Kto rządzi w naszym cyrku?
wtorek, 28 maja 2013

     Wyjazd zbliża się wielkimi susami. Wszyscy pytają czy jesteśmy spakowane? Nie całkiem. A nawet całkiem nie. Mam coś takiego dziwnego w sobie, że ciągle wydaje mi się, że zdążę, do zrobienia niewiele, a potem budzę się z ręką w nocniku. Poza tym jak spakuję walizki, będę miała ograniczony dostęp do tego, co w nich jest no i w efekcie nie będę już wiedziała co jest spakowane, co wyjmowałam i może nie włożyłam, co jeszcze zostało do zabrania? Wolę zrobić to jakoś na raz. Wydaje mi się, że dam radę, ale z doświadczenia wiem, że mi się wydaje...

     W pracy dnia wolnego dać nie chcieli... mogę ewentualnie odebrać sobie nadgodziny po południu... Super, bo na nadgodziny ciężko pracowałam, a dzień dla matki z dzieckiem mi przepadnie... Teoretycznie mogłabym zrobić numer i wziąć na żądanie, ale na wszelki wypadek chcę mieć jakieś referencje więc numery odpadają.

     To nie tak miało być, liczyłam na to, że jutro będę miała urlop, zawiozę Córę do żłobka, wszystko popakuję, pozałatwiam... Ani wolnego, ani żłobka. Córa nadal niedomaga. Wczoraj znów puściła pawia, dziś dostała gorączki. Byłyśmy u lekarza i wygląda na jelitówę. Z moich wyliczeń wynika, że Młodej do wyjazdu powinno przejść....na mnie.

Ale wracając z przychodni tłumaczyłam jej, że jutro do żłobka też jednak nie pójdzie, bo dzieci by pozarażała. Wieczorem po wyjściu z wanny nagle zaczęła popłakiwać... Pytam o co chodzi?

- Bo nie polecę do żłobka, do Ewusi, Igora...

Tłumaczę więc, że nie możemy jechać, bo Ewusia, Igor, Amelka, Oliwka, Laura i inne dzieci też by potem chorowały, bolałyby ich brzuszki itd.

- Buuuuu.

- W Anglii też będą miłe dzieci, szybko sobie znajdziesz koleżanki i kolegów.

- Nie znajdę.

- No co Ty mówisz, przecież fajna dziewczyna jesteś.

- Nie jestem fajna...jestem śpiąca.

 To akurat się zgadzało.

Co jak co, ale nie spodziewałam się, że w tym wieku też nie ominie nas płacz o pozostawionych w kraju przyjaciół. Czasami się zastanawiam, czy aby na pewno dobrze pamiętam w którym roku Córa się urodziła...




niedziela, 26 maja 2013

     Taki miałyśmy Dzień Matki. Zapowiadał się nieźle, Matka dostała od Córy własnoręcznie upieczony w plastikowym piekarniku tort z koraliczków, który potem Córa sama "zjadła" pytając uprzejmie czy chcę spróbować? Zaliczyłyśmy też spacer, a po drzemce istna bonanza, kwiaciarnia i wizyty u obu babć-mam, przy czym u jednej był większy babcio-mamowy zlot, wróciłyśmy do domu późno z kilkoma torbami ubrań do pochowania po szafach lub powieszenia na sznurkach (pralka nam padła i wozimy brudne ciuchy po ludziach). Do tego w mieszkaniu jakby tornado przeleciało.

Jak sobie pomyślę co mam jeszcze do zrobienia w ciągu tych 3 dni... zastanawiam się nad istotą klonowania i jego właściwą funkcją w codziennym życiu człowieka, jak również nad realnym sposobem na zatrzymanie czasu. Elaborat mogłabym strzelić, ale oczywiście nie mam kiedy.

A Córa w tym wszystkim żadnej ulgi dla Matki nie ma, fochy i wdrażanie własnego zdania jest, jak było na porządku dziennym. Dziś mi zasunęła:

- Jestem na Ciebie zła Mamusiu!

- A dlaczego?

- Bo mnie nie słuchasz....

 

     Stawiamy kolejny z pierwszych kroków, Król Ojciec wynajął mieszkanie! Podłoga, ściany, dach nad głową, a nawet kominek. Tylko nic poza tym. Dziwne uczucie zaczynać od zera. Nie powiem jednak, że mnie to martwi, wręcz przeciwnie, ekscytuje. Fajnie będzie.

Córa też się cieszy, tłumaczyłam jej, że na początku praktycznie nie będziemy mieli mebli, ale powoli wszystko sobie kupimy, poza tym spora część jej zabawek, zostanie w Polsce, zabierzemy tylko tyle, ile się zmieści do walizki, a ona stwierdziła, że to nic, bo „będziemy mieli dom z kominem!”. Mieszkanie w szeregowcu, ale co komin, to komin!

