Kto rządzi w naszym cyrku?
środa, 31 października 2012

     Od jakiegoś czasu, niestety trwa to już któryś miesiąc, Córa jest na etapie “to móje”. Kiedyś pięknie bawiła się z innymi dziećmi, w piaskownicy wyrywała komuś łopatkę i wciskała swoją, zawsze dbając o sprawiedliwość. A teraz...nie wiem, czy usłyszała w żłobku, czy po prostu za często dzieciaki odbierały jej zabawki i w końcu zaczęła walczyć o swoje? Tak czy siak, choć bywa to wielce irytujące, Córa stała się lekko aspołeczna. Owszem, nadal ciągnie ją do dzieciaków, nadal zaczepia ludzi na ulicy, zagaduje panie w sklepie, przytula się do przystojnych sąsiadów. Bywa jednak bardzo ostrożna i trudno jej bawić się z kimś przy użyciu jakiegokolwiek przedmiotu materialnego. Co więcej, sprawa przestaje dotyczyć wyłącznie zabawek, a przenosi się na ogólną potrzebę posiadania jakiejś własności, nawet jeśli ów własność jest cudza, drobny szczegół.

      Na zakupach w markecie, siedzi w koszyku i ciągle słyszę, to jest moje, to moje... Tylko na widok płynu do higieny intymnej potrafi radośnie wykrzyknąć, to mamy! Ostatnio byłyśmy u lekarza, czekamy na korytarzu, powiesiłam jej kurtkę na wieszaku. Przyszedł w pewnym momencie starszy pan, zdjął płaszcz, podchodzi do wieszaka, wyciąga rękę, a Młoda krzyczy, to moje, moooje!. Ciekawie musiałby facet wyglądać w różowej kurteczce rozmiar 86...

wtorek, 30 października 2012

     Wczoraj po powrocie z pracy powiedziałam, że zjemy coś i pójdziemy trochę na spacer. Ciemność już ogarnęła wszystko na zewnątrz, ale choć trochę powietrza by się przydało. Córa raczej była „za”. Po posiłku więc mówię, że idę się przebrać, wybiega za mną z pokoju i krzyczy hejże! Wracaj! Nowy tekst...słyszę za każdym razem kiedy wychodzę z pomieszczenia, w którym jesteśmy razem. Stwierdziła, że ona nie idzie na spacer, bo jest śpiąca. Ok, to kładź się do łóżka. Nie! Poszłam się przebrać, naszykować jej ciuchy. Znów próbuję jej przypomnieć, że chciała się przejść. Nie! Do tego wszystkiego pielucha zlana tak, że rozciągnęła się prawie do kolan, ale ona się nie przebierze i koniec...

Ponawiam próby kilkakrotnie, mam ochotę po prostu, bez proszenia się przebrać ją i wyprowadzić na dwór. Ale nie chce mi się słuchać krzyków, nic na siłę. Do tego bezczelnie macha mi mówiąc, to papa mama, idź. Ponieważ poza spacerem chciałam wejść do sklepu, złożyłam broń, nie to nie dziecko, zostajesz z tatą w domu, ja idę sama. Zakładam buty. No to ona też już ze mną idzie, wyciąga swoje kozaki... Hola, a pielucha, spodnie jakieś? Dobra, zdejmuję buty, kolejna zmiana planów, idę ją przebrać. Znowu słyszę moje ulubione, nie! I zmora ucieka z uśmiechem. Mnie, jak się można domyślić, trafia w tym momencie szlag. Znowu zakładam buty, tym razem już nie będzie odwrotu. Zapinam płaszcz. Co Córa na to? Idzie ze mną... O nie panna. Tym razem to ja mówię, nie! Ha! I co teraz? Tłumaczę oczywiście sytuację, przypominam, że zostaje w domu na własne życzenie, zorzumiała, ze łzami w oczach przytaknęła, pożegnała się ze mną, ale jak tylko zamknęłam drzwi rzuciła się na nie z takim rykiem, jak chyba nigdy. Nie mogłam jednak już wrócić. Okrutna jestem. Ciekawe jak dziś będziemy wychodzić z domu...

