesiąt razy, momentalnie wprawiała w ruch nogi. Najbardziej dała popalić tacie, któremu znacznie ograniczyła przestrzeń, a nawet kopnęła stopą w twarz.

Początkowo strasznie znosiła żłobkowe infekcje, teraz nadal dosyć często coś łapie, ale (tfu, tfu) przechodzi jak czołg.

 

niedziela, 17 marca 2013

- Córa, ale to lustro jest brudne, nic w nim nie widać.

- Nooo....bo lizałam.

 

Powiedzieliśmy, że tata niedługo wyjeżdża do UK. Najbardziej zafascynowała ją jego podróż:

- Tatuś poleci samolotem, nioooo, będzie kierował samolot.

- Wiesz...samolotem kieruje pilot.

- Tatuś będzie pilotem!

 

Tata idealny, nie ma szans, że mógłby czegoś nie potrafić.

środa, 13 marca 2013

     Mądry Polak po szkodzie, jak to mówią. Każda matka, na zawołanie sypie z rękawa bardziej lub mnie złotymi radami dla ciężarnych lub świeżo upieczonych debiutantek. Ja również, zapytana, chętnie udzielam odpowiedzi zgodnych z moim doświadczeniem. Ku mojemu zaskoczeniu, na większość tematów mam coś do powiedzenia.

Kiedy ponad pół roku temu, moja przyjaciółka została mamą, często dzwoniła do mnie po update instrukcji obsługi dziecka. Niemal zawsze byłam w stanie powiedzieć co moim zdaniem jest najlepszym rozwiązaniem, jak my robiliśmy, czy jakie są ewentualne możliwości, o których słyszałam, bądź czytałam. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak dużo nauczyło mnie macierzyństwo. Nie zamierzam się przechwalać jaka to mądra jestem, wręcz przeciwnie, aż mi głupio, że udzielałam porad zagubionej matce noworodka, której wydali dziecko w szpitalu i wysłali do domu, bez żadnej instrukcji, czy gwarancji. Ja to już przeszłam, przeżyłam, co więcej, Córa tez przeżyła i ma się całkiem nieźle. Po którymś takim telefonie, kiedy żadne pytanie szczególnie mnie nie zaskoczyło, uznałam, że to głupie. Teraz ktoś pyta mnie o rady, a dopiero co ja sama zastanawiałam się co będzie jak wrócimy ze szpitala? To był powtarzający się senny koszmar, wracaliśmy z noworodkiem do domu, zostawałam z nim sama i....no właśnie i co dalej?! Pojęcie dziecka, a nawet i taka postać, nie były mi do końca obce, mam dużo młodszego brata, którym zajmowałam się w dzieciństwie, wiedziałam więc mniej więcej czym to pachnie (dosłownie i w przenośni). Jednak fakt bycia najbardziej odpowiedzialną osobą za bezbronne maleństwo, był czymś zupełnie nowym.

Najgorszą chwilą, kiedy poczułam, że nic nie wiem, nic nie umiem i jestem do dupy był wieczór w trzeciej dobie życia Córy. Urodziła się malutka 2660g, do tego jak każdy noworodek, kiedy troszkę podeschła, straciła w granicach tych dopuszczalnych 10% wagi i pani doktor mająca akurat dyżur, stwierdziła, że do karmienia naturalnego mam włączyć sztuczne, żeby podtuczyć dziecko, bo z taką masą urodzeniową nie powinno pozwolić sobie na żaden, nawet przysługujący spadek gramów.. W dodatku to nie było w formie rady, czy zalecenia, tylko niemal awantury, jakbym dziecko chciała zagłodzić. Za jej przykładem po kolei jeszcze przybiegły do mnie 2 położne z tym samym...chyba na zasadzie potrzeby wyżycia się. Pokarmem tryskałam, dziecię ciągnęło jak odkurzacz, nic złego się nie działo, taka była moja opinia i jak się okazało potem, zupełnie słuszna, bo 2 tygodnie później wylądowałyśmy przy innej okazji w szpitalu dziecięcym, gdzie po tym jak wyjaśniłam dlaczego 1 raz dziennie podaję butelkę, znów zebrałam cięgi za to, że absolutnie powinnam karmić wyłącznie cycem i nie było podstaw do podawania mleka sztucznego. No ale w czym rzecz? Po tym jak praktycznie nakazano mi podać butelkę, dowiedziałam się dwóch istotnych rzeczy, że nie potrafię w ten sposób nakarmić noworodka, a mój noworodek, nie potrafi tak jeść. Wzięłam najmniejszy smoczek, dla wcześniaków, a Córa i tak zaczęła pluć, krztusić się, wszystko wylatywało z buzi. Tu już poczułam się...niepewnie. Potem musiałam jej zmienić mokrego bodziaka. Wzięłam takiego zakładanego przez głowę, a Córa głowę to miała...nie tyle dużą, co o „mało opływowym kształcie", wystającą do tyłu. Założenie więc grubszego body przez głowę, która do szyi zdawała się być przymocowana żyłką, było nie lada wyzwaniem dla świeżo upieczonej i zestresowanej już matki. W ciągu kilkunastu minut więc, zdążyłam się wystraszyć, że utopiłam własne dziecko w butelce mleka, a potem, że je zepsuję urywając głowę, bo nawet przebrać nie potrafię. Tak to właśnie było, a 2 lata później ktoś pyta mnie o rady w opiece nad niemowlęciem i narzeka, że chyba nie nadaje się na matkę, bo nie wie, nie potrafi. Dziś przyjaciółka sama mogłaby udzielać rad odnośnie etapów, które już za nimi. Nie twierdzę, że po pierwszym dziecku jest się już omnibusem i książki można pisać, na pewno nie, ale zawsze można wesprzeć zagubioną matkę i zapewnić, że dzieci tak łatwo się nie psują.

