Kto rządzi w naszym cyrku?
środa, 28 sierpnia 2013

     Wychodzimy z Córą na chwilę do pobliskiego sklepu, nie chciało mi się szukać skarpetek, które gdzieś posiała, więc zakładam jej sandałki na gołe stopy. Zaznaczam, że ostatnio rzadko to robię, bo choć sandałki ma niemal całkiem zabudowane, tylko z dziurkami, a my idziemy wyłącznie po chodniku, co 3-5 min. musimy się zatrzymywać, bo "coś mi wpadło". Jeszcze jakby za każdym razem faktycznie coś w tym bucie było... Zapinam jej więc te sandałki, a ona:

- Ooo! I ludzie będą mówić: "ale słodkie, małe stóóópki".

Co jak co, ale niskiej samooceny to mojemu dziecku nie można zarzucić. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

     Odkąd tylko zostałam matką Córy, słyszałam, czytałam, że przychodzi taki moment w życiu małej dziewczynki, kiedy idolem staje się tata. Nie mogłam się doczekać. U nas, do tej pory na wszystko było "Mama!". Tata do szaleństw, do obsługi mama. "Mama! Kupa", "Mama! Głodna", "Mama! Ubrać", "Mama! Uderzyłam się", "Mama! Wykąpać, położyć spać, przeczytać bajkę....". Nie wiemy, czy to faktycznie kwestia wieku, czy tego, że Król Ojciec najpierw wyjechał na 2 miesiące, a teraz całe dnie spędza w pracy, ale sporo próśb i roszczeń kierowana jest do niego. Prawdopodobnie główną przyczyną jest jego częsta nieobecność. Po kilkudniowym wyjeździe, obowiązkowo musi kąpać Córę, czesać, czytać na dobranoc, wytrzeć pupę...ja tam się oczywiście nie wtrącam (szczególnie w to wycieranie). Ostatnio nawet uderzyła się o coś, stojąc obok mnie w kuchni i biegła do pokoju, żeby to tata pocałował. Cieszę się z tych relacji. Szczególnie, że jakieś pół roku temu Córa nie chciała wychodzić ze żłobka, darła się, kiedy to KO po nią przychodził, a nie mama, ale wtedy to ja miałam więcej pracy. Jest najszczęśliwsza mając pod ręką nas oboje. 

Tatomania nie kończy się na samych żądaniach obsługi Córy. Pada też:

- Tata jest moim mężem!

Cwaniara! Niech sobie własnego znajdzie. Mnie znalezienie tego zajęło ćwierć wieku, a ona tak od razu by chciała. 

 

Tagi: mama tata
13:35, kropka306 , Inne
Link Komentarze (5) »

     Dziś obie miałyśmy zdecydowanie lepsze humory. Obudziłam się z takim bólem głowy, jakbym cały weekend piła, ale na szczęście szybko minęło. Pogoda dopisała, od rana pięknie, żadnej chmurki, a że ja na baterie słoneczne działam, musiało być lepiej.

     Po śniadaniu zaliczyłyśmy plac zabaw, a potem resztę dnia spędziłyśmy na naszym podwórku. Ciężko to w zasadzie podwórkiem nazwać, nie wiem, czy już się na jego temat wypowiadałam? Kilkanaście metrów kwadratowych betonu, ogrodzone wysokim murem. Taki trochę spacerniak, tylko drutu kolczastego brakuje.