     Dziewczyna nam rośnie na schwał! Wczoraj jednocześnie piekła z mamą ciasto i wymieniała z tatą karnisz. A jaka dumna z siebie była! Do tego większych strat nie odnotowano, więc naprawdę jestem pod wrażeniem. Był jeden moment, kiedy zobaczyła tatę wiercącego dziurę w suficie i przerażenie pojawiło się w oczach, tata wyłączył wiertarkę, a ta zaczęła klaskać i krzyczeć brawo, co by twarz zachować.

Poważnieje. Coraz rzadziej czekam ze zrobieniem czegoś jak uśnie. No, chyba, że z jedzeniem lodów. Na wakacjach jak tylko padała, biegliśmy na lody. Z drugiej strony, raczej zadziwiająco grzecznie trzyma się zasady niejedzenia alergenów. Ostatnio patrzy jak tata robi kanapki i sama ze sobą prowadzi dialog

- Tata ma serek. K. masz serek. Nie, nie chcę.

Jak chciałam jej dać kawałek pomidora na próbę, czy może już jej przeszło, uciekła krzycząc nieeeeee.  Przemyciłam w zupie, dostała wysypki...jednak czasem jajo bywa mądrzejsze od kury.

09:04, kropka306
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2012

     Pierwszy opad tego sezonu. W ubiegły weekend mój termometr balkonowy pokazywał 30 stopni... tydzień później przyatakował nas śnieg. Mega wow dla dwulatka. W sobotę, kiedy sypało Córa spędziła duużo czasu przy oknie. Już miałam się zacząć cieszyć faktem, że dała mi wolne, ale hola, hola, mamaaaa, siadaj tu, no i musiałam wisieć z łokciami na parapecie. Pod łokciami kocyk, a my nos na szybie. Najwięksi szpiedzy z bloku mieli godną konkurencję.

Takie dziecko ma fajnie, dla niego pierwszy śnieg to radocha, wcale nie musi myślec o tym, czy wszyscy domownicy mają ciepłe rękawiczki, buty, a auto wymienione opony? U nas z tej listy jedynie rękawiczki mogłam odptaszkować. Śnieg potrafi zaskoczyć nie tylko drogowców. No dobra, niby mówili, że idzie zima, ale różne rzeczy już w telewizorni obiecywali. W niedzielę boom na obuwnicze. Szczególne oblężenie działu dziecięcego. Czyli wiele osób nie potraktowało ostrzeżeń poważnie. Cóż się dziwić, w piątek jeszcze grzaliśmy się na słonku, może nie na plażowych leżakach, ale zawsze.

Po zakupie kozaków mogliśmy pójść na spacer. 2 lata temu Córa zimowe spacery przejeździła w wózku na wznak, gapiąc się w niebo, w ubiegłym roku w tych rzadkich chwilach, kiedy nie była chora, przejeździła w wózku na siedząco opatulona kocami, śnieg jej jakoś nie fascynował, szczególnie bieganie po nim, bo w całym zimowym osprzęcie w postaci kombinezonu, kozaków, szalika, czapy, rękawic, dziecko, które chodzi od niedawna i nie cierpi się przewracać, nie poszaleje. W tym roku już sprawa wygląda zupełnie inaczej, owszem, póki co nie przewiduję, żeby Córa chciała trzepać orzełki na glebie, ale zdecydowanie krajobraz jej pasuje. Sama maszeruje do parku, obejdzie się więc bez przenoszeniem wózka nad zaspami. Moje dziecię nawet nie myśli już o zdejmowaniu rękawiczek. W zeszłym roku przeważnie jeździła w moich, wyglądając jak kosmita z długimi paluchami wystającymi z rękawów, ale to jej się podobało i nie zrzucała ich tak szybko. Teraz już w sierpniu biegała po mieszkaniu w rękawiczkach.

