Kto rządzi w naszym cyrku?
wtorek, 30 lipca 2013

     Prasuję na górze Córową bluzkę, a na dole...cisza....ciiiiiisza.

- Córa, co tam robisz??

Ciiiisza.

- Co robisz?!

- Jestem małym łobuziakiem!

Ale przynajmniej szczerym. Schodzę więc na dół, a Córa siedzi przy laptopie, czego faktycznie jej zabraniamy. Na monitorze kilka otwartych okien, w tle leci muzyka z programu, którego ja bynajmniej nie odpalałam.

- Mamusiu, nie być zła! Ja chciała włączyć Ciebie muzyczkę. 

Akurat! Ale nieźle próbowała z tego wybrnąć.

     A o pogodzie dziś będzie. Gdzie by się nie ruszyć w polskim wirtualnym świecie, z kim by nie rozmawiać, wszędzie przodują informacje pogodowe. Upały iście z Afryki, temperatury zbliżające się do 40oC i straszna duchota.

Cóż, bałam się słynnej angielskiej pogody, bo deszcze, bo mgły, bo deszcze, a przede wszystkim deszcze. No i mówi się, że tak nie ma tu prawdziwej zimy, jak i prawdziwego lata. Ciągle pamiętam jak 1 kwietnia, żeby na obiad Wielkanocny dojechać, musiałam odkopać auto z grubej warstwy śniegu, a że to Tic tac był, to jeszcze sąsiad pomagał mi go wypchnąć z zaspy, która pojawiła się w ciągu nocy. A Król Ojciec siedząc już w UK przesyłał nam fotki, na których wiosna pełną gębą. Postanowiłam wtedy nie żałować zim. Czerwiec w UK był w kratkę, początek pogodny, z chłodnymi wieczorami i nocami, pod wieczór trzeba było odpalać kaloryfery, bo pranie nie schło, ręczniki w łazience mokre, a my chodziliśmy w polarach (nawet KO!). Drugą połowę czerwca głównie padało.

A lipiec? Żyć nie umierać! Niestety w tym roku wyjątkowo, tubylcy są zadziwieni, nie pamiętają takiego lata. Może przywieźliśmy je ze sobą? Muszę jednak przyznać, że jest nawet lepsze niż w Polsce. Uwielbiam ciepło, ale kiedy trzeba przebrnąć przez miasto pełne asfaltu i kopcących, rozgrzanych maszyn, pot po tyłku spływa, oddychać nie ma czym, przestaje być kolorowo. A tutaj? Od początku lipca piękne słońce, przez 3 tygodnie kropla deszczu nie spadła, Anglicy zaczęli panikować, że susza, że trawa żółta, to jak nic zaraz pożary i kataklizmy. Popadało troszkę i znów zrobiło się pięknie. Królowa Matka przybrązowiła się z lekka, a że dziewczyny lubią brąz, od razu przyjemniej w lustro jej się patrzyło. Ostatnim razem opalała się w 19.. nie w 2009! Potem ciąża, a potem leżenie plackiem wchodziło w rachubę wyłącznie w godzinach nocnych i to też tylko niektórych. Poza tym jak się opalić miała, kiedy cały tydzień w biurowcu z klimą siedziała, a na weekendy pogody nie było, albo inne zajęcia przewidywano? W zeszłym roku na urlopie miała wrażenie, że strzaska się na mahoń, ale chyba słońce w drugiej połowie sierpnia nie miało już mocy, grzało, prażyło, a koloru nie dawało. Jawne oszustwo, w sierpniu zapłaciliśmy taką samą stawkę jak ci, którzy byli w lipcu i wrócili do domu opaleni. 

Ale w tym roku ma KM czas, ma podwórko, ma zarwany materac i namiot dla latorośli, co by na słońcu z Matką leżeć nie musiała. Ale latorośl też zbrązowiała z lekka, choć bez warstwy kremu i kapelutka za drzwi wystawić nosa nie może. 

Gadu, gadu, wiadomo, jak to o pogodzie człowiek zacznie, to temat się czasem jakiś tam rozwinie. Ale o czym ja chciałam? No o lecie, co to w Wanglii tego roku. Temperatury więc ok. 25o C, czasem troszkę wyższe, czasem niższe. Co jednak najlepsze, nie ma tego skwaru, duchoty, braku powietrza. Pot ciurkiem człowieka też nie zalewa. Delikatny wiaterek pojawia się kiedy najbardziej go potrzeba. 

