Kto rządzi w naszym cyrku?
sobota, 29 czerwca 2013

     Bezdomne ślimaki poszukują schronienia...szkoda tylko, że u nas w domu. 

Kilka dni temu schodząc rano na dół, przyłapałam na gorącym, takiego jednego, co to "pędził" z kuchni w kierunku drzwi na podwórko. Zapewne przeraziło go moje...hmm, odkąd schodzę na swojej szanownej czteroliterowej, nie mogę powiedzieć, że było to tupanie, ale bardziej coś jakby odgłos upadającego (tym razem kontrolowanie) ciała ze schodka na schodek. Otóż mniemam więc, że wystraszył się, że nadciąga coś przerażającego i czmychał "czym prędzej". Nakryłam go i wydałam Królowi Ojcu, który wyniósł humanitarnie gościa za drzwi. Dziś wiemy, że to była mega głupota. Nigdy nie mieszkaliśmy w domu, nie spodziewaliśmy się, że te parszywce to może być problem. Byłam przekonana, że ślimak przyjechał na córowym rowerze, bo ten stał cały wieczór na podwórku, wieczorem KO wniósł go do mieszkania i sądziłam, że nasz nieproszony gość skrył się na kółku, czy ramie. Ok, jednorazowo to było nawet zabawne. Dziś rano patrzę, a na dywaniku przy drzwiach na podwórko, gluciane ślady. Najgorsze jest to, że nie mamy pojęcia którędy wchodzą, ilu ich jest i gdzie się podziali? Oczywiście uderzyłam do wujka googl'a i dotarło do mnie, że zdarzają się plagi tego dziadostwa, bywa, że ludziom w ciągu nocy rośnie kupka bezdomnych na środku kuchni. No właśnie, u nas to też okolice kuchni. Wyczytałam, że one mogą wyłazić przez odpływ w zlewie. To by było całkiem prawdopodobne.

     Dziś od rana chodzę i wzdrygam się na samą myśl o tym, że mogłabym takiego rozmaślić na kuchennej podłodze, czy też poślizgnąć się z tymi swoimi kulami. Bleeeee. Albo, że łaził mi po blacie.

Wiek jednak zmienia ludzi... Jako dziecko bawiłam się glizdami, ślimakami, łapałam żabki w okolicznej rzeczce smródce. A dziś?  Fuuuuuj! Pająki notorycznie zbieram z suszonych na podwórku ciuchów, uwielbiam wszelkie gryzonie, łącznie z myszkami, szczurkami, ale te oślizgłe gluty mnie przerastają. Zresztą co innego minąć na swej drodze ślimaczka, a co innego mieć świadomość, że podstępnie wdzierają się do naszego domu i buszują po kuchni.

Mam cichą nadzieję, że to był tylko jeden, za każdym razem ten sam, w dodatku samiec, absolutnie niezdolny do złożenia jaj. Dobrze, że Córa już na tyle duża, że tego nie zje.

Dziś wytaczam pierwsze działo, posoliłam wycieraczkę po której wczorajszej nocy chyba tańczył bezdomny. Jeśli to nie podziała...postawię mu browara. To też ponoć popularny sposób, więc wypróbuję bo jestem gotowa iść po trupach. Przed snem nasypię jeszcze soli do zlewu...bleeeeee, jak pomyślę, że rano znajdę zwłoki gluta w zlewozmywaku....

 

środa, 26 czerwca 2013

     Zero litości, no zero współczucia dla okulałej matki. Ja rozumiem, że Córa demonstruje swoją obecność i zaznacza, że stopa stopą, palec palcem, ale ona nadal jest i to nie mniej ważna niż była przed moim zjazdem ze schodów. Nie powiem, że nie ma racji, staram się jak mogę. Lekarz kazał leżeć do góry cyckami, a nogą jeszcze wyżej przez bite 3 tygodnie. Ale ja mam Córę, w dodatku całe dnie siedzimy same, sprzątam więc po niej, gotuję, ubieram, przebieram, piorę, bawię się z nią, wyprowadzam na łąkę. Staram się robić wszystko, nie mogę jednak powiedzieć, że normalnie, bo to tego mi trochę brakuje. W pionie o kulach, albo w parterze na czworaka. Z początku skakałam trochę po mieszkaniu, bo tak szybciej i w ręce można coś przenieść, ale jednak kolano nogi zdrowej zaczęło się buntować. Nadmiar poruszania się na czworaka spowodował odzew obu kolan… I masz babo placek. A Córa?

