Kto rządzi w naszym cyrku?
czwartek, 26 września 2013

     Ona będzie lunatyczką. Po mamusi, nie ma co! Ostatnio gada przez sen. Nieraz już jej się zdarzało, ale to było zazwyczaj w języku naszych pra pra przodków. Teraz wyraźnie, całkiem regularnie i od rzeczy. To się tak niewinnie zaczyna. Ja też najpierw gadałam, potem zaczęłam wstawać, szwędać się po mieszkaniu, stać z głową przy otwartym zamrażalniku (bo chciałam sobie herbatę zrobić), oglądać wyłączony telewizor, chować kapcie do plecaka szkolnego, kazać bratu streszczać książkę i bić siostrę z którą dzieliłam łóżko (bo chciałam coś napisać).  Ponoć lunatykowanie dotyczy przeważnie wieku dziecięcego. Faktycznie przeszło mi zanim poszłam na studia. Całe szczęście, bo gdybym się tak błąkała nieprzytomna po akademiku...nie powiem, żeby się nie zdarzało, ale bynajmniej nie miało to związku z somnambulizmem (ha! jakie słowa znam?!).

Wracając do Córy, nie łazi jeszcze, ale wygaduje głupoty siedząc na łóżku z względnie otwartymi oczami i ewidentnie śpi, bo nie sposób się z nią dogadać. 

Noc 1: 

- YyyyyeeeeyYYYyyy...

Do pokoju wpada matka, która jak zwykle przebudza się dopiero pod koniec trasy sypialnia własna-sypialnia dziecka.

- Maaaamaaaaaa!!! YyyyyeeEEEEeeee!!

- Co się stało? Boli Cię coś? Spadłaś z łóżka, walnęłaś głową w ścianę?

- Jaaabłuuuszkooo! Ja chcę jabłuszko!

- Szalona jesteś? W środku nocy?

- Jabłuszko mi daaaaj!!!

Noc 2:

Początek jak wyżej.

- Ja chcęęęę...yyy...chcęęęę....yyyeee, bo ja chcęęęęę. Lustereczko!

- ?!

- Lustereczko chcę!

- A po co Ci lusterko po ciemku? Dobrze wyglądasz, śpij.

Noc 3:

Jak wyżej, tylko głośniej. Wyciągam z pościeli, przytulam, bujam, śpiewam, nic. Bujam więc bardziej i nie śpiewam, bo szkoda prądu. Powoli się wycisza, odkładam do łóżka, wyskakuje jek oparzona.

- Nieeee, ale ja tu nie mogę!

- A to dlaczego?

- Bo, bo, bo zasiusiaaaałaaaam.

Ufff, a ja rozważałam rezygnację z pieluch na noc. W tym przypadku nie lunatykowała, po prostu zapomniała, że śpi w pamperze, ale trudno było jej wytłumaczyć, że łóżko jest jednak suche.

Noc 4:

Tutaj już bez siadania i dźwięków współtowarzyszących, sam okrzyk.

- Na pociąg!

     W tym świetle powiedzenie, spać jak dziecko, nabiera nowego znaczenia. Ja chyba jednak wolę jak dorosła, paść trupem w poduszkę i wstać dopiero z pierwszym pianiem...Córy. A zabawnych anegdot dostarczam otoczeniu wystarczająco dużo na jawie. 

niedziela, 22 września 2013

     Pisałam już kilka notek o tym, co dziś czytamy dzieciom, czym karmione są przez napędzany telewizją świat biznesu? W sumie poza motywem złej macochy (pisałam tutaj), dziwi mnie jeszcze moda na Monster High (tutaj). Reszty się nie czepiam. Mamy jednak taką książkę, zbiór kilku bajek, a wśród nich "Alicja w krainie czarów". Nigdy nie przepadałam za tą historią, nigdy szczególnie się jej nie przyglądałam. Autor teoretycznie w ramach morału, pisze o dziecięcej wyobraźni. Moim zdaniem jednak, to wygląda jak dobra jazda na spidzie. Okazuje się, że to nie tylko moja jednostkowa opinia. W naszej książeczce, obok tekstu o jedzeniu grzybka halucynogennego, załączona jest między innymi taka ilustracja:

Może pan Gąsienica nie wciąga ścieżki, przekaz ilustratora zrozumie tylko dorosły, ale przyznam, że pomysły niektórych powalają. 