Postawiłyśmy sobie namiot w Auta, wyniosłyśmy wiklinową kanapę, ławę, poduchy, coś do jedzenia i od razu się miło zrobiło. Do wieczora zeszło nam na wspólnych zabawach. Potem Córa zażyczyła sobie zdjęć z czasów jak była w brzuszku, poopowiadałam jej troszkę o początkach jej życia na zewnątrz mnie, a na koniec dnia, usnęła wtulona buzią w moją twarz. Zaśmiewała się, że wydmuchuje powietrze z nosa na mój nos, że ciężej bierze się oddech, ale nie pozwoliła mi się przesunąć. Kiedy śpi, jest taka...no taka...każda matka wie :)

 

00:18, kropka306 , Inne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 sierpnia 2013

     Miałyśmy dziś gorszy dzień. Córa robiła wszystko na przekór, a moja cierpliwość zawisła gdzieś w czasoprzestrzeni i trudno nam było się dogadać. Kumulacja nastąpiła w porze obiadu. Próba sił i inne sceny. Kiedy emocje opadły, wchodzę do niej na górę, siadam, a ta jak gdyby nigdy nic:

- Mamo, śpiewaj.

- Zaraz będziemy śpiewać, tylko chciałam najpierw pogadać. Co to było tam na dole?

- Chyba jakiś cyrk.

Nie wiem tylko która z nas była klaunem, a która treserem?

     Rano przytulamy się z Córą w łóżku:

- Mamo, opowiedz mi jak byłam małym dzidziusiem.

- Byłaś taka maleńka, że myjąc Ci plecki, trzymałam Cię na jednej dłoni.

- Nooo, miałam takie malutkie rączki, paluszki i takie malutkie stópki, jak pingwin.

Od razu mam przed oczami noworodka z pingwinimi płetwami.

 

sobota, 24 sierpnia 2013

     Królowa Matka piecze! W duecie z Córą oczywiście. Jest to dosyć niecodzienne, nie ukrywam. Cholera, chyba zaczynam być gospodynią domową...mam kwiatki, które jeszcze nie padły (może dlatego, że mam je od 2 tygodni), piekę i robię mężowi kanapki do pracy. Zaraz zacznę mu prasować, cerować skarpety i mówić "mój chłop". Może to jak u dzieci, "taki wiek" i minie z czasem?

     Dopóki nie zostałam Matką, nie upiekłam ani jednego ciasta. Zdarzało mi się zrobić takie "do lodówki", ale to też trzy na krzyż. Potem, karmiąc alergika, musiałam żyć na diecie "nic". Los więc zmusił mnie do otworzenia piekarnika (wcześniej to się już zdarzało, ale wyłącznie dla frytek i zapiekanek). Miałam 2 ciasta, które doskonale potrafiły osłodzić trudne chwile, kiedy to półka ze słodkościami w sklepie, była owocem zakazanym. Potem Córa stała się samodzielna pod względem żywieniowym, okazało się, że nie szkodzi jej masło, ani jajka, wszystko stało się łatwiejsze, śmiało mogła jeść prababcine ciasta, a nawet w sklepach dało się coś wybrać. 

Teraz jednak prababcie daleko, a produkty sklepowe mają dłuuuugie listy składników, co coraz bardziej mnie irytuje. Kiedyś nie zwracałam na to uwagi, jadłam śmietankę do kawy w proszku łyżeczką i nie zrażało mnie, że składa się wyłącznie z E. Tutaj, w UK muffinki są wszędzie. W piekarniach, cukierniach, w angielskich bajkach, książeczkach, a w sklepach cuda do dekoracji, foremki we wszelkich barwach, wzorach, kolorach, blachy i wszystko za grosze. Mnie osobiście takie babeczki nigdy szczególnie nie podchodziły. Z czym by nie były. Teraz jednak napaliłam się, kupiliśmy sprzęt i zabrałyśmy się dziś z Córą do roboty.

     Debiut, a wyszły bardzo fajnie. Pomyślałam więc, że wrzucę przepis, może komuś przyda się taka bezmleczna wersja, dla alergików, albo kiedy akurat zabraknie mleka.

  • 2 szkl. mąki
  • 3/4 szkl. cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 2 jajka
  • 1/2 szkl. oleju
  • 1 szkl. wody gazowanej

To baza. My miałyśmy zrobić z brzoskwiniami, ale niestety musiałyśmy zmienić plan w ostatniej chwili i wrzuciłyśmy jabłko pokrojone w kosteczkę. Teoretycznie przepis miał być na 12 babeczek, nam wyszło 28. Drugą blachę urozmaiciłyśmy, część z nutellą (wersja dla rodziców), a część z rodzynkami i kawałkami gorzkiej czekolady (dla Córy). Fajna sprawa. Łatwo, szybko, pysznie, a do tego wiadomo co się je.

