Kto rządzi w naszym cyrku?
wtorek, 12 grudnia 2017

   

     Naszła mnie pewna refleksja. W moim domu, we mnie, zachodzi ogromna przemiana, kiedy pozbywam się dzieci. Jak to wygląda i czym może być spowodowane?

     Starsza Córa od września poszła do szkoły, Młodsza do przedszkola. Mamy połowę grudnia, a ja prawdę mówiąc nie miałam jeszcze zbyt wielu okazji, aby poczuć się samotna w pustych czterech ścianach. Moja euforia z pierwszego tygodnia września szybko odeszła w niepamięć. Infekcja Młodszej, zaraz potem kolejna, antybiotyk jeden, potem drugi, zapalenie krtani z interwencją pogotowia i zastrzykami w szpitalu, zapalenie płuc. To wszystko w przeciągu 3 miesięcy. Wczoraj Młodsza poszła do przedszkola po miesięcznej przerwie. Jakby tak policzyć, to chyba zaczyna 5 tydzień w placówce. W międzyczasie Starsza też przesiedziała 1,5 tyg. na chorobowym.

     Jak wygląda stan mieszkania podczas obecności któregoś z dzieci w domu i zaangażowanie Królowej Matki w jego poprawę?
Rano, po śniadaniu i odstawieniu zdrowej Córy do placówki, chore ogląda bajki, a Matka pijąc kawę na kanapie przymyka oko, raz na krócej, raz na dłużej*. Potem bawimy się w coś, gramy, aż przychodzi moment, w którym uznaję, że trzeba ogarnąć gary w kuchni, przepakować zmywarkę. Czasem uzbiera się już tyle brudnych, że mogę puścić kolejną turę. Poskładam jakieś pranie, jakieś wpakuję do pralki. Znowu pogramy coś z Córą, pomalujemy. Czytanie absolutnie odpada, bo Matka na pewnym etapie usypia. Serio, serio. Oczy mam niby otwarte, niby siedzę, a nagle w pewnym momencie dociera do mnie, że zaczynam wypowiadać słowa, które nie mają nic wspólnego z książką. Z tyłu głowy odpala się projekcja mózgu i gadam przez sen. Starsza już to wyłapuje i słyszę czasem "mamo, śpisz??".

Potem trzeba zorganizować jakiś obiad, z naciskiem na "trzeba", bo wymyślanie od tylu lat, 4-5 razy w tygodniu co ugotować, żeby wszyscy byli zadowoleni (!) tak mi działa na nerwy, że najchętniej codziennie zamawiałabym pizzę.
Zanim się obejrzymy trzeba odebrać to zdrowe dziecko i tak się moje "wolne" kończy. Kurz leży jak leżał, ale co mu będę bronić?

     Sprzątanie w obecności dziecka jest trochę jak to mycie zębów podczas jedzenia czekolady. Nie widzę większego sensu. Nawet jak wygonię z jednego pokoju, wytrę te kurze, umyje podłogę, to za 15 min. i tak tej podłogi nie widać spod sterty klocków, pluszaków, czy strojów do przebierania się. Porządku jak nie było, tak nie ma, a tylko moja irytacja wzrasta. Szkoda nerwów.

     Od wczoraj jestem po kilka godzin sama na gospodarstwie. Po 1,5 miesięcznej przerwie. I co ja paczę? Nie chce mi się spać! Ja już poważnie jakiejś choroby się u siebie doszukiwałam, bo do tego południa na rzęsach chodziłam, nieprzytomna. Kto do mnie zadzwonił, to pytał się czy właśnie spałam, czy piłam, taka energia ze mnie tryskała. Dopiero wieczorem byłam zdolna do działania, a już szczególnie po położeniu dzieci spać i odprawieniu rytualnego Tańca Radości. Kiedy wiem, że nie mam nic pilnego do zrobienia (w końcu brudne garnki nie uciekną, niestety), jestem bez życia. Teraz nagle sprzątam, piszę, realizuję swój projekt, a dziś nawet ciasto upiekłam na przedszkolną Wigilię. Potrafię się świetnie zorganizować kiedy mam coś do zrobienia, ale porządki domowe nie są bynajmniej koniecznością, szczególnie w obecności dwunożnych szkodników.