„Mamo podaj, mamo przynieś, podnieś, weź mnie na ręce, posadź na żyrandolu!” No i oczywiście „chodź do mnie na górę” rozbrzmiewa wielokrotnie w ciągu dnia. Przyjść mam zobaczyć jak ostemplowała kartkę, ułożyła miśki na łóżku, albo popatrzeć przez okno. W momencie kiedy smażę kotlety, „śmignięcie” na górę w moim wykonaniu jest dosyć ryzykownym posunięciem. Robię co mogę, stopa drętwieje, puchnie (najwyraźniej jednak lekarz miał trochę racji), a tu i tak foch, bo chcę usiąść. Babie jednak trudno dogodzić.

Swoją drogą samodzielne zabawy na piętrze owocują potem dialogami w stylu:

- Córa, dlaczego Ty masz takie zielone ręce?

Ogląd własnych dłoni, po czym odpowiedź:

- A! Bo się nie domyły.

Głupio Matka pyta.



wtorek, 25 czerwca 2013

     Od jakiegoś czasu, coraz częściej pojawia się obietnica, że odwiedzi nas Tośka. Ciężko do końca ustalić kim jest ta postać, na pewno to dziewczynka. Raz Córa twierdzi, że mieszka wanglii, innym razem, że przyleci do nas samolotem. Z pewnością też Tośka jest niezwykle hojną dziewczynką, ma nam przywieźć cały wór zabawek. Córa często rozmawia z nią "przez telefon", a i my nieraz musimy do niej dzwonić.

     Poza Tośką jest jeszcze niewidzialny piesek. Ten już przychodzi do nas do domu, musimy karmić go psimi ciasteczkami i głaskać.

     Córy wyobraźnia jest ogromna. No bo kto wpadłby na to, że dwa puzzle, to woda dla pieska? W ogóle kupiliśmy jej taki zestaw, 2x puzzle po 20 elementów, 1x puzzle 100 elementów i memo, elementów chyba srylion. Karty memo służą jej jako telefony (dwa telefony zabawkowe walają się po mieszkaniu) i musi ich mieć przy sobie całą garść, jeden taki komplet walnie na kanapie, drugi pod nią, trzeci w kuchni, czwarty (na tych przeklętych) schodach. Podobnie z puzzlami, są wszędzie! Biegam (na czterech), zbieram zewsząd, każdy zestaw elementów pakuję osobno, żeby po 10 minutach znów na nich usiąść. Czasami mam ochotę schować je gdzieś wysoko i dawać tylko konkretne puzzle do ułożenia (o ile w ogóle), ale z drugiej strony żal mi trochę Córy, w Polsce zostały sterty jej zabawek, tutaj ma zdecydowanie mniej, w dodatku żadnego towarzystwa na swoim poziomie. Nudzi się dziewczę, nie da się ukryć. Siedzi calutkie dnie z matką, która na najdalszą wyprawę zapędza się na łąkę za domem. W dodatku nawet jak już tam dojdzie, ani w piłkę nie pogra, ani "fłizbi" nie złapie, tylko siedzi... Sama już nie mogę ze sobą wytrzymać, gdyby nie internet chyba zaczęłabym się równomiernie kiwać do przodu, do tyłu, do przodu... Jeszcze 2 tygodnie i stanę na własnych nogach, obu!

piątek, 21 czerwca 2013

     Odkąd Córa poznała bajkę o dziewczynce, która biegała bez kapcia, logicznie podchodząc do sprawy przechrzciła ją na Kapciuszka. Ponieważ to było dawno temu, używała do tego określenia z własnego języka, ale tak by to brzmiało w przetłumaczeniu na polski.

Dziś czytałyśmy sobie bajki. Moje wykonania były zwyczajne. Oczywiście podział na role, intonacja, ale nic nowego. Córa była bardziej kreatywna. Otworzyła książkę na obrazku z "Pięknej i bestii" i czyta:

Była sobie żona i miała córeczkę. Córeczka chciała iść na bal. Miała sukienkę...ale nie miała skarpetek.

- Och! Chciałam jechać na bal.

- Nie, nie pojedziesz!

- Ale ja chciałam, tak bardzo, na bal jechać, proooszę. Oooo, na bal tak chciałam jechać karetką.