Od wczoraj jednak deszczowo. Ale też dziwnie. To znaczy dziwnie dla nas, Tubylcy cieszą się, że angielska pogoda wróciła. Dziś od rana piękne słońce, białe obłoczki, chwilę później ściana deszczu, 3 minuty i znów piękne słońce, białe obłoczki, 10 minut sielanki i kolejna ulewa, gdzieś tam w oddali lekka burza, 10 minut i znów ptaszki ćwierkają, słonko świeci... Obłęd. Wybierałyśmy się z Córą do sklepu, stwierdziłam, że jak lunie, musimy się ubrać, założyć buty i stać w pełnej gotowości przy drzwiach czekając na przerwę. Trzeba tu być przygotowanym na wszystko jeśli chodzi o pogodę i to nie tylko wychodząc na cały dzień, ale nawet na 15 min.

A w ogóle tak mnie pogoda rozpieściła, że przeziębiłam się po pierwszej deszczowej nocy. Zjadłam już całe zapasy przywiezione na takie okazje z Polski i nie wiem, czy nie będę musiała spróbować tutejszych specyfików, bo zamiast lepiej, coraz gorzej się robi. 

sobota, 27 lipca 2013

     Udało mi się w końcu namierzyć Children Centre w okolicy. Swoją drogą nie wiem, czy są takie centra w Polsce, prawdę mówiąc nie słyszałam, ale też nie interesowałam się tym aż tak. Córa była żłobkowa, więc kontaktu z dziećmi jej nie brakowało. Tutaj takie centra działają zazwyczaj bezpłatnie, za niektóre zajęcia pobierana jest bardzo symboliczna kwota. Przeznaczone są głównie dla dzieciaków przed wiekiem szkolnym, czyli 0-5 lat.

My dziś poszłyśmy na "messy play". Kiedy powiedziałam wczoraj Córze, że pójdziemy do dzieci, wyglądała jak ja, gdyby ktoś mi powiedział, że trafiłam "szóstkę". Cieszyła się i ciągle o tym mówiła. Wydarzenie, że hej! Muszę przyznać, że świetne miejsce, pokój pełen zabawek, klocków wszelkiego rodzaju, dla maluszków duża mata z mnóstwem atrakcji, do tego dwa stoliczki, na jednym cały sprzęt do wyklejanek, na drugim do malowania wszystkim, czym się da. Do tego duży ogród, z piaskownicą (myślałam, że Córy z niej nie wyciągnę, o ile są tu place zabaw, o tyle piaskownic brak, pewnie niehigieniczne...jakby opakowania po żarciu na huśtawkach takie były...), zjeżdżalnia, rowery, miednice z wodą, pełne pojemniczków, lejków, rurek i generalnie wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. 

A Córa, choć w domu wyje "do dzieeeeciiiii", to jak przyjdzie co do czego aspołeczna bywa, że aż przykro. Jedno z łokcia potraktuje, żeby miejsce jej zrobiło, drugiemu zabawkę wyrwie, bo ona się tym przecież przed chwilą bawiła, to już jest jej. Wyje jak tylko ktoś do niej podejdzie, bo na pewno chce jej coś zabrać, albo uderzyć. Traumy żłobkowe? Domyślam się jednak, że tak zachowuje się przy mnie, opinie pań ze żłobka zawsze były fantastyczne i nieskazitelne. 

     Półtorej godziny zleciało nam z prędkością światła, na koniec jeszcze były piosenki, każde dziecko mogło sobie zażyczyć coś, co potem wszyscy śpiewali. No i ostatnim punktem programu pożegnanie, czyli każdemu personalnie śpiewaliśmy i machaliśmy, Córa potem wieczorem chodziła jeszcze z pieśnią na ustach "gooooood byyyye Kajaaa, gooood byyyye Kaja", "gooood byyyye chłopiec..."

Kiedy wyszłyśmy już z budynku, pytam się:

- No i jak?

- Było miło.

Łohoho, wylewne to dziecko! Na szczęście dodała:

- Świetnie. Nie miło, było świetnie!