Tagi: bajki
01:01, kropka306 , Inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 września 2013

     Krząta się Król Ojciec, miota pod drzwiami wyjściowymi, nagle wymsknęło mu się:

- Fak!

- Tatooo, a dlaczego ty robisz "fak"?

KM rzuca spode łba złowieszcze spojrzenie na swego wybranka i czeka, jak też się dziecku wytłumaczy?

- Kwak zrobiłem, tak jak kaczka, kwak, kwak!

- Aaaa, kaczka, fak, fak!

Super, a jutro przychodzi ta kobieta od akcji z czytaniem i będzie sprawdzać, czy nauczyłyśmy się piosenki, w której mama kaczka woła swoje dzieci...charakterystycznym dla siebie odgłosem.

Tagi: kaczka
22:55, kropka306 , Dom wariatów
Link Komentarze (7) »

     Królowa Matka idzie z duchem czasu. Pruje jak burza! Mamokracja jest już i na Facebooku. Po prawej stronie, na bocznej szpalcie bloga, pojawiła się adekwatna ikonka... Taaaa, pojawiła się... Tak jak mężczyznom "rodzi się dziecko". Samo...

Umęczyłam się trochę, szczególnie przy kombinowaniu z rozmiarami, odstępami i innymi kosmetycznymi bzdetami. A do ideału jeszcze daleko, bo ja słabo kosmetycznie stoję. Zresztą wybiła w końcu 1:30 w nocy i wypadało się położyć. Kiedyś może do tego wrócę. Albo nie będzie mi się chciało, tak jak z szablonem, który wybrałam ot, z biegu, a potem się przyzwyczaiłam i został się przez zasiedzenie. Wkurza mnie jeszcze pod wieloma względami, prędzej, czy później się z nim pożegnam, ale póki co, leży na półce, "przyjdzie czas, będzie pora". 

Ach! No i wywaliłam tę obrzydliwą chmurkę z tagami. Diabelstwo nie chciało słuchać, kiedy klikałam, wyświetl liczbę tagów 15, czy jakąkolwiek inną liczbę, wrzucało wszystko robiąc śmietnik, aż miło. A KM, to przecież taka porządna kobieta..

 

 

Tagi: Facebook
12:00, kropka306 , Inne
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 września 2013

Zalegliśmy we 3 w łóżku, Córa kładzie się na KO i krzyczy:

- Mamo, połóż się na mnie, robimy kanapkę! 

Potem wskazując na materac:

- To jest chlebek, tata jest masło, ja serek, a ty pomidor.

***

Wygłupiamy się, turlamy po podłodze. Córa kładzie się gotowa do kolejnego przeturlania:

- Mamo, kop mnie! No, nogą!

***

A z ostatniej chwili:

KM: - Córa, a gdzie masz serduszko?

C: - Ty jesteś moje serduszko!

Trzy lata matczynego cukrowania przyniosło efekt ;)

***

- Mamo, mogę wykąpać tatę?

- ?!

czwartek, 12 września 2013

     Jak już kiedyś wspomniałam, zaglądamy czasem do pobliskiego Children Centre na zajęcia w playgrupach. Któregoś razu usłyszałam, że organizują tam również czytanie bajek w ramach promowania języka wśród najmłodszych. Zapytano mnie, czy chciałabym zapisać Córę na coś takiego? No pewnie, czemu nie? W pierwszej chwili pomyślałam, że to też coś na zasadzie spotkania w grupie. Kiedy jednak zadzwoniła do mnie w ubiegłym tygodniu kobieta, okazało się, że to ona przyjedzie do nas. No ok. Nadal jednak nie miałam pojęcia jak to będzie wyglądać? Promowanie angielskiego, czytanie, tyle mówili. 