     Wczorajszy spacer wywołał więc błyski w oczach. Co prawda do momentu, kiedy zaliczyła kulkę w twarz. Pierwsze koty za płoty, wypadki chodzą po ludziach. Rok temu wzięłam ją raz na sanki...siedziała taka opatulona, ruszyć się nie mogła, poza kombinezonem, wpakowana była w gruby śpiwór, ręcę rozłożone na boki, chyba nawet w łokciach się nie zginały. Jak na nią popatrzyłam, stwierdziłam, że miało być fajnie, a ona nie wygląda jakby się cieszyła, ba! Ona w ogóle nie wygląda... Pomyślałam, że zaszalejemy, ruszyłam biegiem, skręciłam i ciach, sanki na bok, dziecko w śniegu, rozległ się ryk. Znów nie było fajnie, ale próbowałam.

     Mam nadzieję, że tej zimy nie będziemy tak chorować i zrobimy prawdziwego bałwana, nie tylko z siebie.

piątek, 26 października 2012

     Latem było pięknie, tak jak dziecko stało, tylko buty na nogi i sio. Albo 2 lata temu, kiedy wbijałam w kombinezon i brałam pod pachę. A teraz... Zbliżająca się zima plus słynny bunt dwulatka i naprawdę idzie się pociąć.

- Chodź się przebrać pójdziemy na spacer.

- Nie! - i bez mrugnięcia okiem kontynuuje walenie w cymbałki.

- Myszko, chcesz iść na spacer?

- Nie!

- Zobacz jakie jest piękne słonko, a zaraz będzie ciemno, chodź.

- Nie! - widząc, zbliżającą się matkę, w te pędy ucieka do drugiego pokoju i ze śmiechem chowa się po kątach.

....

Po 15 minutach takich jak wyżej:

- To ja idę, mnie szkoda takiej ładnej pogody na siedzenie w domu.

- Pa pa mama.

- @#$%&*%$ - w myślach - Zostaniesz sama w domu?

- Tak.

- To w takim razie pa - zakładam buty, biorę klucze, otwieram drzwi - a w międzyczasie możesz wstawić ziemniaki.

- Kikaj (czyt. czekaj)

Chyba te ziemniaki ją przekonały, biegnie do swojego pokoju, zaczyna się przebierać. Niestety okazuje się, że matka przygotowała niefajne rajty, bunt. W ogóle coś niefajne ciuchy ta matka wyjęła, ona znajdzie lepsze...zaczyna się grzebanie po szafie... Jakoś w końcu daje się przekonać, że pod kurtką i tak nie będzie widać  czy bluzka jest z misiem, czy ze słoniem.

Potem oczywiście kurtka nie pasuje, chce tą, której absolutnie nie chciała wczoraj...

No, ubrane po uszy, obute, wychodzimy...nie! Nie wychodzimy, torebka! I bynajmniej nie moja, dama bez torebki nigdzie nie idzie, a przy drzwiach tak po prostu nie może sobie ów torebka wisieć. Matka więc musi zdjąć buty i przeczesać mieszkanie w poszukiwaniu torebeczki wielkości dłoni dwulatka. Oczywiście nie musi tego robić, ale ręce i cycki już jej dawno opadły, więcej członków do opadania nie stwierdzono.

Po min. 30 minutach od rozpoczęcia procesu wychodzenia już nas nie ma.

czwartek, 25 października 2012

     Trzygłowy smok może by dał radę. Ja czasami nie ogarniam. Nigdy nie byłam mistrzynią zorganizowania, ale teraz przy dziecku coraz częściej nie wiem gdzie zostawiłam głowę? Pomijając już fakt zapominania o garnkach na gazie, notorycznie „gubię” np. telefon. Nie ma on jednego stałego miejsca tak w domu, jak i kiedy z niego wychodzę. Odkładam go tam, gdzie akurat mi pasuje, bo już Córa coś chce, woła, coś muszę szybko zrobić.  A potem akcja poszukiwawcza. Ba! Kiedy Córa była mniejsza zdarzało się, że jej nerwy na spacerach uspokajałam puszczając muzykę z telefonu, potrafiłam szukać go gorączkowo po kieszeniach, podczas, gdy grał sobie w najlepsze leżąc w budzie wózka... Raz wsadzę go do kieszeni spodni, raz  kurtki, wózka, na budzie, albo w torbie (tu do wyboru 3 kolejne kieszenie). Wielokrotnie już byłam przekonana, że go zgubiłam. Piszę w takiej sytuacji z netu do męża, zadzwoń do mnie, jak nie odbiorę, znaczy, że tym razem telefon naprawdę zaginął, a jakby ktoś odebrał, powiedz, żeby oddał.  Podobnie bywa z portfelem, tego co prawda staram się trzymać w jakimś oczywistym miejscu, ale tu utrudnienie jest takie, że w razie czego nie można do niego zadzwonić.