No, to przyszły tydzień mamy pracowity, bo prawie każdego dnia są jakieś zajęcia, musimy wszystko przetestować.

poniedziałek, 22 lipca 2013

     Dziś znów o jedzeniu będzie. Wyjdzie na to, że Córa taka żarłoczna, a tu guzik, zazwyczaj jeśli już jest głodna, to na ciasteczka. 

Na obiad, do zupy przewidziałam po 1 kiełbasce dla mnie i Córy. Przy stole okazało się, że ona zeżarła swoją w moment, po czym głośno to oznajmiła:

- Zjadłam całą kubiaskę. Chciała jeszcze. 

- Hmm.. Córa, ale nie ma więcej.

- To zjem pożyczoną - wskazując na mój talerz.

Kiedy zawoła na śniadanie płatki i ja te płatki zrobię, nagle stwierdza, że absolutnie ma być kaszka z" miódkiem". Kiedy pytam, czy chce kanapki, zdecydowanie zaprzecza. Ale kiedy ja zasiadam z czymś do jedzenia, nagle to wszystko jest pyszne, a ona głodna. Słyszę tylko:

- Chciała troszkę spróbować (...) Jeszcze troszkę chciała spróbować...

I tak próbuje mi całą kanapkę, a teraz pożycza kubiaskę. Jakby się ktoś odchudzał, wynajmę w zamian za wolny weekend. 

 

piątek, 19 lipca 2013

     Córę wieczorem bolał brzuszek, coś jej chyba zaszkodziło. Rano więc pytam:

- A jak Twój brzuszek?

Chwila zastanowienia...

- Yyyyy, nie boli, mogę zjeść ciasteczko, dwa żelki i gumę.

***

     Dziś na obiad ugotowałam jej wyczekiwany kapuśniak. Na szczęście zakup klasyków polskich za granicą nie jest w dzisiejszych czasach wyczynem karkołomnym. Chyba w przypadku mojego dziecka kapusta kiszona i ogórki wygrywają z ciastkami i lizakami. Kiedy więc byłam w trakcie robienia zupy, Córa położyła się w pokoju na podłodze i woła:

- Mamooooo! Pomożesz mi wstaaaać?!

- Oczywiście Kochanie, że Ci pomogę - chcesz kapustę?

Nikt nie podniósłby jej tak szybko jak sama to zrobiła. 

Potem zjadła dwie miseczki gęstej zupy, rzuciłam więc:

- Ależ z Ciebie kapuściany potwór.

- Nie mamo, przecież ja jestem piękną dziewczynką, nie potworem.

Wieczorem pokazała jednak, że jedno nie wyklucza drugiego. Ryki, krzyki, miałczenie o wszystko. Do tego upiększyła swoje białe prześcieradło różowym długopisem żelowym. Kiedy w jej oczach zapalają się łobuziarskie ogniki i zaczyna sobie pozwalać na zbyt wiele, ostatnio działa pewna metoda...tylko trzeba ją jeszcze umiejętnie zastosować.

- Córa, co Ty robisz? Królewny się tak nie zachowują. Czy widziałaś, żeby któraś Królewna...

- Ale ja jestem Księżniczką!

Kurcze, blisko byłam. 

poniedziałek, 15 lipca 2013

     W miniony piątek nadeszła nieuchronna chwila, Królowa Matka zakończyła trzecią dekadę życia, wkraczając tym samym w kolejną. Wiele razy zastanawiałam się nad sposobem uniknięcia tego dnia, ale niestety, są rzeczy, na które nie mamy wpływu.