Rzecz w tym, że na początku każda jest zagubiona i bezradna. Czy ktokolwiek wsiadł na swój pierwszy dwukołowy rower i od razu pojechał na wycieczkę po górach? Wszystko w swoim czasie, jedynie doświadczenie pozwoli nam na sprawną jazdę, a przy kolejnych dzieciach może nawet bez trzymanki?

środa, 06 marca 2013

     O takiej z dzieckiem oczywiście będzie.

Córa jest genialna! Mogłaby prowadzić szkolenia dla innych dzieciaków, rodzice waliliby drzwiami i oknami. Jestem przekonana, że niejedna mama i wielu tatusiów bezskutecznie usiłowali nauczyć tego swoich maluchów, a tu nasz sam wpadł na ten pomysł. Zabawa .... w spanie!

- Tatusiu, chodź....połóż się tu...masz misia...zamknij oczy...przykryj i śpij.

Ha! To moja ukochana zabawa!

poniedziałek, 04 marca 2013

     Kilka dni temu Córa szykując się do kąpieli, wrzuciła do wanny swój grająco-świecący telefon na baterie. Nie wiem co jej do głowy strzeliło, ale ostatnio ma jakieś odchyły od normy. Wytłumaczyłam jej, że za każdym razem jak chce wykąpać coś innego niż leży w koszyku na pralce, ma się zapytać kogoś z nas, czy może. Zapomniałam o sprawie.

Wczoraj jak nalewałam wodę do wanny, Córa złapała wiaderko i zaczęła wrzucać do niego plastikowe kubeczki, za każdym razem pytając "mamo, to mogę?". Zajęta czymś, przytakiwałam bezmyślnie, przyzwyczajona do zabaw w stylu "pakuję torby, torebki i idę na spacer/wyjeżdżam". Zrozumiałam o co chodzi dopiero jak usłyszałam "mamo, a to mogę do wody?". Na szczęście nie musiało się sypnąć, że nie słuchałam wcześniej, bo w wiaderku były wszystkie przedmioty dozwolone, głównie kubeczki.

Córa grzecznie pluskała się w wannie, przelewała wodę z kubka do kubka, udawała, że z nich pije, ja też się nie wymigałam, po czym nagle coś jej się odkleiło, wstała i bezczelnie wylała kubeczek (ok. 200ml) pełen wody na sam środek łazienki, mocząc całą podłogę oraz moje nogi.

Byłam w szoku. Ja rozumiem, że dziecko może wychlapać wodę z wanny, ale żeby celowo wychylić cały kubek na dywanik? Dopiero jak krzyknęłam dostając wodą po nogach, Córa zorientowała się, że eksperyment nie był jednak najlepszym pomysłem i nie ma szans na jego pozytywne zakończenie.

- Co Ty zrobiłaś? Dlaczego wylałaś wodę za wannę?

Córa zrobiła smutną minkę: - Przykro mi - popatrzyła na kałużę, moją minę i dodała - Nie jestem fajna dziewczyna...jestem dzidziusiem.

No i co, karać łobuza, czy litować się nad tracącym w siebie wiarę dzieckiem? Z nią nic nie jest proste.

piątek, 01 marca 2013

     Córa znowu mnie zaskoczyła. Tym razem swoją…dziecinnością. No serio, ona czasem zachowuje się tak poważnie i dorośle, że zapominam ile ma lat.

Wieczorem rozrzuciła celowo i bezczelnie kredki po całym pokoju, po czym krzyknęła „mamo, przyjdź posprzątać!”. Strzeliłam więc focha, powiedziałam, że nie gadam z nią dopóki nie schowa kredek. Ona uniosła się honorem i zaszyła w swoim pokoju, a ja korzystając z ciszy i tego, że dziecię moje woli czasem posiedzieć w samotności, niż przyznać się do błędu, delektowałam się chwilą dla siebie. Minęła dłuższa chwila, zaczęłam się zastanawiać co ona tam robi, ale zbliżała się pora snu, uznałam więc, że pewnie zmęczona, leży w łóżku. A tu zmyła, przybiega do mnie za jakiś czas, cała buzia, ręce grubo wysmarowane jakimś kremem... Okazało się, że polazła do naszej sypialni, złapała takie małe pudełeczko kremu nivea (na szczęście już prawie puste) i pokremowała siebie, nasze poduszki oraz resztę pościeli. Podejrzewam, że gdyby było całe duże opakowanie, też nie zostawiłaby niczego w środku, bo widać, że pracowała z zapałem.

Raz wraca ze żłobka i liczy mi do dziesięciu...po angielsku, a za chwilę wysmaruje wszystko kremem. Taki 2 latek to naprawdę nieprzewidywalna istota.