     Przedwczoraj byłyśmy z Córą u lekarza i wróciłyśmy do domu bez recept, które miałam w łapie jeszcze wychodząc z gabinetu. Chyba kładłam je na stoliczku w kąciku z zabawkami. Musiałam od niego odciągać artystkę, która za nic nie zamierzała wracać do domu skoro w końcu z niego wyszła. Na szczęście wszystkie leki z recepty jeszcze mamy, zazwyczaj jedziemy na tym samym, ale wczoraj dzwonili z recepcji, że zguba leży i czeka. To już drugi taki telefon, kiedyś po szczepieniu zostawiłam na korytarzu przychodni książeczkę zdrowia.

Zdarzyło mi się też ostatnio postawić na nogi pół żłobka, bo zgubiłam kluczyki od auta. Córa „zamykała” samochód i niosła sobie te kluczyki, przebrałam ją, zaprowadziłam do sali i nagle, gdzie są kluczyki? (swoją drogą zastanawia mnie zawsze dlaczego na 1 klucz mówi się w liczbie mnogiej?). Przetrząsnęłam, z jeszcze jedną mamą, cały korytarz, torebkę, kieszenie i nic, wpadłam do sali, znalazłam swoje dziecko i pytam czy wie gdzie są kluczyki? Ta patrzy na mnie jak na debila, rozkłada ręce, ni ma, to się dowiedzialam... Kolejny raz przegrzebałam torbę. O! Kluczyki. Musiałam odruchowo zabrać Córce, żeby nie zgubiła... To się często zdarza, że chowam coś, żeby nie zginęło...szkoda tylko, że sama potem nie pamiętam gdzie?

Teraz już nie mogę zgonić na hormony. Może na nadmiar obowiązków? Muszę mieć oczy dookoła głowy. Jestem w stanie jednocześnie gotować, wieszać pranie, rozmawiać przez telefon i układać wieżę z klocków, a kto by tam dbał o szczegóły?

 

 

środa, 24 października 2012

     Takie pytanie naszło mnie dziś rano. Poza myciem przydałoby się wyrzucić te wszystkie chusteczki poupychane w kieszeniach drzwi i wszelkie inne śmieciuchy z podłogi.

     U nas jest taka niepisana zasada, z której oczywiście nie jestem zachwycona, że ja pilnuję porządku w domu, mąż (zwany również Tatusiem) poza nim, a Córa najchętniej w żłobku, jakie ona pochwały zbiera! Nie wiem, czy puchnąć z dumy jak mi ciocie pieją, że ona tak wspaniale im pomaga, nawet nieproszona, czy może zacząć zapraszać je do domu? Owszem, ze ścierką i mopem biega chętnie, ale pozbierać zabawki do pudeł to jakoś zazwyczaj nie po drodze. Ja więc w domu ich ganiam i sama staram się mniej więcej (choć często wychodzi mniej niż więcej) ogarnąć całość tematu. Inaczej sytuacja się ma poza domem. W pracy porządek na biurku mam tylko wtedy, kiedy naprawdę się nudzę, albo jestem na urlopie. Kiedy pracuję nikt niczego tam nie znajdzie, poza mną, bo nieład jest oczywiście absolutnie zorganizowany. Na wakacjach, czy innych wyjazdach, nie zwracam uwagi na jakikolwiek porządek. W końcu wyjeżdżam odpoczywać, a nie układać codziennie ciuchy i ścielić łóżko. Podobnie rzecz się ma z autem. Długi czas byłam tylko wiceużytkownikiem samochodu. Sprzątał więc ten główny. Nawet lepiej mu to wychodziło niż w domu, ale fanfarów nie będzie, powierzchnia zdecydowanie mniejsza, podobnie jak wymagana częstotliwość wykonywania czynności. Odkąd Córa chodzi do żłobka obok mojej pracy, wożę ją w obie strony ja. Poza tym główny użytkownik przerzucił się na rower. Tak, tak, będzie nim jeździł nawet całą zimę, obiecywał to, kiedy negocjował ze mną kwestię ceny tego ustrojstwa (bynajmniej nie wyrażam się tak o rowerach w ogóle, tylko o tym konkretnym cudzie techniki, który dziwne, że nie lata i nie ma autopilota za takie pieniądze).   