Okazuje się, że to sesja 4 spotkań, przez 4 kolejne tygodnie. Dzisiejsza wizyta wyglądała tak: przyjechała miła, młoda kobieta, kazała mi odpalić płytę, zdziwiona, że nie mam telewizora, a do laptopa podłączam dziwne pudełko, żeby tam dopiero tę płytę wsadzić. Obejrzałyśmy filmik o tym, że dzieciom trzeba czytać, bo to rozwija, bo dobrze wpływa na wyobraźnię, bo wzmacnia więź dziecko-rodzic, trzeba też śpiewać, nawet jak się nie umie, a przy czytaniu rozmawiać na temat obrazków, uczuć itd, itp... Generalnie nic odkrywczego. Dostałyśmy więc tę fantastyczną płytę, żebym mogła ją sobie oglądać i oglądać za każdym razem, kiedy tylko zapragnę. Do tego kartkę z 2 piosenkami (takimi, gdzie konieczny jest układ choreograficzny w stylu machanie rączką, kręcenie paluszkiem, mruganie oczkiem) i pracę domową, nauczyć się ich na następny tydzień. Ponieważ wszystko trwało ok. 10 min, kolejnych 10 pogadałyśmy jeszcze o pierdołach w stylu "jak wam się tu podoba?" i tyle.

     Śmiać mi się chciało, bo pojęcia nie mam czemu takie spotkanie miało służyć?Czytam Córze od zarania dziejów, śpiewam odkąd wyszłyśmy z oddziału położniczego (tam jeszcze czułam się dziwnie nawet gadając na głos do noworodka, tak przy świadkach). Chodzimy do tutejszej biblioteki, więc co rusz przerabiamy nowe angielskie "lektury". Znamy coraz więcej przedszkolnych przyśpiewek, Córa sama już zarzuca niektóre kawałki. A co do rozmów na temat obrazków... Fakt, czasami już nie wyrabiam, bywa, że nie mogę zdania przeczytać, bo zalewają mnie lawiny pytań, a każda odpowiedź rodzi kolejne. Ostatnio natomiast, podczas Kopciuszka czytanego po raz 1324, Córa wierciła się, właziła mi na plecy, głowę, powiedziałam, że kładzie się i naciąga kołdrę na uszy, albo przestaję czytać. W momencie, kiedy znów mrówki ją oblazły, zamilkłam w pół zdania. Dokończyła je ze śmiechem. Co najlepsze, nie były to żadne bardzo charakterystyczne słowa, żadne rymowanki. Ja nie sądzę, żebym to wiedziała. Spodobało nam się i przerywałam tak jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem słyszałam ciąg dalszy... Nawet zwroty, które pojawiają się wyłącznie w tej opowieści, nikt nie używa ich na codzień. Śmiesznie brzmiały w ustach takiego brzdąca. Bajka ma 28 stron, na każdej 1-3 zdania (w zależności od długości). To samo z Jasiem i Magłosią, Piękną i Bestią, więcej książek nie sprawdziłam. 

     A w jednej z tych piosenek, których mamy się nauczyć, pojawia się kwakanie kaczki, Córa pięknie robiła "qua, qua, qua", mówię:

- Och, moja kaczuszka!

- Nie jestem kaczuszka! Jestem Teletubiś!

Nie nadążam, wczoraj była Peppą.

sobota, 07 września 2013

     Ta od Kopciuszka kazała mu tyrać od świtu do nocy, zrobiła z niego popychadło. Ta od Śnieżki, kazała wyrwać jej serce, ta od Jasia i Małgosi, wymyśliła, że porzuci dzieci w lesie. Czy jest choćby jedna bajka, w której kolejna żona ojca jest postacią pozytywną? Czemu ma to służyć? Na moje oko, tylko straszy dzieci. A w życiu bywa różnie. Czytamy te różne historie, a Córa zadaje coraz więcej pytań. Co mam powiedzieć, kiedy słyszę, "a dlaczego ta macocha jest taka zła?". 