Cieszę się niesamowicie, szczególnie, że KO zakupił dziś od razu trochę niezbędnych rzeczy, materac dla nas do spania, do tego w komisie lodówkę, odkurzacz, stoliczek. W Polsce po 1,5 miesiąca pracy za niezbyt pokaźną pensję to by było nie do pomyślenia, żeby odłożyć na wynajem, kaucję i jeszcze rozpocząć meblowanie.

A ja dziś zaczęłam dzielić nasze graty na te do wywalenia, do zabrania teraz, do zabrania kiedyś, do wydania. Kiedy stanęłam przed wielką stertą starych łachów na kupce "śmietnik", zaczęłam się ciężko zastanawiać, po cholerę leżało to w szafie? Nie powiem, żebym przez ostatnich 5 lat nie robiła porządków ale zawsze szkoda było wyrzucić fajny porozciągany sweter, bo może przyda się po mieszkaniu, wyblaknięte koszulki, bo założę na działce, albo przydadzą się przy jakimś remoncie. Trzymałam też sporo spodni 2 rozmiary za dużych, na wypadek, gdybym jednak przytyła.

Tym razem selekcji dokonuję z lekkim sercem. Jak robić porządek w życiu to robić. A na początku jak wiadomo był chaos. Zaczynamy zatem od zera i zamieszania, co z nadzieją i optymizmem powinno dać pożądany efekt.

Ale żeby za dobrze nie było, Córa się pochorowała... Już wczoraj przebąkiwała, że brzuszek ją boli. Dawałam jej kilka dni temu serek homogenizowany (normalny taki z krowy), na próbę, bo dawno nie miała żadnej wysypki. No i tym razem też wysypki nie dostała, ale brzuszek bolał, nic poza tym się nie działo, aż dziś puściła takiego rzyga w markecie... Niosłam ją akurat do wyjścia na rękach, bo już się źle czuła, więc obie byłyśmy pięknie skąpane w resztkach z wczorajszej kolacji. Teraz na wieczór dostała temperatury... No i nie wiem już co to? Albo coś jej zaszkodziło, albo jelitówa, albo ta alergia, ale w ramach reakcji alergicznej, nawet z wymiotami i biegunką, nigdy nie miała gorączki.

Jak jutro jej nie przejdzie, przejedziemy się do lekarza, ale też nie wiem jak, bo mnie ani jednego dnia wolnego nie chcą dać. Zgodnie z umową powinnam pracować do piątku, ale wyprosiłam piątek wolny, mówiąc, że mam bilety na czwartek (tu na szczęście wypada święto). O środę jeszcze będę musiała powalczyć, bo inaczej nie ma szans, żebym wszystko załatwiła, ze wszystkim zdążyła.

Eh, teraz na wysokich obrotach, praca, żłobek, dom, dziecko, zakupy, sprzątanie, szykowanie się do wyjazdu, a potem co? Przyda mi się trochę wolnego, nie ukrywam, ale myślę, że po 2 tygodniach będę miała dosyć. Ja jestem zwierzęciem stadnym, potrzebuje ludzi (względnie dorosłych) i zajęcia wymagającego wyższego stopnia inteligencji niż odkurzanie.

Tak oto wygląda nasze mieszkanie:



a to widok z Córowego pokoju (rewelacja, bo zawsze krew mnie zalewała, kiedy Córa była malutka, a ja mówiąc "wywietrzę dziecku pokój" otwierałam okno na ruchliwą ulicę)


poniedziałek, 20 maja 2013

     Mówi co myśli, powoli wprowadzam ją w świat dyskrecji, ale jeszcze sporo pracy przed nami.

   Wracamy wczoraj z placu zabaw, pod sklepem dyżuruje okoliczny żul. Wielki, spasiony, czerwono-rudy, z małymi oczkami. Przechodzimy obok, a Córa wyciąga w jego kierunku palec wskazujący, marszczy nos i krzyczy „Mamo, jaki brzydki pan! Zobacz, jaki brzydki pan tu siedzi!”. Oczywiście wypowiedź powtórzyła dwukrotnie, na wypadek, gdyby brzydki pan nie usłyszał...

środa, 15 maja 2013

     A napiszę chwalebnie, choć znam podstawowe zasady i wiem, że chwalić nie wolno, zaryzykuję. Dziś w nocy nagle obudził mnie krzyk Córy. Nie dotarły do mnie żadne konkretne słowa, nie wiedziałam co się dzieje, praktycznie ocknęłam się dopiero stojąc nad dziecięcym łóżeczkiem, pustym. Obudziłam się i zaczęłam myśleć gdzie może być jego zawartość? Wtedy usłyszałam ponowne wołanie gdzieś z ciemnych czeluści mieszkania, tym razem dotarło do mnie wyraźne "siusiuuuuuu". Pobiegłam za głosem, Córa stała już  w toalecie i wołała mnie tylko dlatego, bo bez światła nie mogła usiąść na kibelku. Posadziłam, zrobiła co miała zrobić, umyła rączki i grzecznie wróciła do łóżka. No cud jakiś, cud. Nigdy wcześniej nie zawołała w nocy siku. Fakt faktem jednak, że od dawna nie zmoczyła w nocy żadnej pieluchy. Ona w ogóle dziwna jest, ja nie rozumiem jak można całą noc nie sikać? Niezwykle rzadko mi się to zdarza.