     Tym sposobem awansowałam na głównego użytkownika samochodu, matkę zmotoryzowaną. Matka zmotoryzowana musi więc prędzej, czy później umyć auto, albo sprytnie zorganizować sobie jakiegoś młodego, wysportowanego, gorącego specjalistę od tych spraw (w sensie od czystego auta). Ogłoszę casting. Może mąż pomyśli, że o nim mowa i się zgłosi?

Albo po prostu kupię mu 2 piwa. Będzie w takim szoku, że nie tylko samochód wypucuje...

 

wtorek, 23 października 2012

     Kiedyś na moich mądrych studiach, jeden z mądrych wykładowców powiedział coś mądrego: inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi.

Chyba jestem cholernie inteligentna, nie pamiętam co to nuda? Ostatnio zdarzało mi się z nią spotkać w ciąży, kiedy siedziałam na L4, ale wiadomo, hormony ciężarnej ogłupiają. Na półmetku tego błogosławionego stanu odkrywałam dziwne dziury w mózgu... Zapominałam podstawowych słów. Nie wiedziałam jak nazwać rogówkę, myliłam pralkę z lodówką, a określenie „próg zwalniający”, to już w ogóle szczyt. Para szła z uszu, zwoje pracowały jak szalone, a tu nic, pomroczność jasna. Bałam się, że w 9 miesiącu będę musiała zawiesić sobie na szyi karteczkę z nazwiskiem, adresem i telefonem do męża.

Potem, jak karmiłam, też jeszcze burza hormonów i różne głupoty na moim koncie. W sumie, jak sobie teraz myślę, to coś musiało u mnie pójść nie tak... Miało się wszystko unormować, a mnie aktualnie, jak nigdy wcześniej, zdarza się zapomnieć np. że coś gotuję. Raz nasze mieszkanie uratowała kupa. Serio. Gotowałam fasolkę po bretońsku na 2 dni, zjedliśmy po jednej porcji, uznałam, że można ją jeszcze trochę pogotować, więc zostawiłam na  gazie. Po obiedzie ubraliśmy się  i całą rodzinką wyszliśmy na spacer. Hasaliśmy wesoło po parku, aż tu...kupa w gaciach. Nie moich rzecz jasna. Dziecko śmierdziało z daleka nawet na świeżym (choć już nie do końca) powietrzu. Złapaliśmy ją pod pachę niczym jakiś materiał skażony i pędem do domu. Na klatce schodowej siwo, smród spalenizny...ocho! Ktoś spalił obiad...nagle słyszę, a czy ty wyłączyłaś fasolkę? Gdybyśmy wrócili pół godziny później, mielibyśmy zapewne wystawione drzwi i strażaków biegających w buciorach po dopiero umytej podłodze. Na śmierć zapomniałam o tym, że nadal gotuję obiad. Od tamtej pory nie wyjdę z domu bez zerknięcia do kuchni.

Czasami czuję się zagrożona własną osobą.



     Tak to było z zegarem. Z moim dzieckiem też ostatnio jakoś podobnie. Wczoraj jeść nie chciała, do wieczora na samym śniadaniu, wszystko, nawet najlepsze przysmaki nie przechodzily przez gardło. W najlepszym wypadku przeżuła i wypluwała, raz nawet chciała wypluć do moich ust... Nie wiem, nie pytam co to za pomysł. Matka ptaszyca tak karmi swoje dzieci, ale żeby ludzkie dziecko tak karmiło matkę? To już jakaś dewiacja.