     To taki wyjątkowy, przełomowy moment w życiu człowieka, w moim jakoś szczególnie. Poza wiekiem, cały świat mam wywrócony dupskiem do góry. Kwestia wieku miała poniekąd wpływ na to zamieszanie. Oboje z KO jesteśmy z tego samego rocznika, dotarło do nas, że wiele planów i marzeń chcieliśmy już do tego czasu zrealizować, a stoimy w miejscu. Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Wyjechaliśmy nie za bogactwem i domem z ogródkiem, a za możliwością spełniania drobnych marzeń, które każdy ma i mieć powinien. W piątek sporo o nich rozmawialiśmy, trzeba będzie spisać listę, a następnie skreślać jedno po drugim. I tu jest mój największy sukces, jaki w dniu swoich 30 urodzin mogłam odhaczyć - rodzina. Praktycznie wszystkie, nawet najbardziej szalone pomysły chcemy realizować z KO wspólnie. Chyba jedynie skok ze spadochronem pozostaje na mojej indywidualnej liście. To więc, co osiągnęłam do tej pory, to rodzina, najlepsza z możliwych. Czasem to dom wariatów, ale ja też normalna nie jestem. Pasujemy do siebie, mamy tak samo głupie pomysły (wnioskuję, że Córa z takim obciążeniem genetycznym nie będzie od nas odstawać). Z wyglądu ponoć nie zmieniłam się wiele, ubyło mi trochę włosów, doszło parę zmarszczek, uparcie twierdzę, że to są "śmieszne zmarszczki", od śmiechu, bo jego mi w życiu nie brak. Z daleka jednak można się nabrać i są tacy, co o dowód pytają. Na pewno też zniknęło mi parę kilogramów. Mama mówiła, że schudła po pierwszej ciąży, a ja tyle lat katowałam się ćwiczeniami, brzuszkami, zamiast mamy słuchać. 

Na gruncie zawodowym...no cóż, nadal nie wiem kim będę jak dorosnę? Wykształcenie, a doświadczenie, to u mnie dwie bajki, pasujące do siebie jak trąbka do pogrzebacza. Żeby było śmieszniej, żadne z nich nie jest spełnieniem moich marzeń. Teraz jeszcze emigracja i totalna niepewność, co do przyszłej sytuacji zawodowej. 

Zasadniczo rzecz biorąc, nie mamy niczego. Jesteśmy na etapie startu od zera. Mamy jednak siebie i w tym nasza największa siła. 

     Bałam się tej trzydziestki, bałam się wniosków, bo kilka lat temu sądziłam, że dziś będę już osobą ustabilizowaną. Najbardziej jednak jest dziwne, tak niewyobrażalnie dziwne, że już mam 30 lat, ja, która wczoraj jeszcze stałam godzinę pod daszkiem od klatki, bo mama wypuściła mnie pierwszy raz samodzielnie na podwórko i nie pozwoliła się oddalać. Ja, która, musiałam zdobyć każde drzewo, każdą skałkę (tak, tak, wejść było łatwo, schodziłam czasem najkrótszą drogą, dzięki sile grawitacji, ale nigdy mnie to nie zrażało). Jak wczoraj pamiętam zapach zupy mlecznej w przedszkolu (mdli mnie na samo wspomnienie), mojego niebieskiego Smyka, na którym poczułam jak to jest mieć wiatr we włosach.... Potem były pomarańczowe wrotki i deskorolka. Dopiero co uczyłam się zmieniać pieluchy na swoim młodszym Braciszku, podcierałam mu pupsko, wycierałam nos (nie to, że jedną chusteczką), karmiłam utartym jabłuszkiem, a teraz będzie studentem. W sumie, wiele rzeczy wydarzyło się od tamtych czasów, wiele się nauczyłam, zrozumiałam, czasem dostałam po dupie. Ale i tak wspomnienia są tak żywe, że trudno uwierzyć ile to już upłynęło. Dopiero co siedziałam na trzepaku, w getrach z lajkry, bluzie z kreszu i popijałam przez słomkę napój z foliowej torebki. Grałam w reprezentacji szkoły w drużynie piłki ręcznej, a na turnieju szkolnym reprezentowałam moją klasę w kosza...pomimo, że niektórym dziewczynom sięgałam tak do cyca. Za mną wiele fajnych wspomnień. Przede mną cała masa nowych. Zaczynam się oswajać z tym, że czas jednak popierdala (bardziej poetyckiego określenia nie znajduję) i jedyne co możemy z tym zrobić, to spisać listę marzeń, a następnie realizować w dowolnej kolejności. Jak sobie w takim kontekście pomyślę ile mi jeszcze zostało do emerytury, od razu mi lepiej. 

czwartek, 11 lipca 2013

     Dziś od rana zapowiadał się ciężki dzień. Córa obudziła mnie bezlitośnie, pakując palce we wszystkie otwory mojej twarzoczaszki, sama zaś przez 2 bite godziny siedziała jeszcze na górze w piżamie. Gdyby to były 2h ciszy i spokoju, pewnie nie miałabym na co narzekać, ale co rusz dało się słyszeć:

- Mamooooo! Pomóż mi się ubrać! – kiedy wchodziłam decyzja została zmieniana diametralnie.

