Kto rządzi w naszym cyrku?
czwartek, 11 października 2012

     Są, są... zdarzają się coraz częściej i obawiam się, że to dopiero początek. Dziecko potrafi zaskoczyć...uczynkiem, mową i zaniedbaniem. Odcinków więc przewiduję w tym temacie sporo, Mody na Sukces pewnie nie przebijemy, ale tasiemiec to chyba wyjdzie.

     Co ostatnio? Mamy (w zasadzie po tej akcji, mieliśmy), gablotkę w segmencie. Za szybką pięknie ustawiona kolekcja samochodzików Taty, duże fiaty i polonezy. Córka, mająca być dobrze od małego przez Tatusia indoktrynowana, dostała niedawno również te dwa modele FSO. Bawiła się nimi wybornie, a jakże. Kiedy uznała, że na dziś wystarczy, jak gdyby nigdy nic, podeszła do gablotki, przesunęła szybę, ułożyła swoje autka obok tatowych, szybkę zasunęła i dalej poszła się bawić. Wbiła nas w to na czym każde siedziało. Raz, że nigdy ta szyba jej nie interesowała i słusznie, bo dosyć duża i jak to z szybami bywa, krucha, a dwa, okazało się, że gdyby chciała, mogłaby naruszyć wychuchaną kolekcję Taty. Na drugi dzień rano, sytuacja podobna, Córa podchodzi, otwiera szybkę, wyjmuje swoje auta, zasuwa szybkę i idzie się bawić. Co najlepsze, na półkę ułożyła wyłącznie te dwa pasujące do kolekcji, wyjęła również tylko te, które dał Tata. No i co, pochwalić, czy zabronić? Spróbowałam delikatnej wersji jednego i drugiego, ale jak tylko udała się spać, pozbyliśmy się szyby, a kolekcja poszła kilka pięter w segmencie wyżej. Ciekawe tylko kto teraz będzie każde autko regularnie z kurzu wycierał....?

środa, 10 października 2012

     Dziś znajoma data. Dokładnie 2 lata temu chciałam urodzić. 10.10.10. To by dopiero był strzał w dziesiątkę! Nic w tym kierunku w sumie nie zrobiłam (poza dzieckiem), a prawie się udało, miałam częste skurcze, ale położyłam się trochę i mi przeszło. Wróciło po 3 dniach ze wzmożoną siłą, ale niewiele brakowało. Bierze teraz na wspominki, bo przed nami kolejne urodziny.

     Z kwestii organizacyjnych urodzin, najbardziej na tą chwilę zastanawia mnie jak uda mi się w tym roku z tortem? Jestem beztalenciem manualno-plastycznym. Mój rozwój na tej płaszczyźnie zatrzymał się jakoś w zerówce (a ja muszę z tym żyć). W szkole zawsze dostawałam ocenę za pomysł, inaczej plastyka zaniżyłaby mi chyba średnią. Jeżeli kiedyś z jakiegoś powodu będę musiała zrobić coś za Córę do szkoły, nie będzie obaw, że ktoś zorientuje się, że to robota rodziców. Niestety z uwagi na ciągnącą się jak ten smród po gaciach skazę białkową, nie mogę pójść na łatwiznę i kupić tortu w cukierni, bo chciałabym, żeby jubilatka mogła go zjeść. Kiedy zaczynam grzebać po forach internetowych, okazuje się, że zrobienie takiego ciacha, to pikuś, debiutanci niby, wrzucają fotki fantastycznych tortów w kształcie prezentu, lalki, auta, czy innego Puchatka. W tym roku nie nabiorą mnie już tak łatwo. Poprzednio, widząc efekt końcowy, miałam nadzieję, że ktoś uwierzy jak powiem, że to Córka pomagała przystrajać. Tym razem łatwiej będzie zwalić na nią, ale wolałabym jednak, żeby mogło obyć się bez takich. Plan jakiś już mam, ale nic to, bo schody pojawiają się zawsze przy wykonaniu.

     Prezent zamówiony, goście zaproszeni, dziecko nakręcone. Jeszcze tylko trzeba posprzątać (oj trzeba, trzeba) i wyczarować do jedzenia coś, czego przygotowanie nie zajmie dużo czasu, pieniędzy, a zachwyci i nasyci.

