Kto rządzi w naszym cyrku?
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

 

     Królowa Matka znów się pochorowała. Miesiąc się kończy, a ona tak bez żadnego wirusa miała przejść? Być nie może! Przynajmniej w tym roku jakoś się ta sztuka nie udaje. Wczoraj więc, korzystając, że to niedziela i KO obecny w domu, Matka pozwoliła sobie zostać w łóżku. Zresztą czuła się tak, że nie bardzo miała możliwość podjęcia innej decyzji. 
Zmęczył ją jednak ten dzień, zestresował...
Na wstępie zaznaczę, że nasz blok, to angielska robota, więc nic dziwnego, że drzwi od sypialni, zdają się mieć jakby lekutko przyciasno w futrynie. Każde ich otwarcie poprzedzone musi zostać mocnym pchnięciem, tudzież zamknięcie, trzaśnięciem. Ile razy wczoraj słyszałam ten odgłos, nie zliczę. Drzwi miały wolne jedynie wtedy, kiedy Córa siedziała ze mną w łóżku, każąc czytać książeczki, tudzież bawiła się w przeskakiwanie przez matczyny tyłek.

     Późnym popołudniem Córa z KO zajęli się w końcu wspólną zabawą. Udało mi się usnąć. Stan ten nie trwał długo, bo chyba biegali po ścianach, a w międzyczasie rozlegało się wołanie "mamaaaaa, zobacz, co zrobiliśmy". Usnęłam na chwilę dłuższą niż 3 minuty. Charakterystyczny odgłos wyważanych drzwi, wpada Córa z bączkiem, "zakręć mi to". Wysłałam ją do taty, wybiegła trzaskając drzwiami. Po chwili wróciła, tu znów wypychane z futryny drzwi, przytulić się...No nie wygonię. Przytuliłyśmy się, wyszła. Trzasnęła drzwiami. Już, już prawie zaczęłam usypiać znowu, drzwi! Tym razem KO.

- Śpisz?

- ...$&*(#$@...

- A, bo jak śpisz, to nie przeszkadzam.

- &^%$#@!

- Myślałem, że nie śpisz, to bym zapytał Cię o te ogórki w lodówce?

Potem jeszcze dowiedziałam się, że:

- Wok się zepsół.

- Jak to SIĘ zepsół??

- No, taki czarny jest na dnie.

Tak wczoraj wypoczywała Królowa Matka. Dziś już na szczęście nie musi. 

sobota, 26 kwietnia 2014

     Córa opowiadając o przedszkolu stosuje rozróżnienie dzieci/dziewczynki, np. "dzieci biegały, a dziewczynki bawiły się w domku". Wczoraj postanowiła mi to wyjaśnić:

- Jak mówię "dzieci", to znaczy "chłopcy". 

No tak, w końcu:

środa, 23 kwietnia 2014

     Byłyśmy w sobotę z naszym super koszyczkiem w kościele. Oczywiście wszyscy mieli, normalne, tylko nasz jakiś taki...no ale nikt nie miał jajek-ludzików ;) Oryginalnie pod każdym względem. Cóż, dla nas to była pierwsza Wielkanoc na obczyźnie, no i przygotowania zaczęliśmy jakby tak późno.

     Z ciekawostek, święcenie pokarmów w naszym mieście odbyło się po raz pierwszy. Ksiądz anglikański, został wcześniej poinstruowany o co chodzi, co ma robić i jak z grubsza powinno to wyglądać. Wszystko więc poszło zgodnie z planem, zaskoczył nas jedynie outfit samego księdza. Jasne bojówki, koszulka żarówiasty pomarańcz, do tego granatowa bluza ze znaczkiem adidasa i charakterystycznymi paskami, wykonana z czegoś na kształt lekkiego polaru. Koloratki brak, jakby ktoś pytał. Generalnie wyglądem bardziej przypominał kościelnego, ale bardzo poczciwy, radosny człowiek. Cieszył się, że może wziąć udział w tak fajnym zwyczaju. 

     Po święconce, zamiast do kuchni w gary, wybraliśmy się na wycieczkę nad morze. W pociągu Córa po raz kolejny pokazała jak dobrze, że mało kto nas tu rozumie w miejscach publicznych. Oczywiście Polaków sporo, więc lepiej uważać, ale nasza trzylatka mówi co myśli. Zajęliśmy w pociągu miejsca na "czwórce" (po dwa siedzenia przodem do siebie), my z Córą usiadłyśmy przy oknie przodem do kierunku jazdy, a naprzeciwko nas siedział KO. Miejsca od zewnątrz zajęły dwie starsze kobiety. Córa w pewnym momencie zadała głośno pytanie:

- Tato, chcesz siedzieć z tymi babkami?

- ??

- Bo ja nie chcę!

Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji docelowej, wszyscy wstają, a Córa na głos:

- Noo, babki wysiadają!