 

 

* Z czego oni do cholery te kawy teraz robią? Fakt, faktem, że śpi się po nich wyśmienicie.

11:14, kropka306 , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016



Jedziemy autem przez miasto.

Ja: W końcu musimy się wybrać do tego pałacu, tym razem jak będzie otwarty. Ja już kiedyś tam byłam, ale sama.

Starsza Córa: Sama???

Ja: No tak, zanim miałam męża i dzieci, dawno temu. Były kiedyś takie czasy.

SC: Acha. I Król i Królowa jeszcze tam mieszkali?

wtorek, 15 listopada 2016

     Podczas krótkiej wizyty w przedszkolu, celem odebrania siostry, Młodsza Córa doprowadziła do łez starszego chłopca. Próbował powiedzieć jej co ma robić, podniósł głos... Nie wiedział co czyni. MC spuściła głowę, jej rączki luźno opadły wzdłuż ciała, wydęła dolną wargę... Nie wiem, czy faktycznie analizowała sytuację, czy celowo próbowała uśpić czujność przeciwnika? Nagle podniosła głowę, czoło i brwi zmarszczone, zaciśnięte szczęki, tupnęła nogą, "NIE!", chłopiec już mniej pewny siebie odkrzyknął "tak", powtórzyli swoje stanowiska jeszcze dwukrotnie, ona coraz bardziej dosadnie, on coraz słabiej, aż w końcu wybuchnął płaczem "Mamo, ona na mnie krzyyyyczyyy". Kwintesencja charakterku mojego młodszego dziecka.

poniedziałek, 14 listopada 2016

    

      Po rocznej przerwie odkurzam bloga. Taki przynajmniej jest plan, a na ile się to uda, jak zwykle życie zweryfikuje.
Królowa Matka po powrocie do kraju szybko znalazła pracę, chyba nawet szybciej niż by chciała, bo musiała oddać swoje czołgające się niemowlę do żłobka. Z placówki jednak szybko zrezygnowała na rzecz opiekunki. Na temat opiekunek, tych faktycznie zatrudnionych, jak i potencjalnych, mogłoby powstać kilka odrębnych wpisów, komiczno-tragicznych, może kiedyś się pokuszę.
Przez pół roku Matka miała na głowie pracę, dom, dzieci, a Król Ojciec wizytował w domu tylko w weekendy. Czasu na pisanie było tyle, że nie zawsze nawet wystarczyło na napisanie listy zakupów. Teraz sytuacja uległa zmianie. Od niedawna Matka wróciła do bycia etatową Kurą domową, czyli jakby to powiedział KO, leżenia do góry brzuchem. Do tej pory Matka była zalatana, wiecznie w biegu, 24/h podpięta pod służbowy telefon i maila, załatwiała służbowe sprawy podcierając czasem gluty, pupy i inne. Na placu zabaw obserwowała zrelaksowane mamuśki, wesoło pląsające po piaskownicy, czując, że to jest zupełnie inny świat, inny wymiar rzeczywistości. Teraz nagle, decyzją bardzo spontaniczną KM, rzuciła wniosek o urlop wychowawczy i dołączyła do nich. Na nowo, bez rodzenia kolejnego potomka, kolejny raz jest etatową Matką.

Pomysłów na spożytkowanie wolnego czasu jest całe mnóstwo, dlatego też żaden nie został jeszcze wprowadzony w życie. Postaram się i tu zaglądać z nowymi wpisami, bo u nas jak zwykle wesoło. Córa Starsza w zerówce (na przekór paniom przedszkolankom, którym zależało na wysłaniu jej do szkoły, poczekamy do 7rż. ), Córa Młodsza, zwana również Pestką, ostatnio stała się dwulatką, coraz więcej gada, kłóci się z siostrą, czasem się pobiją, czasem Starsza spyta po co urodziłam Młodszą, ale za chwilę przepraszają się, przytulają, całują i żyć bez siebie nie mogą. Niczym słynne Elsa i Anna. 