Jeszcze jakby to było zakończenie dobrej imprezy, zrozumiałabym tę karetkę.

     Zgodnie z przewidywaniami mały palec u stopy złamany, a nawet cytując panią doktor "very broken". Ukryć się nie da, bo na zdjęciu widać krechę od lewej do prawej, po całości. Jak na mój gust to jest już pęknięcie z przemieszczeniem, zwłaszcza, że palec jest odwrócony, ale nastawiać nie chcieli.

     Do lekarza wybrałam się dopiero wieczorem, poczekałam jak Król Ojciec wróci z pracy, co by Córy nie ciągać i pojechałam sobie do szpitala na Emergency. W sumie, wszystko odbyło się dosyć sprawnie, całość zajęła 2h. Nastawiłam się na więcej, bo w poczekalni tłum, ale właściwie znaczna część osób, które siedziały tam jak przyszłam, nadal były obecne, kiedy wychodziłam....nie wiem, może statyści jacyś.

Najpierw pielęgniarz, potem pani doktor, rentgen i znów pani doktor. Bywałam w Polsce na pogotowiu, na izbie przyjęć i nigdy nie spotkałam się z tak miłym personelem. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi, żartowali (ze mną, nie ze mnie, a jeśli ze mnie, to ze mną). Czułam się...jak ktoś naprawdę wyjątkowy.

Pani doktor z ogromnym współczuciem przekazała mi, że mam brzydkie złamanie i wyobraża sobie jak bardzo musiało to boleć. Następnie przykleiła mi palec do sąsiedniego, plasterkiem, podała kule i bardzo serdecznie pożegnała. Ach i oczywiście dostałam rolkę plasterka do domu. Nie to, że za wszelką cenę pragnęłam gipsu, ale chciałabym w przyszłości mieć czasem możliwość wbicia tej giczy w delikatne szpilki. Dziwnie jakoś brak mi przekonania co do tego, że palec zrośnie się prawidłowo.

W dodatku na żadną kontrolę mam nie przychodzić.... Dziwny kraj. W Polsce jakiś rzeźnik nastawiłby mi palec i założył gips, w Niemczech pewnie poddaliby mnie skomplikowanej operacji, w Anglii nakleili plasterek i zaproponowali coś przeciwbólowego (zapewne byłby to Paracetamol).

Przede mną więc 3 tygodnie kuśtykania o kulach i włażenia po schodach "jak piesek". Niezły początek, sama bym tego lepiej nie wymyśliła.

czwartek, 20 czerwca 2013

...bo może się spełnić. Znane powiedzonko, a dziś aktualne jak nigdy.

Jak byłam dzieckiem, marzyły mi się schody w domu, mieszkaniu, wszystko jedno, byle mieć dwa poziomy i te cholerne schody. Odkąd tylko się tu wprowadziliśmy, przeklinam je szczerze. Przede wszystkim dlatego, że są strome, a do tego obite jakąś wykładziną, na okrągło, więc jak się już noga powinie, leci człowiek do samego dołu. Do tego nalatać się po nich trzeba, bo coś jest na górze, coś na dole, a i przestrzeń życiowa wydaje się mniejsza.

Od początku baliśmy się o Córę, ta jednak szybko opanowała bieganie po nich z okrzykiem na ustach "wchodzę jak piesek". Uznaliśmy, że ta forma jest bezpieczniejsza, niż czekanie za każdym razem jak ktoś ją wprowadzi, czy sprowadzi.

Córa więc sobie radzi, ale ja dziś wymyśliłam....i zleciałam. Praktycznie z samej góry. Ponieważ we wszystkim trzeba odnajdywać plusy, jeden jest taki, że nie przekoziołkowałam i z partii powyżej pasa zdarł się tylko jeden łokieć, głowa została nietknięta. Drugi plus jest natomiast taki, że nie wbiłam sobie w nic nożyczek, które trzymałam w dłoni. Jestem więc szczęściarą.

Minus jest tylko jeden, taki malutki, tyci tyci, jak najmniejszy palec u lewej stopy. W zasadzie to trzy palce niedomagają, ale ten mały zaczął dziwnie zerkać na zewnątrz, choć zwykle chował się nieznacznie pod sąsiada. Mam oczywiście plus, łatwiej go pomalować. Minus jedynie taki, że nie do wszystkich butów mi wejdzie jeśli taki zostanie.