- Mamoooo! Głodna jestem!

- To ubierz się i chodź na śniadanie.

- Nie!

- Mamooooo! Chodź, chodź, chodź szybko!

- Co się dzieje?! Pożar, potop, trzęsienie ziemi, biją kogoś?

- Zobacz jak ja sobie patrzę przez okno.

 

     Potem była długa walka ze śniadaniem, bo „zrób mi płatki” ewoluowało w „chciałam kanapeczkę” kiedy tylko miska z płatkami stanęła na stole, a następnie „z dżemikiem chciałam, nie z szyneczką” kiedy postawiłam kanapkę z wędliną. Oczywiście płatków musiała trochę zjeść, a kanapki nowej nie robiłam, bo w końcu Królowa Matka, to nie Królowa Niewolnica, żeby nie było.

Do tego jęki, kwęki i wiele innych efektów dźwiękowych. Po śniadaniu, które skończyło się przed 13, wybierałyśmy się na zakupy do marketu. Nie przepadam za zakupami, jeszcze mniej za marketami, a tu do tego żar z nieba i perspektywa ok. godzinnego marszu.

- Córa, będziesz grzeczna na spacerze? Chciałabym, żebyś się  ładnie zachowywała, bez takich wygłupów jak dziś od rana, bo przed nami daleka i długa droga sam na sam. To jak będzie?

- Będzie zabawnie.

Nooo, jeśli tak zabawnie jak jest od kilku godzin, to może od razu łyknęłabym jakiegoś angielskiego paracetamolku i wróciła do łóżka?

     Na szczęście wzdłuż ruchliwej ulicy, te ok. 70cm, które dzieli Córy usta od moich uszu jest barierą nie do pokonania. Tonów wyższych nie odnotowałam, a zwyczajowa paplanina rozpraszała się gdzieś pomiędzy nami i płazem uszło mi bezmyślne przytakiwanie. Cholercia, chociaż swoją drogą, pojęcia nie mam na co się mogłam zgodzić tej przebiegłej istocie…?

wtorek, 09 lipca 2013

  Córa czyta "Chorego kotka":

- ... Jak się masz koteczku?

- Źle bardzo. Gorączka mnie boli, spać nie mogę.

- A to feler, westchnął seler.

Ostatnio też tworzy coraz bardziej interesujące teksty piosenek. Do tej pory utwory jej autorstwa ograniczały się do 1-3 słów powtarzanych po 30 razy lub więcej, jeśli na przykład jechaliśmy samochodem i nie sposób było od niej uciec. Teraz to już prawdziwe ballady.

Oczywiście najlepsze dzieła tworzy się o 23 na kiblu... 

     Dobrze rozwinięta wyobraźnia ma zdecydowanie sporo plusów (nie licząc zajętej  łazienki na 20 min. w godzinach mocno wieczornych). Córa weszła w etap, kiedy spodnie są zdecydowanie nie dziewczęce. Od jakiegoś czasu, przegrzebuje mocno szafę w poszukiwaniu najpiękniejszych kreacji, nawet jeśli siedzi cały dzień w domu, czy idzie grać w piłkę na łąkę. Teraz wymyśliłyśmy coś nowego. Ma hopla na punkcie "Kapciuszka", ogląda bajkę, książkę też czytamy bardzo często. Otóż za przykładem z bajki, wyimaginowaną, czarodziejską różdżką macham wypowiadając jednocześnie magiczne zaklęcie i wyczarowuję na swojej pierworodnej najpiękniejszą różową oczywiście (ewentualnie fioletową) suknię balową, wspaniałe maleńkie pantofelki i wio. Tak oto Córa szczęśliwa, biega po podwórku w koszulce i majtkach, a ja nie muszę co drugi dzień prać jej sukienek. Królowa Matka to potrafi czasem zrobić dobrze.

 

edit:

Kupiliśmy jakiś czas temu zestaw sztućców z Myszką Minnie. Córa zachwycona, nie chce używać żadnych innych. W pewnym momencie dokonałam przerażającego odkrycia, że rysunek wyciera się od zmywania, powoli znikał, stawał się coraz bardziej podobny do niczego. Aż się bałam co będzie jak Córa zauważy? A ta któregoś dnia patrzy, patrzy:

- O! Minnie się schowała.

