Kto rządzi w naszym cyrku?
sobota, 27 czerwca 2015

 

     Kiedy matka małych dzieci nie posiada psa, jej  najlepszym przyjacielem w domu jest odkurzacz. Królowej Matce daleko do bycia pedantką, ale jednak kiedy jedno je tak, że pod stołem śmiało jakiś bezdomny niedźwiedź mógłby się zalęgnąć i wyżywić, a drugie czochra się po całym pokoju wycierając sobą wszelkie zakamarki i śmiało rozszerzając dietę o napotkane po drodze resztki, wyjścia nie ma. Dziś jednak Matka postanowiła za żadne skarby nie tknąć odkurzacza, bo chowała w nim ciało. W dodatku ciało żywe i to było w tym wszystkim najbardziej przerażające.
U nas to KM jest zazwyczaj osobą odpowiedzialną za unicestwianie wszelkiego zbędnego życia w domu. KO albo twierdzi, że pająk wiszący nad wanną absolutnie mu nie przeszkadza, albo jak już musi się go pozbyć, robi to tak, aby oszczędzić osobnika, nawet jeśli ryzykuje tym samym jego dezercję. Matka jest matką i się nie czai, bo od razu widzi oczami wyobraźni robactwo łażące po jej dzieciach, a tego zdzierżyć nie może.

     Królowa Matka byle pająka się nie boi, ale wczoraj na widok tego Jegomościa omal z kapci nie wyskoczyła, zawału nie dostała, a do tego wydała z siebie, nie tyle okrzyk, co sekwencję dźwięków nie dającą się zapisać na zwykłej klawiaturze. Może jakiejś marsjańskiej, albo delfiniej...
Strzeliłam mu szybko pamiątkową fotografię i odpaliłam odkurzacz. Żaden lepszy sposób nie przyszedł mi do głowy. Próba ubicia bydlaka gazetą, czy kapciem mogłaby go rozjuszyć i rozległby się tylko tupot ośmiu odnóży kiedy wbiegałby pod kanapę.
Był w takim miejscu, że złapanie go do słoika i wywalenie za okno, czy może lepiej, do sedesu, by na pewno nie wrócił się mścić, też nie wchodziła w rachubę.
Posłałam za nim jeszcze z 10 chusteczek, bo akurat były pod ręką, a na koniec wetknęłam w rurę ręcznik papierowy. Postanowiłam czekać na odsiecz w postaci KO, który rycersko wyniesie worek z odkurzacza do śmietnika i choćby mnie przypalali, odkurzacza do tego czasu obiecałam sobie nie tknąć. Niestety. KO swoim zwyczajem, jak to zwykle, kiedy żona o coś prosi, zaczął się migać, że później, że jutro, a Matka zna obiecanki cacanki. Szczególnie, że tymczasem pod stołem Starsza zdążyła przez cały dzień usypać żarcia na dobrą imprezę dla stada takich pająków. A zmiotka, a w zasadzie szufelka, zakupiona w Ikei nadaje się do podziwiania chyba, bo na pewno nie do zamiatania. Wyszło więc na to, że gorszą od przypalania jest wizja Młodszej, która dogania drania, patrzy z ciekawością, wyciąga rączkę, łapie za włochatą nogę i... Ubiję każdego nieproszonego gościa, który zmieściłby się Młodszej do ust, a następnie wyniosę w worku na śmietnik. Tylko worki muszę kupić, bo to był ostatni.

 

* Na zdjęciu siedzi na bluzce 5-latki, takiej "za tyłek". Miał ok. 8-9 cm.

00:59, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

     Pisałam ostatnio, że Starsza ciągle gada, to wzięła i zaniemówiła w zeszłym tygodniu... Jelitówka. Jak zaczęła Córa rzygać, to pierwszej nocy 7 razy do niej wstawaliśmy (całe szczęście KO akurat był w domu). Już niemal nie mieliśmy jej w co przebierać i czym przykrywać. Mało brakowało, a położylibyśmy ją w wannie pod płaszczem przeciwdeszczowym. A ona jeszcze, "to ja pójdę spać do was". Dziękuję, wtedy wszyscy byśmy się musieli kąpać po każdym bełcie. W dodatku pościeli na nasze łóżko mniej mamy.
Kiedy minęła doba, a sytuacja nie uległa zmianie, zatargałam do lekarza, który jak to angielski lekarz, spuścił mnie na drzewo. Oczywiście z paracetamolem. A jak! Bo gorączkę miała. Jego zdaniem jeśli dziecko zwraca nawet wodę od ponad doby, to nie ma żadnego problemu, bo "naukowcy zbadali", że choć tak się wydaje, nie wszystko co było przyjęte, organizm wydala i póki dziecko nie odmawia picia, to w ogóle nie ma się czym przejmować, może tak chorować kilka dni, a nawet...tygodni.
Efekt był taki, że 1,5 doby później wylądowałyśmy na pogotowiu z odwodnieniem. Poziom glukozy Córy sięgnął dokładnie granicy, poniżej której według wiedzy podręcznikowej, człowiek traci świadomość. Jak się okazało, to właśnie ta nieszczęsna glukoza, a w zasadzie jej brak, potęgował mdłości i Córa wpadła w błędne koło. Po podaniu glukozy w żelu mogłam ją już stopniowo poić i wymioty minęły jak ręką odjął.

