Kto rządzi w naszym cyrku?
wtorek, 30 kwietnia 2013

     Tadaaam! Pierwszy wpis z  nowej serii przygód Królowej Matki, Króla Ojca I ich Córy.

Rzecz rozgrywa się...w Europie. Najbliższy miesiąc w Polsce, kolejne zaś miesiące wniosą na bloga powiew świeżości. Będzie wiatr, deszcz i mgły zza kanału, lecz cóż je rozjaśni lepiej niż Córa we własnej osobie? No, może i ja dałabym jakoś radę, ale zachowam skromność. Otóż tak, emigrujemy. Pakujemy nasz dobytek i fruuuuu. Pakujemy, czyli pakuję ja. Tymi własnymi ręcyma drobnymi, będe musiała zapełnić 2 walizki podręczne po 10 kg i dwie po 20 kg. Całe życie zmieścić w 60 kg..... Będę rzucać inwektywami na całe zło świata ale zmieszczę, spakuję, wsiądziemy na mechanicznego ptaka („do” głupio by brzmiało) i ahoj przygodo!

 Plan jest taki, że nie ma planu. Czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Król Ojciec jest już na miejscu, zrobił małe rozeznanie, pracuje i zarabia na pałac dla swoich Dam. Królowa Matka z początku zajmie się urządzaniem pałacowych komnat i zatrudnianiem służby. A poważnie, to czort wie co Królowa Matka? Na początek będzie musiała oswoić swoją pierworodną z faktem przeprowadzki, całkowitej zmiany otoczenia. Następnie zorganizować miejsce w przedszkolu, a wraz z nim dofinansowanie, ponieważ koszt przedszkola na chwilę obecną może nas wynieść niemal tyle, ile bym zarobiła. Tak przynajmniej wynika ze skromnych informacji jakie udało mi się zdobyć.

 Zmiana w naszym życiu była potrzebna. Nie lubimy stagnacji i jednostajności. Poza tym, skoro po każdych wiadomościach w TV załamujemy ręce na to co dzieje się w tym kraju, dlaczego nie przekonać się na własnej skórze jak jest w innym? Siedzieć w kupie i narzekać na kiepską atmosferę? To się nie godzi!

 

Tu tracimy niewiele, a UK to nie koniec świata. Samolotem 2,5h, w dodatku bez większego bagażu taniocha, cena podobna jak  na autobus z Gdańska do Zakopanego.  

     No, to tak oficjalnie, wszem i wobec, zaczynam wątek emigracyjny na blogu. Będzie się działo!

środa, 24 kwietnia 2013

Kiedy Córa miała 2-3 miesiące, była maleństwem, jej skóra z uwagi na alergię nie wyglądała najlepiej. Suche place z czerwonymi krostkami, na policzkach, klatce piersiowej, całych nóżkach. Czasem tylko pupa była gładka, czasem jeszcze plecy, a reszta wyła o pomoc. Acha, no i jeszcze oporna ciemieniucha, która żadnym sposobem nie chciała dać się spławić i żółtą, twardą skorupą spowijała niemowlęcą główkę.

Na szczęście po kilku miesiącach oznaki AZS minęły i Córa zaczęła wyglądać elegancko. Jakiś czas po roczku, pierwszym objawem reakcji alergicznej były szorstkie, swędzące nadgarstki, reszta dziecka bez większych zmian. Nadgarstki zmieniały się w kilka godzin po zjedzeniu niedozwolonego produktu. Taki jej własny system alarmowy.

Kilka miesięcy temu ów system przeniósł się w jedno miejsce między 2 paluszki prawej dłoni. Córa ma tam taką plamkę. Plamka swędzi, a kiedy zostanie podrażniona pazurami, czerwieni się, ukazując czasem nieliczne, ledwo widoczne punkciki krwi. Łooooo! Koniec świata. Panika totalna. Córa wtedy każe posmaroawć sobie plamkę kremem i...schować. Zazwyczaj naciągam jej rękaw. Ostatnio była już w piżamce, takiej na styk, musiałam więc zrobić opatrunek, wystarczyła chusteczka higieniczna przewiązanaw nadgarstku i robiąca "daszek" nad paluszkami, ale musiałam coś zamontować, bo strach w tych dziecięcych oczach był prawdziwy. Ręka w takiej sytuacji jest już nieużywana, wisi sobie niemal bezwładnie, jakby nie istniała.

Niby uodparnia się to moje dziecko na alergeny, ale psychicznie coraz delikatniejsze. Gdyby zobaczyła jak wyglądała te 2 lata temu, popłakałaby się, jak nic.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

     Czyli Córa i jej pomysły.

Wczoraj od rana bawiłyśmy się w sklep. W zasadzie ona się bawiła, ja usiłowałam wypić kawę i w międzyczasie dokonałam tylko kilku zakupów. Do zabawy w sklep wymagana jest organizacja lady pani sprzedawczyni i miejsca siedzącego, czyli wywleczenie na środek pokoju stoliczka wraz z krzesełkiem. Na szczęście wyobraźnia coraz bardziej bujna, więc asortyment czasem sprowadza się do zwykłego powietrza codziennego użytku, którego to nie trzeba potem sprzątać, ani też o które nikt się nie potknie. W pewnym momencie słyszę głośne "łubudu!" (chociaż może to było bardziej "pierdut!"?) z Córowego pokoju. Wrzasków współbrzmiących brak. Biegnę, patrzę, stoliczek wywrócony blatem do ziemi, pani sprzedawczyni obok, ze smutną miną. Zarzuciłam więc pytaniami czy nic jej nie jest, czy coś boli, a ona z wielkim żalem w głosie: "nie mogę teraz zapłacić". Niezwykle uczciwe dziecko mi rośnie.