Poza tym, że nie jadła, zrezygnowała też z popołudniowej drzemki. Byłam przekonana, że o 18 już się pozagryzamy, bo ona będzie marudzić, broić, potykać się o własne nogi, a moje nerwy osiągną szczyt swoich możliwości. I co? O 18 Córa odpaliła sobie muzykę na swoich organkach, tańczyła, biegała, skakała, śpiewała. Normalnie poszła w kąpiel o 20 i to już bez pytania o zdanie, bo jej zdanie nadal zaczynało i kończyło się na „nie”.

Skąd to dziecko czerpie siły? Ja nie wiem, czy babcia ją kawą poiła, czy jakim napojem energetyzującym? Muszę rozwiązać zagadkę i stosować na sobie z rana, wczestnym wieczorem, no i po południu też nieraz taki power by się przydał.

poniedziałek, 22 października 2012

     Pisałam dziś maila do koleżanki, która niedawno urodziła, jak się okazało, mega alergika. Prosiła mnie o porady żywieniowe matki karmiącej skazowca. To już było tak dawno temu.... Naprawdę, tym bardziej, że momentami miałam wrażenie, że prędzej padnę z wycieńczenia niż doczekam dnia kiedy zjem pizzę, zapiję colą, a na deser wsunę białą czekoladę. Dziś odżyły wspomnienia, kiedy to wchodziłam do sklepu i płakać mi się chciało, bo nie myślałam już co bym zjadła, a co z tego mogę zjeść? Nagle asortyment w sklepie kurczył się do 5 produktów. Mało, że zamknięta w domu, z cyckiem w ciągłym pogotowiu, permanentnie niewyspana, to jeszcze niemal o chlebie i wodzie. Więzienie to raj. Ja nawet na spacerniak nie wychodziłam jak padało, albo wiatr urywał głowę. Do jedzenia marchewka z kurczakiem i jabłka... Poniedziałek, piątek, srątek. Stopniowo próby na pojedynczych produktach, każda próba nieudana wiązała się z 2-tygodniową wysypką Córy, a co za tym idzie wstrzymaniem akcji rozszerzania diety. Pocieszenie jest takie, że mózg w końcu naprawdę się przestawia (oj tak, czasem nawet wbrew naszej woli, ale dziś nie o tym). Po licznych dołach, dołeczkach i kanionach, przestałam widzieć to, czego jeść nie mogłam. Do tego stopnia, że po wielu miesiącach od przestawienia dziecięcia na niesamowicie obrzydliwą mieszankę, w lodówce zgnił mi banan...Tatuś zostawił go dla mnie, a dla mnie banany nie istniały. Dopiero jak zrobił się czarny i mój mózg przestał go odbierać jako znajomy owoc, zauważyłam jego obecność. Owszem, nieraz miałam ochotę na czekoladę, lody, spaghetti, ale przyszedł moment, że było łatwiej.

Nigdy, przenigdy nie miałam na tyle silnej woli, żeby się odchudzać, stosować konsekwentną dietę. A były czasy, kiedy teoretycznie motywacji mi nie brakowało, sama w sobie byłam jedną wielką motywacją, patrzyłam w lustro i widziałam motywację, zapinałam spodnie i motywacja aż wylewała się górą. No i nic z tego nie wychodziło, batoniki, rożki z serem, I kolacja, II kolacja i obowiązkowo III kolacja. Myślałam, że ja po prostu nie potrafię odmówić sobie jedzenia. Jakże więc trudno musiało mi być na początku tej najdłuższej z moich diet? Ta dla dziecka jednak jest o tyle łatwiejsza, że odmawiamy sobie czegoś nie dla jakichś tam niewidzialnych kalorii, a dla realnej istotki, która jak zjemy coś co jej nie przypasuje będzie wyła nocami i rzucała się po łóżeczku jak opętana, będzie waliła 6 kup dziennie i trzeba ją będzie smarować 4 różnymi mazidłami 5 razy na dobę. Poza tym dajesz dobro, dobro do ciebie powraca, waga sprzed ciąży ukazuje się szybciej niż można by się było spodziewać.

 

 
1 , 2 , 3