środa, 21 sierpnia 2013

     Zgodnie z planem miała to być Peppa, wierzyłam w jej moc, a nie doceniłam własnej. Wyszło na to, że smoczka nie zastąpi lepiej nic niż mama. Córa zawsze usypiała ciumkając sobie gumiaka. Odkąd go nie ma, przytula matkę. Pierwsza noc była ciężka. Pochlipywanie, że "chcę z powrotem swojego smoczka", a jak tylko wyszłam z pokoju po bajce i kołysankach, płacz. Co najgorsze, nie wyła jak przy zwykłym fochu, tylko cichutko, pod noskiem. Kiedy do niej weszłam, położyłam się obok, objęła mnie mocno rączką za szyję i patrzyła przed siebie takimi okrutnie smutnymi oczkami. Na szczęście dosyć szybko usnęła. Jeśli nie śpi w dzień, a to się już zdarza bardzo rzadko, wieczorem usypia w moment i nic jej nie przeszkadza. 

Wczorajszy wieczorny scenariusz był podobny, ale już bez tego potwornego smutku. Dziś cisza w temacie smoczka. Raz tylko jak zakładałyśmy piżamkę, wspomniała, coś o wróżce, która poleci do innych dzieci, bo ona już jest duża i sama smoczka wyrzuciła. Trzecia noc rozpoczęła się więc całkiem fajnie. Oczywiście też musiałam z nią poleżeć dopóki nie usnęła, ale już bez łez, bez chlipania, troszkę tylko sobie pomlaskała. Zobaczymy jak będzie w ciągu nocy? Ostatnie dwie, zawsze lądowała u nas w łóżku. 

     Swoją drogą, chyba pierwszy raz powiedziała, że jest już duża... To zupełnie nie w jej stylu, nawet mnie poprawia, że wcale nie jest jeszcze duża, ale też nie jest dzidziusiem, tylko małą dziewczynką. Zdarzało jej się kiedyś zaczynać zdanie od "jak byłam mała...", a teraz mówi "jak byłam małym, słodkim dzidziusiem....". 

Tagi: smoczek
23:25, kropka306 , Inne
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 sierpnia 2013

     Nie, nie mój. O Córowym smoczku będzie. Nadal najlepszy nocny przyjaciel, wyjątkowy usypiacz. Późno trochę, ale postanowiliśmy zakończyć tę znajomość. Wcześniej był wyjazd KO, potem nasz, dużo się działo, nie chciałam traumy dziecku fundować. W zasadzie przylatując tutaj, zapomnieliśmy o smoczku i zaraz po pierwszej nocy, którą ledwie przeżyliśmy, na biegu kupowaliśmy nowy, ale przeprowadzka, do tego choroba... Teraz jednak, u progu trzecich urodzin uznałam, że basta! Zwyczajne podjęcie przez Córę decyzji "jestem za duża", nie wchodziło w rachubę, obawiam się, że to by mogło trwać nawet do matury.