Usiłowaliśmy się dowiedzieć skąd te babki się jej wzięły, bo my raczej tak nie mówimy. Rozsądnego wyjaśnienia nie otrzymaliśmy, pewnie sama już nie pamięta. Ma świadomość tego, że rzadko kto mówi tu po polsku, więc nie stresuje się  wyrażaniem opinii. 

     Co do samego morza, trafiliśmy do miejsca łudząco przypominającego wydmy w Łebie. Różnica tylko polegała na tym, że nie było tu żadnych linek, siatek, płotków, ograniczeń. Ostatni parking samochodowy praktycznie przy samej plaży...
Nietrudno zgadnąć co robiły na wydmach dzieciaki? Córa, która cały rok praktycznie nie widziała śniegu, zjeżdżała więc po piachu na pupsku wiosłując rękoma. 
Pomimo temperatury ok. 15oC, tłum ludzi, koce, ręczniki, parawany, namioty. Niektórzy w puchowych kurtkach, inni zawinięci w koce, jeszcze inni w letnich sukienkach, a co odważniejsze dzieciaki nawet się kąpały. Córa z KO też sobie zamoczyli nogi. KM nie odważyła się, zjadła bowiem swojego podwójnego loda i jeszcze loda Córy, która kazała go potrzymać... No co? Pobiegła szaleć w piasku, miał się rozstopić? Nie śmiałam jej przerywać. Zresztą to sama chemia, poświęciłam się. Za karę było mi potem tak zimno, że nawet butów nie zdjęłam.
 

00:00, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 kwietnia 2014

     Prawdę mówiąc nie zastanawiałam się nad tym całym święceniem, w UK nie ma takiej tradycji, więc przyjęłam za oczywiste, że i my bez święconki się obejdziemy. Córa jednak przypomniała sobie, że skoro to nie święta z choinką, a z jajkiem, to robi się koszyczek. Zdobyłam informacje, że u nas w mieście odbędzie się jedno święcenie katolickie w centrum miasta o 9:30... Zachwycona nie byłam, ale nikt nie mówił, że dziecko ze świetną pamięcią to sama radość. 

     Kolejnym punktem było zdobycie koszyczka. Zeszłyśmy pół miasta, znalazłyśmy koszyczki Wielkanocne jedynie w funciaku (odpowiednik "wszystko po 5zł"), ale był taki mocno jednorazowy. Ba! W rączkach trzylatka mógłby nie przetrwać nawet tego jednego razu. Upolowałyśmy w końcu koszyczek wiklinowy w większym sklepie na dziale ozdób ogrodniczych. Były malutkie, takie w sam raz dla dziecka, ale zmieściłyby się 2 jajka i po zawodach. A gdzie chlebek, padlina? Wzięłyśmy więc większy koszyczek, trochę głęboki jak na święconkę, ale cieszyłyśmy się, że jest, bo nogi to już nam w tyłki powchodziły od tego szukania. Potem przypomniało mi się o białej serwetce... No cóż, to też nie taka prosta sprawa. W PL na każdym rogu stoją panie Zosie z ozdobami Wielkanocnymi. W sklepach, gdzie miałyśmy po drodze nie było nawet białej ścierki. Zostało nam więc wykorzystanie tego, co jest w domu, czyli w grę wchodziła biała pielucha tetrowa, albo zielony filc. Wybór trudny, ale stanęło na tym, że nasz ogrodowy koszyczek wyściełany został filcem w dwóch odcieniach zieleni. Dobrze, zieleń się przyda, bo żadnego badyla w koszyku nie będzie, musiałabym z dzikiej łąki coś zerwać, a to zawsze ryzyko, że już ktoś teren oznaczył...

     Potem przyszło nam ozdabiać jajka. Jak pisałam w ubiegłym roku, do malowania się nie wyrywam, po tym jak wieeele lat temu, wszystkie moje pisanki poszły w śmietnik, bo wyglądały bardziej jak na stypę niż świąteczny stół. Okleiłyśmy więc z Córą jajka tasiemkami, cekinami, oczkami, porobiłyśmy ludziki z resztek krawieckich. Efekt jaki jest, taki jest, dziecko będzie trzymało koszyk, więc jakby co, to jej robota, jest już na tyle duża, że można na nią zwalić. 

 

23:15, kropka306 , Inne
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

     Czy dzisiaj jest pełnia? A może Światowy Dzień Sadyzmu Nad Matką? Córa w ciągu minionych 12h przeszła samą siebie. Nawet nie jestem w stanie odtworzyć wszystkich sytuacji, które się na taką ocenę złożyły. Wyła ze trzysta razy. Wyła, bo poprosiłam, żeby coś zrobiła, wyła, bo poprosiłam, by czegoś nie robiła, darła się, bo nie chciała jeść, a potem dlatego, że już chciała, ryczała też dwukrotnie na klatce schodowej, żeby na pewno wszyscy sąsiedzi wiedzieli, że ona ma dziś zły dzień. Nawet wieczorem, kiedy poszłam pod prysznic, stała pod drzwiami łazienki (cóż za kultura, nie wlazła!) i piłowała: "Maaaammmooooo! Buuuu... MaammaaaaMaaamooooMamaaaaa! Yyybuuuuu, tata do mnie móóówiiiii!" A mówił, żeby sprzątnęła piknik, który rozłożyła kilka godzin wcześniej po całym salonie.