Już nawet samo słowo ma wydźwięk, podobny, co konkubina. Zwyczajna funkcja, a nazwa po byku. Ja rozumiem, że dzieci mogą mieć obawy, kiedy w ich życie wkracza nowa osoba. Ale te baśnie pisali dorośli. Coraz bardziej żal mi macoch. Tych dobrych, które na starcie podejrzewane są o podtruwanie, wykorzystywanie i czekanie na chwilę nieuwagi, by podstawić nogę. 

00:35, kropka306 , Inne
Link Komentarze (9) »
środa, 04 września 2013

     Co zawsze mi w Polsce przeszkadzało, to formy grzecznościowe. Niby fajnie, miło jak się do kogoś, czy ktoś do nas zwraca na Pan/Pani, bo to wyraz szacunku itd. Nie wyobrażamy sobie jak można by do kobiety w urzędzie, czy staruszki w markecie zwrocić się na "ty"? Tak zostało nam to wpojone. W języku polskim wyrażamy się w drugiej osobie wyłącznie do znajomych lub dzieci. Inaczej nie wypada, nie przystoi, nie przejdzie przez gardło. W wielu firmach, szczególnie tych dużych, wśród pracowników, zaczyna się już od tego odchodzić. Pamiętam jak w pierwszej mojej pracy, jeszcze na ostatnim roku studiów, dziwnie było się przełamać i walić na "ty" do współpracowników po 40, czy nawet 50. Zawsze miałam problem z tym, w jakim wieku osobom mówić "dzień dobry", a w jakim "cześć"? Może fakt, że mam sporo starszego brata, zaburzył moją jasność oceny tego, kto jest już dorosły? Kiedy dzieciaki z sąsiedztwa zaczęły do mnie mówić "dzień dobry", dziwnie to brzmiało. Nie czułam się jeszcze na tyle poważnie. 

Ostatnia moja firma, mieściła się w kilkupiętrowym biurowcu. W zasadzie wszystkie firmy w tym budynku, zatrudniały młodych ludzi, niedługo po studiach. Początkowo zauważyłam, że jak do windy wsiadał ktoś z innego piętra, mówił do obecnych "dzień dobry". Jak mnie to irytowało! Wszyscy byliśmy w jednym wieku, pracowaliśmy w podobnych branżach, w jednym biurowcu. Kiedy sama wsiadałam do zaludnionej już windy, zastanawiałam się czy powiedzieć "dzień dobry", czego nie potrafiłam wykrztusić wbrew sobie, czy "cześć" i może kogoś tym obrazić? Wahając się między jednym, a drugim, w rezultacie nie mówiłam nic, wychodząc na buraka. Wolałam wejść z niemym uśmiechem, niż sztywnym "dzień dobry". Ale z czasem mój sposób chyba się przyjął, bo nikt już nic nie mówił. 

     Kiedy wylądowałyśmy z Córą w Anglii, przy kontroli paszportów na lotnisku, ciężko się zastanawiałam, czy podchodząc do okienka powiedzieć "good afternoon", czy po prostu "hello"? Dziś wiem, że tu mogę odetchnąć z ulgą. Nie muszę oceniać cudzego wieku (a weź tu oceń, widząc dziewczynkę w zaawansowanej ciąży) zanim się odezwę. Dzięki temu konwersacje są prostsze, kontakt z drugim człowiekiem lepszy i szybszy do złapania. 

Tutaj bardzo często obcy człowiek zagaduje na przystanku, czy nawet przechodzień na ulicy rzuci coś w twoją stronę (i nie jest to pusta butelka, ani "spieprzaj dziadu"). Nie wiem, czy ta otwartość spowodowała uproszczenie form osobowych, czy na odwrót, ale na pewno jedno i drugie oceniam na plus. Do tego ludzie dużo się tu uśmiechają. Kiedy w Polsce obcy facet uśmiecha się do mnie i mówi "cześć", od razu myślę, że mnie podrywa, albo coś chce, na jedno wychodzi. W Anglii, to jest norma, bez względu na płeć, wiek, mijając się na ulicy, uśmiech i przelotne "hello/hi", jest czymś zwyczajnym.

     Polacy Paniują sobie i Panują, ale co z tego, skoro myślą swoje? Lepiej się czuję, kiedy ktoś mówi mi na "ty", ale z życzliwym uśmiechem.