Łudzę się jeszcze, że może wygląda tak tylko przez opuchliznę? I również ze względu na nią nie mogę poruszać tymi palcami?

     Dziwne to. Nie, że spadłam, bo to jest taka umiejętność, którą powinnam podawać na rozmowach kwalifikacyjnych jako tę, którą najlepiej opanowałam. Ćwiczę zacięcie od małego. Kiedy kilka lat temu, zadzwoniłam do mojej Rodzicielki, żeby powiedzieć, że "jestem w szpitalu, ale nic mi nie jest", usłyszałam "z czego spadłaś?". W istocie, pytanie było trafione. Zawsze jednak, ale to zawsze spadałam na cztery łapy. Miałam kilkakrotnie coś stłuczonego, rozbitego, ale nigdy żadnych gipsów, szyn i innych interwencji lekarskich. Ten szpital to też tylko tak, żeby tomograf zaliczyć, jedna doba.

Dlaczego więc teraz miałoby się skończyć inaczej? No, może dlatego, że zabrałam się za pisanie CV? W sumie to by było jakieś wyjaśnienie.

     Kurcze, tak myślę, że żadne moje buty nie podołają, jeśli trzeba będzie pojechać do lekarza. Chyba pożyczę basenowe japonki Króla Ojca...8 numerów za duże.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

     Córa jest bardzo opiekuńczym dzieckiem, osobiście martwi się o to, że mama nie ma tak pięknego jak ona kapelusza na słońce, czy kaloszy z Hello Kitty.

Ostatnio przejęła się losem Króla Ojca:

- A tatuś śpi w majtochach. Ooooch, nie masz tatusiu piżamki? Ja Ciebie kupię piżamkę. Szlafroka też nie masz. Biedny. Ja Ciebie wybram szlafrok.

I potem do mnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie:

- On pewnie chce różowy.

Poszukujemy więc męskiego, różowego szlafroka w rozmiarze XXL.

niedziela, 16 czerwca 2013

     Dwa dni temu, naszą obecnością zaszczyciliśmy kolejne z większych miast w pobliżu, czyli Manchester.

Tym razem wyskoczyliśmy czysto turystycznie, a w zasadzie pod pretekstem kupienia Córze kurtki, bo od jakiegoś czasu chodzi w za małej. Przed przyjazdem do UK zeszłyśmy sporo sklepów i albo były kurtki niemowlęce, a potem od 4 lat, albo ceny niezbyt przystępne, albo w ogóle nie takie o jakie mi chodziło. A chodziło mi o coś, co ochroni przed deszczem, wiatrem, a jednocześnie nie jest płaszczem przeciwdeszczowym. Sądziłam, że nie mam zbyt wygórowanych wymagań w środku wiosny...

No nic, udało się w końcu w Manchesterze, nawet był wybór kolorystyczny, róż i fiolet...czyli trudny orzech do zgryzienia dla takiej Księżniczki. Jednak poszła w standard i stanęło na "Hot pink".

Pospacerowaliśmy trochę po centrum miasta, bez większych szaleństw i wycieczek, bo pogoda nie sprzyjała, ale jak to Król Ojciec stwierdził, "tutaj lepsza nie będzie", czyli wilgotność powietrza 100%. Muszę przyznać, że miasto zrobiło na mnie odmienne wrażenie niż Liverpool. Niby też jak to mówią "psy dupami nie szczekają", ale jednak ma charakter. Obok starych ceglanych zabudowań, wyrastają szklane budynki, czyli to, co w moim rodzinnym mieście krytykowałam, ale co z drugiej strony, stało się takie...swojskie.

     Kiedyś o Liverpoolu, Manchesterze, słyszałam jedynie grając w eurobisiness, czy oglądając mecz piłki nożnej. Teraz do jednego mam kolejką 23 min, do drugiego 35. Przestały już być tak egzotyczne. Wystarczy chcieć i umieć podejmować decyzje, a jak widać można się nagle znaleźć innej bajce. Czy ta okaże się właściwa i nasza? Dowiecie się w kolejnych 4321 odcinkach.

środa, 12 czerwca 2013

     Byłyśmy, zobaczyłyśmy, opuściłyśmy. W sumie to była bardziej wycieczka krajoznawcza z autobusu i spacer po centrum w poszukiwaniu czegoś jadalnego. Samo spotkanie w sprawie NIN-u zajęło całe 10 min.