     W ciągu 4 miesięcy angielscy lekarze omal nie wykończyli mi więc tak jednej, jak i drugiej córy. W lutym jeden zignorował mnie, kiedy poszłam z zakatarzonym, pokasłującym 3-miesięcznym niemowlęciem, odesłał oczywiście z paracetamolem, twierdząc, że katar i kaszel same miną. Kilka dni później grzałyśmy miejsce na pogotowiu, gdzie kolejna mądra pani doktor również próbowała nas zbyć paracetamolem. Dopiero drugi pediatra (niemowlęta ogląda na pogotowiu 2 lekarzy), zainteresował się, zlecił badania, zostawił w szpitalu i okazało się, że Młodsza miała już zapalenie płuc.

     Innym absurdem była sytuacja, kiedy KO pojechał na pogotowie z głęboką raną dłoni. Dłoń została opatrzona, a KO umówiony na czyszczenie i szycie rany za bagatela 7 dni...

     Cóż, jesteśmy na tym "Zachodzie" od 2 lat i każde z nas już zdążyło zaliczyć wizytę na pogotowiu. Szczęścia do zdrowia, to my tu nie mamy za grosz. Niemniej jednak uważam, że o ile mojego złamania, czy próby ukrzyżowania się przez KO, nie można było uniknąć (nie czepiając się już szczegółów), o tyle wizyt z Córami mogłoby nie być, a przynajmniej w przypadku Starszej mogło się to odbyć mniej drastycznie.

     W końcu nie napisałam też jak wyglądało tu prowadzenie ciąży. Zbierałam się wielokrotnie, ale lista absurdów okazała się zbyt długa i w ciągu 9 miesięcy nie udało mi się tego ogarnąć. W skrócie rzecz ujmując, ciężarna ani razu nie widzi się z ginekologiem. Pomijając jakieś anomalie. Dopiero na porodówce. Ciążę prowadzi położna, która mierzy ciśnienie, słucha serca dziecka i pyta "jak się czujesz?", a następnie bez względu na odpowiedź, zapewnia, że "to normalne". W drugiej połowie ciąży dochodzi jeszcze mierzenie obwodu brzucha centymetrem. Badanie jest tak miarodajne, że ja raz usłyszałam "wychodzi mi, że twoje dziecko od 3 tygodni nic nie urosło".
Poza tym, pierwszych 3 miesięcy nikt nie nazywa tu ciążą, a jeśli czujesz, że ewentualnie coś jej może zagrażać, również zapewniają, że "to normalne" i "natura wie najlepiej, będzie jak ma być". Spoko, pewnie, ale co, kiedy natura sprawia, że matka ma zły poziom hormonów, czy czegoś tam innego, a płód jest zupełnie w porządku? Nikt ani razu nie sprawdza poziomu glukozy (jeśli nie masz w rodzinie cukrzyków), nie robią badania na toksoplazmozę, ani bakterię, którą to podczas porodu może zarazić się dziecko i poważnie rozchorować. USG są 2, ok. 13tc i 20tc, potem przez 20 tygodni musisz żyć wiarą, że wszystko gra. Kiedy dzwonisz do szpitala, pytając co robić, bo jesteś w 30tc i brzuch ci bez przerwy twardnieje, nawet co 10-15 min., każą wziąć paracetamol. Badania krwi robione są dwukrotnie, na hiv, żelazo, coś tam jeszcze, ale bez zwykłej morfologii. Ach! Jeszcze mocz sprawdzają na każdej wizycie...macza pani położna papierek, którym mierzy ilość białka. Żadnych bakterii nikt nie szuka, bo po co? Kiedy pokazujesz żylaki na nodze, oglądają ze współczuciem, "ojej, to na pewno musi boleć", a następnie polecają zażywać paracetamol. Kiedy przychodzisz i mówisz, że po cesarce chcesz rodzić naturalnie, prosisz o sprawdzenie blizny pod tym kątem, słyszysz, że nie potrafią tego zbadać, ale to nic, bo jak tylko zaczniesz się rozpadać, od razu wezmą cię na stół.
Ale w ogóle to fajnie, kobieta przez cały okres ciąży i rok po porodzie ma wszystkie leki za darmo. Dla dzieci do 16rż również leki są nieodpłatnie. Paracetamol czyli.

     Przykłady można mnożyć. Człowiek mieszkając w Polsce tak narzeka na służbę zdrowia, zazdrości tym "na Zachodzie". Jak to mówią, cudze chwalicie, a Janko Muzykant dostaje baty.

sobota, 06 czerwca 2015

...i mówi wciąż.

-Latem trzeba pić duuuużo wody! Żeby nie zdechnąć.


Pomaga przy siostrze, wynosi pieluchę do śmieci, po czym woła:
- A ja wcale nie muszę myć rąk po tej kupie....wyniosłam ją w zębach!
Pokłony dla tego, co wymyślił woreczki na zużyte pampki.


Uświadamiam Córę, że powrót do Polski zmieni na pewno nieco naszą sytuację finansową, że miłość jest ślepa i ten nasz kochany kraj mlekiem i miodem to nie płynie.
- Jak będziemy mieć mało pieniędzy, to my spakujemy Młodszą do auta i pojedziemy do bankomatu, a tata do pracy.


Jesteśmy na grillu, pies gospodarzy nosi imię, które jest jednym ze zdrobnień imienia Młodszej. Jedno z dzieci woła, że czegoś nie może dojeść. Gospodyni odpowiada:
- Rzuć tam pod krzak, L. potem sobie zje.
Na to Starsza zszokowana:
- Ale przecież...ona jeszcze nie ma zębów.