Opowiedziałam więc bajkę o wróżce, która widząc, że zbyt duże dziecko śpi jeszcze ze smokiem, wlatuje przez okno w nocy i wymienia czopka na jakąś super zabawkę. Łyknęła i uznała, że to może być niezły interes. Od kilku dni wypatruje rano prezentu. Ponieważ wszędzie chodzimy jak bliźniaczki syjamskie, ciężko się głowiłam jak tu jej coś kupić po kryjomu? Myślałam o jakimś wymarzonym pluszaku, ma ich sporo, ale jako, że miało to być coś co będzie pocieszać w nocy... No i dziś w markecie wyhaczyła Peppę. Dokładnie taka, jaką  chciałam zamówić przez internet, ale o połowę tańsza (nawet bez przesyłki licząc). Ustaliłyśmy więc, że na wróżkę nie czekamy, kupujemy Peppę, a smoczki lądują w śmietniku. Córa przystała na propozycję z radością. Ta świnia jest ostatnio jej idolką. Ze sklepu dziecko wyszło skacząc i śpiewając z radości. Wróciłyśmy do domu, smoczki wrzuciła do kubła na śmieci (kosz w domu uznałam za zbyt dostępny i czysty, albo ona podjęłaby się próby wyjęcia, albo ja w środku nocy). Po kilku godzinach jednak uznała, że nie do końca przemyślała sprawę. Zrobiła się śpiąca, choć w dzień drzemki nie strzela, leży sobie trochę w łóżku, odpoczywa i tu już zabrakło silikonu.

- Nie jestem jeszcze duża, jestem małą dziewczynką, potrzebuję smoczka. 

Król Ojciec, cwaniak jeden do pracy sobie na noc poszedł... Jestem bardzo ciekawa jak to będzie... a ciekawość, jak wiadomo, to pierwszy stopień do piekła. Obawiam się, że dużo się nie mylę. 

Tagi: peppa smoczek
20:44, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »

     Ano wyszło po przeczytaniu kilku blogów, forów i zrobieniu rachunku sumienia, że KM jest totalnie pozbawiona wyobraźni i nie ma za grosz kreatywności. To było poniekąd oczywiste, kiedy patrzyło się na matczyne dzieła plastyczno-techniczne. Rączki lewe i nawet jeśli wyobraźnia wraz z kreatywnością budziły się nieśmiało z wiecznego stanu odrętwienia, zdolności manualne kładły wszystko, waląc powyższe obuchem po łbach. No, przynajmniej słowo pisane jakieś takie bardziej teges. Miała Matka czasem pomysł, miała plan, zapał i chęć do pracy, lecz cóż z tego, skoro efekty niezmiennie marne? Uwielbiałam robić w szkole pisanki, cieszyłam się kiedy ponownie zadawano prostopadłościan z bloku technicznego. Ale moje jajka zawsze kończyły pobazgrane w barwach iście pogrzebowych, a bryły umazane klejem z widocznymi krechami ołówka? Widząc efekt zaczynałam rozumieć, że na ASP to nie skończę. 

Okazuje się, że niektóre matki, całkiem mądre, rozsądne i fajne na pewno, rozwijają w dzieciach zdolności manualne, plastyczne, pozwalają im eksperymentować, a nawet ciąć nożyczkami. Potrafią wymyślić coś z niczego. A KM co? Wywala rolki po papierze toaletowym, nie zbiera korków po butelkach, a co najgorsze, nie daje Córze nożyczek. Z tymi nożyczkami to tak chcem, ale się bojem. Bo sobie coś poodcina. A ona twierdzi, że w żłobku cięła i jak widać paluchy ma wszystkie. No ale co się dziwić moim obawom, sama tydzień temu zarżnęłam sobie palca nożyczkami, a dziś nożem i to krew aż trysnęła, jak gwałtowniej łapą machnęłam. Najlepsze, że ja tego noża jeszcze nawet do ręki nie wzięłam! Kto robi takie ostre cholerstwa? Kupiliśmy nowy zestaw...wyjęłam jednego, drugi już mi chciał palca odciąć, strzeliłam więc focha, reszty nie wyjmę!