15:27, kropka306 , Inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2015

     Także ten...temat emigracji uważam za zamknięty. Chociaż nie, KO jeszcze został po tamtej stronie mocy, ale zaraz do nas dołączy. My z dziewczynami miesiąc temu wsiadłyśmy w samolot i oto jesteśmy. Lot muszę opisać osobno, bo morał był taki, że sama już z Wiedźmami nie latam.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Odbiór rzeczy z dwóch busów, duży pokój w mieszkaniu usypany nimi po sufit i w tym Matka, Królowa Chaosu, która z nieodstępującymi jej na krok nieletnimi musiała ten bajzel okiełznać. Kładłam się między 2-4 w nocy, wstawałam 7-8 rano, w międzyczasie drobny remont i takie tam atrakcje. Kiedy kurz opadł, zadźwięczał pierwszy dzwonek i Starsza ruszyła do polskiego* przedszkola. Z jednym dzieckiem w domu, codziennie po 7h czuję się prawie jak na wakacjach. Na półkoloniach. Ale nie na długo, bo proces poszukiwania tego, co będzie mi co miesiąc wysyłał pieniążki na konto, również ruszył. Chciał nie chciał więc, Młodsza w poniedziałek rozpoczyna swoją ścieżkę edukacyjną w żłobku. Teoretycznie rozpoczęła również w miniony wtorek, ale praktycznie to od wagarów. Jeszcze dobrze nie została zaniesiona**, a już się zdążyła rozchorować. Oj, będzie płacz. Będzie płakać Młodsza, będzie płakać Matka, opiekunki i wszystkie empatyczne dzieci. Córa przecież przez 10 miesięcy swojego życia nie miała zbyt wielu okazji do tego, by zrozumieć, że Matka i Ona to dwa odrębne organizmy, potrafiące funkcjonować bez siebie dłużej niż 2h. W UK byliśmy sami, a nawet same, bo Król Ojciec od maja dom odwiedzał li tylko w weekendy. A teraz po przyjeździe do Polszy, lęk separacyjny był już na tyle silny, że nie sposób było wprowadzać stopniowego przyzwyczajania do tego, że mama może gdzieś wyjść. Zabrakło chętnych, odpornych na dziecięce łzy. Tym sposobem jesteśmy w czarnej dupie. A do tego jeszcze zewsząd komentarze, "przecież ona jest za mała na żłobek/nie powinna jeszcze...itd". Co poradzić? Dorobiłam się już miseczki C/D, ale 4-osobowej rodziny nadal nie wykarmię.


 

* zawsze mówi "a jak byłam wczoraj w tym polskim przedszkolu...".

** kiedy powiedziałam, że Młodsza "pójdzie do żłobka", Starsza poprawiła mnie "ale jak to? przecież ona jeszcze nie umie chodzić!"

piątek, 31 lipca 2015

     Córa Starsza jest wyznawczynią porządku akademickiego.
- Ej, nie sądzisz, że przesadziłaś z bałaganem w swoim pokoju?
- Ale mamo, można przecież przejść od drzwi do okna. Zobacz, tędy...tu...tu musisz postawić stopę, tu przeskoczyć i o! Już jesteś.
Tydzień czasu może nie obejrzeć ani jednej bajki kiedy powiem, że włączę dopiero jak posprząta. Uparte zwierzę.

Któregoś dnia, wzięłam do ręki telefon i zaczęłam upamiętniać widok w chlewie. Ot tak, dla potomności, albo dla tych, którzy nie będą chcieli wierzyć, że na świętą to ona tylko wygląda. Córa podbiegła do mnie:
- Ale nie wysyłaj tego zdjęcia nikomu!
Któż by nie skorzystał z takiej podpowiedzi szantażu? Zaczęły się negocjacje, które niestety i tak spełzły na niczym. Córa miała inny plan:
- Skasuj to zdjęcie, a jutro je wyślesz.
- No jak? Przecież jak skasuję, to nie będę mogła wysłać.
- O to mi właśnie chodziło.

 

piątek, 24 lipca 2015

     Starsza Córa ma dziś w przedszkolu zakończenie roku. Wczoraj wypisywała kartki pożegnalne. Taką zrobiła dla swojego ulubionego pana przedszkolanka:

"Dla najzabawniejszego, śmierdzącego Stevena". Przy czym, "najzabawniejszego" dodała z mojej inicjatywy... Strach pomyśleć co by napisała dla kogoś, kogo nie lubi?