Potem przytaszczyła większą od siebie kuchnię do dużego pokoju i upiekła mi....jabłecznik z pomidorkiem. Fakt, że musiałam go sobie tyko wyobrazić, ale moja wyobraźnia też jest niczego sobie... Serio, jadałam lepsze ciasta.

Po południu natomiast po raz kolejny przypomniała mi, że przy dwulatku, wszystko co powiesz, może zostać użyte przeciwko Tobie. Ubieram ją do wyjścia, nagle:

- Mamo, a Ty całujesz z tatą.

- No całuję, bo to jest mój mąż. Też będziesz się całowała ze swoim mężem. Ale to jeszcze dłuuuugo, dłuuugo.

- No, będę dłuuuugo, dłuuugo całowała.

piątek, 12 kwietnia 2013

     Wiedziałam, że prędzej, czy później doczekam takiej sytuacji. Wczoraj wracając ze żłobka, Córa zatrzymała się na środku chodnika, złapała mnie za rękę i tańcząc jak Barney z telewizorni, na cały głos odśpiewała: „Kocham Cię, a Ty mnie, jak rodzinnie mija dzień. Jak przytulę się i buziaka Tobie dam, Tyyyyy mi poooowiesz koooochaaaam Cięęęęę”. Ludzie się zatrzymywali, ale Gwiazda zdawała się ich nie widzieć, dopiero kiedy  jeden facet zaczął komentować i bić brawo, lekko się zawstydziła. Szalona dziewczyna. 

     W ogóle muszę przyznać, że poruszając się z Córą komunikacją miejską z dodatkiem siły własnych nóg, każda trasa do żłobka/pracy i z powrotem to prawdziwa przygoda, pełna niezapomnianych wrażeń. Moje dziecię rozmawia z autobusem: „drzwi zamknij!”, “busie, jedź!”, z ludźmi: “chłopcy, wysiadka!” i ze mną: „mamo, no śpiewaj!”. W dodatku wiem, że nie mam szans nawet na drobne oszustwa: głos z głośnika, „ding, dong! Przypominamy o obowiązku skasowania biletu”, głos z dołu „mamo! A Ty masz bilet?”.

Mogłam się tego domyślić, jak prowadzę auto, zawsze zapyta czy zapięłam pasy, a kiedy zbliżamy się do czerwonego światła działa jak dźwiękowy system alarmowy, „stóóóóój!”. Nawet na zielonej strzałce nie mogę skręcić, bo potem mi się dostaje, że przecież przejechałam na czerwonym świetle. Jak Córa pozna zasady ruchu drogowego, dowie się co to eco-driving i jak eksploatować samochód, żeby mu nie szkodzić, na stałe przesiądzie się do komunikacji miejskiej.

Albo na rower, o! Nawet zdrowiej będzie.

wtorek, 09 kwietnia 2013

     Dziś jechałyśmy do żłobka autobusem. Na przystanek spory jak na 2,5-latka kawałek, szczególnie przy porannym pośpiechu, w autobusie tłok. Od przystanku też niemało do przejścia, w dodatku rozbudowane rondo, musimy pokonać kilka przejść dla pieszych, a na takich wiadomo, lepiej przelecieć falą, niż potem stać pomiędzy ruchliwymi jezdniami, więc wszystko w pośpiechu. Córa zaczęła marudzić:

- Eeee, nie chcę iść do żłobkaaaaaa...

Ja już pozbawiona resztek cierpliwości, bo do tego wszystkiego bolała mnie głowa, nie miałam ochoty wdawać się w głupie gadki, rzuciłam więc tylko:

- Dobrze, to pójdziesz ze mną do pracy.

Córę wyraźnie to rozbawiło. Zaśmiewając się, z przekonaniem rzuciła:

- Niee, ja zostanę w żłobku, a Ty pójdziesz do pracy.

- Gratuluję wyboru i zapewniam Cię, że ja też bym wolała zostać w żłobku.

Wieczorem moje dziecko bawi się w wannie.

- Mamo, ja chcę umyć tą lalkę - a do lalki (czystej na szczęście!) - chodź, jesteś cała umazana w kupie.

Skoro w domu tego nie słyszała...zaczynam doceniać swoją pracę.

środa, 03 kwietnia 2013

- Po co? - Po kobyle coco.

- Dlaczego? - Bo woda kapie z niego/żebyś się pytał.

- Co to? - Nie interesuj się bo kociej mordy dostaniesz.

Nie rozmawiam tak z Córą, ale dziwnie ostatnio przypominają mi się wszystkie głupawe odzywki z dzieciństwa... Zaczynam podejrzewać, że wymyślili je rodzice kilkulatków. Ja rozumiem ciekawość, rozumiem, że mały człowiek nie wie, a wiedzieć by chciał, ale mam wrażenie, że niektóre pytania zadawane są ot tak, dla treningu, zabawy, czy chęci poirytowania rodziców.

- Mamooo, co robisz?

- Gotuję Ci obiad.

- A po co?

- Po to, żebyś mogła go zjeść.

- A dlaczego?

- Żebyś nie była głodna.

- Głodna? A po co głodna?

- No właśnie, po co masz być głodna? Dlatego zjesz obiadek.

- Obiadek? Dlaczego obiadek?

(...)