     Do sprawy wracając, zrobiło mi się głupio, jak przeczytałam, jakie to rówieśnicy Córy cuda potrafią, jak to im czas fajnie rodzice organizują. A ja co, puzzle ułożę, w domino pogram, no ewentualnie akwarelami pomaluję. Kurcze, co by nie mówić, Córę mam fantastyczną. Bywa ciężka w obsłudze, fakt, zdarzają się dni, że mam ochotę założyć jej czerwony kapturek na głowę i wysłać do lasu, ale jest mądra, zdolna i fajna. Wierzę, że jeśli w genach odpowiedzialnych za zdolności manualne ma zapisane sadzenie kulfonów po mamusi, można jakoś nad tym popracować. Prawdę mówiąc zdecydowanie ciekawiej spędzałyśmy czas jak byłam czynna zawodowo i widywałyśmy się po kilka godzin dziennie. Teraz nie rozstajemy się dłużej jak na posiedzenie w kiblu. Matce brak zapału i tej chęci zrobienia czegoś wyjątkowego. Razem robimy niemal wszystko, śniadanie, zakupy, pranie, odkurzamy, spacerujemy, bujamy się na huśtawkach. Ale od 2,5 miesiąca z akcesoriów plastycznych Córa ma li tylko kredki, stempelki i farby akwarelowe, które rzadko wyjmuję. Skarciłam się w myślach, troszkę zbiczowałam i obiecałam poprawę. 

     Wczoraj, jak tylko wstałyśmy, obiecałam Córze ciekawy dzień, powiedziałam, że jest super dziewczyną, lubię się z nią bawić i do wieczora będziemy robić same fajne rzeczy. Wyruszyłyśmy na zakupy i zaopatrzyłyśmy się jak na ciężką zimę: farby plakatowe, paleta do farb, pędzle różniste, farby do malowania palcami, kolorowe kartki, plastelina, nożyczki do wycinania wzorków, fartuszek, brokatowe kleje i inne cuda. Swoją drogą, takie artykuły w UK dostępne są na każdym kroku i w śmiesznych cenach. Raj dla dusz artystycznych.

Córa chciała wypróbować wszystko od razu. Wczoraj więc już namalowałyśmy duży obraz palcami, zrobiłyśmy błyszczącą królewnę (albo księżniczkę) z brokatu, różności z plasteliny, a na koniec, jak KO wrócił z pracy, wszyscy wycinaliśmy i wyklejaliśmy obrazki wyczarowane wzorkowymi nożyczkami.

     Lubię kiedy robimy coś wspólnie. Nie posiadamy telewizora i bardzo mnie to cieszy, zawsze zazdrościłam tym, co mówili, że nie mają, bo jednak jak już jest takie ustrojstwo, to pożera czas, a pozbycie się go, czy niewłączenie przez cały wieczór, wymaga nie lada poświęcenia. To jak z kontem na FB, człowiek nie ma, jest totalnie wolny, jak założy, przepada z kretesem. 

 

 

wtorek, 13 sierpnia 2013

     Córa pomaga. Rwie się do wszystkiego. Zawsze chętna, pod warunkiem, że nie chodzi o sprzątanie rozrzuconych zabawek. Chociaż ostatnio zaczęła je czasem odgarniać w jeden kąt pokoju, bo zauważyła, że jak "posprząta", ma więcej miejsca do tańca.

Jak pomoc trzylatka wygląda każdy wie, albo może sobie wyobrazić. Kiedy chcemy zrobić coś szybko, ona już tam jest. Oczywiście nadal piszę o pracach domowych... A na wypadek gdybyśmy próbowali twierdzić, że poradzimy sobie sami, sypie teksty, których nie sposób zlekceważyć.

- Jestem szczęśliwa, że mogę pomagać tacie.

- Tatusiu, jestem grzeczną księżniczką i mogę Ci pomóc.

- Zrobimy Ciebie z mamą takie pyyyszne kanapki do pracy i będziesz sobie zajadał - jeszcze mnie wrabia! 

Albo dziś, włączam jej bajkę, bo KO zabierał się za robienie śniadania, a ja musiałam zająć się mięsem na obiad. Córa jednak wyczaiła, że coś się święci.

- Idę pomóc tacie. 

- Ale bajkę miałaś oglądać.

- No, jak skończę, to obejrzę. 

Nawet bajki przegrywają z pracami domowymi.

Tagi: pomoc
14:47, kropka306 , Inne
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2