Po 20 min. w pociągu, a potem kolejnych 25 w autobusie, dotarłyśmy na miejsce. Kiedy już obeszłyśmy budynek i znalazłyśmy skryte nieco wejście dla interesantów, z dołu padło alarmujące "mama, siusiu". Z tego co słyszałam, na samo dzień dobry w tym Job Center należy się wylegitymować, sprawdzają dane itd. Uznałam więc, że może to potrwać zbyt długo i skierowałyśmy się truchtem w kierunku pobliskich krzaczków. Wtedy wyskoczył z budynku ochroniarz... No tak, kręcimy się, a kiedy zaglądamy już do środka, zaczynamy uciekać. Zaryzykowałyśmy więc, zawróciłyśmy do niego i grzecznie wyjaśniłam, że jestem umówiona na spotkanie, ale zanim wejdę, muszę wiedzieć, czy mają toaletę? Nie mieli, ale przynajmniej już nas nie gonił.

     W drodze powrotnej załapałyśmy się na autobus piętrowy. No, może nie zupełnie "załapałyśmy się", bo celowo jeden przepuściłyśmy, ale dzięki temu mogłyśmy rozsiąść się na górze i to w pierwszym rzędzie. Córa była zachwycona. Zgodnie z moimi przewidywaniami, przejechałyśmy przystanek za daleko i wylądowałyśmy na krańcówce, jednak miły pan kierowca zaproponował, że za 5 min. rusza z powrotem, więc krzyknie nam, że mamy wysiąść. Córa już zadowolona nie była, bo tym razem usiadłyśmy na dole. Potem planowałyśmy przejść się do portu, ale trzeba było jeszcze coś zjeść, zeszłyśmy więc kawałek centrum w poszukiwaniu frytek. Wylądowałyśmy w jednej ze słynnych fast foodowych knajp. I to mnie bardzo bolało. Nie karmię może dziecka wyłącznie ekologiczną marchewką z własnego ogródka, ale też nie jestem za tym, żeby wpychać w nie gumowe hamburgery. Frytki jakoś przeżyłam, choć lekko nie było. Swoją drogą o jedzeniu tutaj, muszę kiedyś napisać osobną notkę, bo jest o czym.

Po frytkach, wróciłyśmy na stację kolejową, odnalazłyśmy właściwy pociąg i ładnie wróciłyśmy do naszej metropolii. Miałyśmy dzwonić po taksówkę, ale postanowiłam, że spróbujemy dojść do domu z buta. Córa w ogóle cały wypad spisywała się super, muszę przyznać, że była mi dzielną towarzyszką podróży. Dopiero pod koniec, niemal już pod samym domem, bateryjki wysiadły, zaczynała ciągnąć nogi, stawać ze spuszczoną głową bucząc pod nosem "nie mam siły", ale wtedy wyciągałam tajną broń, "chcesz żelka?", dziecko ożywało niczym pacnięte czarodziejską różdżką. Paliwa spokojnie wystarczyło do samego domu.

     Jakie są moje spostrzeżenia dotyczące Liverpoolu? No cóż, zeszłyśmy trochę centrum, zjechałyśmy pół miasta autobusem z panoramicznym widokiem i tyle co widziałam wystarczyło, żebym wiedziała, że nie chcę tam mieszkać. Być może są jakieś ładne miejsca, ale większość miasta sprawia wrażenie starego, zaniedbanego. Po ulicach snuje się masa specyficznych ludzi, którzy ostentacyjnie pokazują gdzie mają opinie innych na temat swojego wyglądu. Odniosłam wrażenie, że taki sam przekaz wychodzi od całego Liverpoolu.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

     Dziś jedziemy z Córą do miasta... Mam spotkanie w sprawie NIN-u, jedziemy we dwie. Moją fenomenalną orientację w terenie będzie dodatkowo zaburzała Córa, która na ten szczytny cel zrezygnuje z popołudniowej drzemki, może więc być ciekawie. W zamian za to, pierwszy raz w życiu przejedzie się pociągiem, może nawet piętrowym autobusem. A jak się dobrze zgubimy, to i statkiem.

Dobrze, że wczoraj kupiliśmy dużą paczkę żelków, zapakuję w torebkę i będę stosować w nagłych wypadkach. Jakby miśków było zbyt mało, wezmę jeszcze suszone morele, na dłużej starczają.

 
1 , 2