     Hitem jednak było to, że zakończyła żywot wyświetlacza w moim trzymiesięcznym telefonie. Ona go nie uszkodziła, nie stłukła, ona go zmasakrowała. Wygląda jakby walnęła w niego młotkiem, a ten telefon przecież "sam wyskoczył z bufetu w kuchni na kafelki...śmiesznie, jak żabka". No, też się uśmiałam...szczególnie, kiedy zobaczyłam ile może nas kosztować wymiana? Żeby za przełożenie kawałka szkiełka wołać 120 GBP? Na polibudę trzeba było iść, a nie, humanistyki mi się zachciało

Tak teraz wygląda mój zabawny, akrobatyczny telefon:


wtorek, 08 kwietnia 2014

- Maaamaaa! Mamoooooo! Chodź! Chodź szybkoooo!

W mieszkaniu rozlega się charakterystyczne nawoływanie. Nic nowego. Matka nauczona doświadczeniem wie już, że to nie pożar, że dziecka nie atakują dzikie zwierzęta. Z wolna więc odkłada trzymane w rękach sprzęty kuchenne i niespiesznie podąża za głosem. Córa stoi w drzwiach od swojego pokoju z centymetrem krawieckim w dłoni.

- Mama, stań tutaj, ja Cię zmierzę.

Staję posłusznie we wskazanym miejscu, przy futrynie. Córa rozciąga wijący się na podłodze centymetr, sięga rączką wysoooko, tak gdzieś aż do mojego łokcia, po czym wyrokuje:

- Noooooo! Ważysz już STO! Sto kilometrów!

Fakt, ostatnio jestem taka coraz bardziej ociężała...
 

piątek, 04 kwietnia 2014

     W ubiegłym tygodniu miałam w przedszkolu rozmowę z główną opiekunką Córy. Co jakiś czas robią update rozwoju dziecka, wszystko jest udokumentowane, opisane, do teczki załączone dowody w postaci fotografii. Potem jest omówienie z rodzicem, a na koniec rodzic dostaje podsumowanie na piśmie. Wczoraj otrzymałam więc do rąk własnych ocenę, z podziałem na kategorie, obszary rozwojowe. Ogólnie rzecz biorąc, mogę puchnąć z dumy, dziewczynka bardzo grzeczna, przyjazna, empatyczna, samodzielna, uczy się jak błyskawica, robi postępy językowe, coraz więcej rozumie. Taaa, najlepiej w pamięć zapadło jej "tidy up time" (pora sprzątać), wykrzykuje mi potem w domu jak każę jej zbierać zabawki. Nie to, że od razu sprząta, bez przesady, przecież wystarczy, że robi to w przedszkolu. Tam oczywiście słucha pięknie. Lizusek mały. 
Poza tym, że jeszcze słabo komunikuje się po angielsku, nie odstaje od rówieśników, śpiewa piosenki, liczy, nazywa niektóre kształty, słucha poleceń. W punkcie o rozwoju artystycznym, piszą, że dobrze posługuje się ołówkiem, ładnie rysuje, kopiuje literki.

No właśnie...rysuje. Kiedy przyprowadziłam ją do domu, postanowiła namalować mi obrazek w prezencie. Przyniosła mi to:

Pognieciony, bo to był "zapakowany" prezent. Co przedstawia obrazek?

.

.

.

.

.

Spalony plac zabaw! 

     W czerwcu, kiedy zwiedzałyśmy okolicę w której przyszło nam zamieszkać, poszłyśmy któregoś dnia na pobliski plac zabaw. Okazało się, że jest zamknięty na trzy spusty, za ogrodzeniem stała spalona karuzela. Nikt się nie przejął wymianą, po prostu zamknęli furtkę i po sprawie. Córa widać bardzo to przeżyła, choć wkrótce potem znalazłyśmy park ze sprawnymi, kolorowymi huśtawkami. Teraz jakoś jej się przypomniało po prawie roku. KO od razu poprosił ją, żeby nie rysowała tego w przedszkolu, tylko może te działające place? Stwierdziła, że nie, bo nie umie rysować huśtawek. W sumie to dobre rozwiązanie, nie umiem narysować zjeżdżalni, lecę po kartce czarną kredką i mówię, że zjeżdżalnia się spaliła. Jak anglicy, którzy zamiast wymienić karuzelę, zamykają plac zabaw.