Kazali im się dzisiaj poprzebierać, wystylizowała się więc na wróżkę i powiedziała, że przemieni Stevena w kupę.
A niech ma chłopak, w zeszłym tygodniu Córa opowiadała, że jako piratka, tłukła go swoim mieczem, czy co to tam piraci mają, po pupie, a on udawał, że puszcza w nią bąki. Także z kartki powinien się ucieszyć.

P.S. Ale porównując do innych kartek, buziaczków "x" Stevenowi dała najwięcej.


czwartek, 16 lipca 2015

     Starsza Córa ma dziś w przedszkolu imprezę przebieraną, temat: morze. Dokładnie, pod morzem, ale w propozycjach kostiumów pojawili się min. serfer i plażowicze. Zakładając, że to nie o topielców chodzi, my również postanowiłyśmy wyjść nieco bardziej na powierzchnię i stworzyć strój piratki. Królowa Matka w rękodzielnictwie cienka jak barszcz, ale na łatwiznę nie pójdzie. W UK, zakup przebrania, to pestka przez okrągły rok, w każdym jednym markecie jest wybór, bo dzieci przebierają się na codzień. Nikogo nie dziwi Spiderman na rowerze, czy inna wróżka w piaskownicy. W sumie to z tego wszystkiego najbardziej zdziwiłaby mnie piaskownica (u nas w mieście jest jedna na pierdyliard placów zabaw). Założenie więc było takie, żeby przygotować strój z tego, co mamy w domu. Matki bluzka i pasek przerobione, Ojca koszula w strzępy, do tego plastikowe perły, piankowa szpada i piratka jak malowanie. Chociaż nie, oczu na Jacka Sparrow'a to malować nie chciała, ale po Halloween wcale mnie to nie zdziwiło.
Wsiadamy do auta, zapinam Córze pas, spoglądam na nią, a ta wokół ust ma resztki mleka ze śniadania.
- Nie umyłaś zębów?
- O, o.
Siadam za kierownicą i słyszę:
- A piraci nie myli zębów?
No fakt, chciała straszyć dzieci i personel, będzie straszyć. Oddechem, jak na prawdziwego pirata przystało.

 

poniedziałek, 13 lipca 2015

 

     Przypomniała mi się sytuacja z naszego majowego pobytu w Polsce. Dwa tygodnie mieszkaliśmy u córowych dziadków. Domek pod miastem, ogródek, zaraz obok las. Cykanie świerszczy, pohukiwanie sowy, śpiew ptaków. Na to przyjechaliśmy MY. Dwójka średnio ogarniętych dorosłych z dwójką małoletnich, z których jednej buzia się niemal nie zamyka, druga poza domem wymaga bycia w centrum uwagi. Niemal codzienne późnowieczorne powroty z wizyt wszelakich i szybkie szykowanie do spania dwóch zmęczonych latorośli. Do tego mnóstwo bagaży, bo to pierwszy tak długi wyjazd w szerszym gronie, więc wszystko mogło się przydać. Generalnie przeszliśmy niczym huragan. Ostatniego dnia dom jak po bombie, wszędzie porozrzucane nasze rzeczy oraz wysoki stan poddenerwowania, czyli tzw. pakowanie. Wieczorem, przy kolacji, rozmawiamy o powrocie do domu, Starsza siedzi przy stole i wesoło machając pod nim nóżkami nagle rzuca:

- No, nareszcie będziemy mieć ciszę i spokój.

Chyba musielibyśmy tak nazwać córki.

środa, 08 lipca 2015

     Ponieważ to nasze ostatnie podrygi w Anglii, postanowiliśmy jeszcze coś zobaczyć. Wystarczyła 1h samochodem i tadaaam Peak District National Park. Piękne widoki, trochę górek, trochę jezior, a w okolicy miasteczka o niezwykłym charakterze. Chciałam wrzucić parę fotek na bloga, ale zmniejszanie, dodawanie, współpraca z angielskim internetem, wszystko to sprawiło, że zapraszam na oglądanie zdjęć na mojej stronie na FB :)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28