Niektórzy ucząc, że w nocy też trzeba wołać, budzą dziecko, żeby wysadzić na nocnik i wyrobić nawyk. Ja nie odważyłam się na taki krok, Córa wybudzona ze snu jest naprawdę nie do życia. Jęczy, wyje, nie chce stać, ani siedzieć, pokłada się na podłodze. Przechodzimy przez to każdego ranka kiedy jedziemy do żłobka. Cieszę się więc, że sama z siebie na to wpadła. Dziś śpi bez pampera, kujemy żelazo póki gorące. Za 2 tygodnie wyjeżdżamy, fajnie by było zostawić ostatecznie temat pieluch w Polsce.

A! No i jeszcze jedno. Dziś pierwsze postrzyżyny. Poszłyśmy do pobliskiego fryzjera dziecięcego i Córa siedząc w pięknym fotelu na kształt czerwonego auta, oglądając jakąś głupawą bajkę dała sobie podciąć włosy, a nawet strzelić 2 dobierane warkoczyki. Zachowywała się jakby była stałą klientką salonu.

22:11, kropka306
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 maja 2013

     Gdyby to był syn, a nie córka, zaczęłabym się obawiać o jego przyszłe relacje z płcią przeciwną. Dziś po raz kolejny dostało mi się po uszach.

Córa złość postrzega jako brzydotę. Nie ma w tym nic dziwnego, ale zdarza się, że zamiennie stosuje pochodzące od nich przymiotniki. Tym sposobem usłyszałam od patrzącego na mnie ze skwaszoną miną malucha:

- Mamusiu, dlaczego jesteś taka brzydka?!

No i jeszcze taka ciekawostka, moje dziecko ostatnio wykrzyczało na ulicy:

- Mamusiu, ja też chcę taką...hujnogę!

czwartek, 09 maja 2013

      Córa kąpie się w wannie, w pewnym momencie jej wzrok pada na maszynkę do golenia.

 - Mamo, to Twoje!

 - Moje, moje, maszynka do golenia.

 - Nooo, golisz sobie brodę!

  Nawet nie jestem w stanie tego skomentować.

 

wtorek, 07 maja 2013

     Umówiłyśmy się dziś z Córą, że pojedziemy po kask rowerowy. Młoda już nieźle śmiga na biegówce, a kierownicy jeszcze w pełni opanowanej nie ma... Całą drogę słyszałam, że kupimy różowy kask.

- Córa, a jak nie będzie różowego?

- Będzie, będzie.

- A co jeśli będzie tylko czerwony i niebieski? To jaki wybierzesz?

- Yyyyyy, różowy!

- A jak będzie na Ciebie pasował tylko niebieski, to kupimy taki, czy wcale?

- Wcale.

Nawet przez chwilę twierdziła, że będzie miała różowy rower, ale powiedziałam, że za późno na wybory, w domu stoi czerwony.

Na jej wielką głowę mieli jeden jedyny kask...jasny fiolet w różowe motylki. Może to i dobrze, w końcu ma go nosić, więc musi się podobać.


      Wieczorem spadł deszcz. Oberwanie chmury, burza z piorunami, leje na ziemię jak z wiadra, stajemy przy oknie, a Córy pierwsza myśl:

- Mamo! Ja muszę kupić Ciebie kalosze!

Kochane dziecko. Niech zgadnę jakiego będą koloru?

niedziela, 05 maja 2013

     Córa chcąc dziś sięgnąć farby z wyższej półki, wlazła na niższą i spadła. Tłumaczyłam jej, że jak czegoś nie dosięga, może poprosić mnie, ja jej podam. Rozmawia potem z tatą przez Skype'a:

- Rozbiłam sobie głowę. Bo ja mam jeszcze taką małą. Mama ma dużą głowę, to może mi sięgnąć farby. No, mama ma taaaaką dużą głowę.

Po południu jedziemy na zakupy, Córa ciesząc się, że mamy na weekend auto, zapędziła się do drzwi od strony kierowcy. Wołam więc, że chyba jej się coś pomyliło bo na prawko to jeszcze nie zdała, na co ona przybiega na właściwą stronę ze śmiechem:

- Mamusiu, ja będę tu siedziała, a Ty tam, Ty tam będziesz mamo siedzieć.

- No pewnie że ja będę tam siedzieć, nie zmieściłabym się do Twojego super fotela, mam trochę za dużą pupę.

- Nooo, mamo, masz dużą pupę, masz taką wieeeelką pupę.

Jakby ktoś zastanawiał się jak wygląda Królowa Matka, to chyba już nie ma wątpliwości? Jeśli zobaczycie na ulicy dużą głowę przymocowaną do wieeeelkiej dupy, to ja. Ciekawe, czy będą w żłobku malować portrety na Dzień Matki?