No, to dziś jest już tak schowana, że nikt jej nigdy nie znajdzie.

poniedziałek, 08 lipca 2013

      Córa szybko przestawiła się na angielską pogodę. Ja nadal nie mogę, kiedy słyszę, że w Polsce po 30 stopni, a ja tutaj wychodzę z domu w polarze (po mieszkaniu też bez bluzy ani rusz), robi mi się przykro... Córa zaś wstaje rano, podchodzi do okna, za którym jedna wielka chmura, wiatr ugina drzewa do samej ziemi:

- Och, jaka piękna pogoda!...Nie pada!

Na szczęście od kilku dni my też mamy lato! Cieszymy się nim póki jest, dużo siedzimy na podwórku. Wystawiamy tam połowę naszych mebli, czyli coś do siedzenia i do postawienia kubka z herbatą. Mamy też dmuchany materac, który służył jako małżeńskie łoże do czasu aż je...zarwaliśmy, czy coś, bo garb wyrósł na środku, w każdym bądź razie spać się na tym nie da, a Córa na podwórku może poszaleć.

     Wczoraj bawiła się wodą. W zasadzie wszyscy się bawiliśmy, a najlepiej KO, kiedy wylał na mnie dwie miski wody. Córa widząc to popłakała się krzycząc "to nie jest śmieszne!" Zapewne uchroniła mnie przed kolejnymi hektolitrami wody na głowie. 

Potem podlewała konewką chwasty wyrastające spomiędzy płyt chodnikowych i cegieł murku. Dziś rano patrzymy, a na murze zakwitł największy chwaścior. Córa na to dumnie:

- Wczoraj podlewałam!

- No widzisz, jakie piękne kwiatuszki wyrosły? Masz dobrą rękę do kwiatów.

- Nieeee, konewkę!

 

     Dziś poszła do siebie do pokoju, a ja upajałam się rzadką chwilą sam na sam z kawą. Niby cicho było, ale co jakiś czas dochodziły mnie odgłosy tupania, jeśli więc rusza się i nie wydaje żadnych niepokojących dźwięków, uznaję, że jest cała i zdrowa.

Po pewnym czasie jednak postanowiłam sprawdzić co ją tak zajęło, bo mimo wszystko dziwnie długo nie słyszałam "mamaaaaa! chodź, chodź, szybciutko!", czy innego "eeeeEEEEeeee". Okazało się, że...myła okno u siebie w pokoju. W istocie, szybę na wysokość swojej wyciągniętej w górę rączki zawsze ma umazaną. Chyba do pokoju przestało się już dostawać światło, bo postanowiła zabrać się za mycie...chusteczkami nawilżanymi, tymi dla niemowląt. Używam ich do różnych celów, ale do okien jeszcze nie próbowałam. Szyba u Córy więc wymazana totalnie, obok sterta zużytych husteczek, a ta ponownie dzisiejszego dnia dumna:

- Skończyły mi się, to wzięłam sobie nowe.

Tak pięknie wymyła okna, że właśnie ucięła sobie drzemkę...już dawno tego nie robiła, to pewnie zasługa mroku w pokoju.

 

16:45, kropka306 , Inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 lipca 2013

     KO wrócił dziś rano z nocnej zmiany, tuż po tym Córa rozpoczęła swój dzień. Ponieważ jej nocny odpoczynek był jak na ostatnie tygodnie krótki, po niedługim czasie stwierdziła, że idzie się zdrzemnąć do KO.

Dwie godziny później spełzła na dół, rześka i szczęśliwa. Pytam więc:

- I co, przytuliłaś się do tatusia i spaliście sobie słodko?

- Nooo. A tata mówił.

- Co mówił?

- Nie wolno śpiewać. `

     Potem, kiedy powiedziałam, że może już oficjalnie obudzić KO, Córa zadowolona ruszyła, na palcach i przykładając paluszek do ust powtarzała "ciśśśś, tata śpi, cichutko", gdy tylko podeszła do łóżka wrzasnęła "Tataaa! Wstawaj!".

 
1 , 2