Tagi: tort urodziny
23:48, kropka306
Link Komentarze (2) »

     Musiałam dziś odkurzyć. Wypadało już i to nawet bardzo. Zwlekam ostatnio z tą czynnością ile można, bo niczym ten Polak z kawału, co to jedną kulkę zepsuł, a drugą zgubił, pozbawiliśmy się niedawno odkurzacza. Silnik nie podołał wyzwaniu i poszedł z dymem, mieliśmy jeszcze drugi odkurzacz, zastępczy, ale wyszło na to, że go zgubiliśmy, albo sam się wyniósł, tak, czy siak zostaliśmy bez pożeracza paprochów, włosów i jedzenia rozrzuconego przez naszego Małego Potwora. Jedyny sprzęt jaki udało nam się na szybko pożyczyć, to wielki odkurzacz piorący. Ponieważ podczas pracy, bulbula w nim kilka litrów wody, a górą wydmuchuje zimne powietrze, tak z prędkością kilkudziesięciu km/h, Córa woli unikać tego dziwnego sprzętu i zdecydowanie nie wchodzić mu w drogę. Chcąc więc dziś oszczędzić jej stresu, usadziłam przed telewizorem, włączając jeden z typowo dziecięcych kanałów i poszłam zająć się swoją robotą. Kiedy w końcu udało mi to wszystko okiełznać, wchodzę do pokoju, patrzę, dziecię nawet nie zwróciło na mnie uwagi, rozwalone na kanapie, przykryte kocykiem, z ogromną uwagą ogląda program..."kolagen jest składnikiem skóry. Kiedy zaczyna go brakować, skóra traci swą elastyczność i pojawiają się zmarszczki". A ja naiwna myślałam, że ona najbardziej lubi Teletubisie i Klub Myszki Miki.

     Tak na marginesie jak już przy odkurzaczu jesteśmy, moje kochane dziecko nie wiedzieć czemu na jego widok zawsze mówi "to mamy"... wypraszam sobie!

czwartek, 04 października 2012

     To jest pytanie, czy choremu dziecku pozwalać na więcej? Biedne, umęczone, nie może wyjść na dwór, nie może pobawić się z dziećmi, siedzi cały dzień w domu i...staje się nie do zniesienia. To wszystko sprawia, że czasem granice się przesuwają. Szczególnie jeśli chorym zajmują się na zmianę 3 osoby, z czego każda chce choć trochę przychylić mu nieba, albo skrócić sobie wysłuchiwanie jęków.

     Tym sposobem, nasza Córa używająca smoczka wyłącznie do spania (ewentualnie czasem uspokojenia się, ale tylko na terenie łóżka), dzięki babci biega wesoło cały dzień ze smokiem w dziobie. Wiele rozumiem, ale żeby dwulatka przyzwyczajać do smoczka?

     Córa odkąd nauczyła się siedzieć, nie uznaje pozycji leżącej (sen to wyjątek), nawet przy wysokiej gorączce, tylko wtedy potyka się o własne nogi, wchodzi na meble, mama więc włącza bajki, żeby zatrzymać Córę choć na jakiś czas. Poza tym marudne dziecko wisi na maminej spódnicy i jęczy jak coś chce, jęczy jak czegoś nie chce, czy po prostu jęczy ćwicząc dyndanie na kiecy, mama więc chcąc skorzystać z toalety, przebrać się itp. Znów włącza bajki. Tym sposobem bajek w ciągu dnia jest więcej niż z założenia Córa oglądać powinna.

     Tatuś natomiast... Wczoraj wracam z pracy, godzina 21:30, Córa siedzi na środku dużego pokoju i układa klocki... Tylko na wakacjach chodziła spać naprawdę późno. Zazwyczaj w okolicach 21 leży już w łóżku. A wczoraj jeszcze przed kąpielą, kolacją, książeczką na dobranoc. Dlaczego nie spała? „No pytałem ją, powiedziała, że nie chce”. Na dodatek na głowie miała przewiązaną pieluchę tetrową, jako kompres na gorączkę, którą miała jakiś czas wcześniej. Tak więc wesoło bawił się ten japoński wojownik. Zdziwiony wielce kiedy powiedziałam, że jest już noc, przemyślał sprawę, dodał, że dzici śpią i...poszedł tańczyć. Może medytowała i naładowała tym baterię na kolejnych kilka dni? Nie wiem jak to się odbywa u japońskich wojowników?

wtorek, 02 października 2012

     Rekord nad rekordy! Całe 4 tygodnie i 2 dni w żłobku. Dziś bicie rekordu zostało oficjalnie zakończone gorączką. Ze żłoba korzystamy od grudnia, do wakacji system był taki: 1 tydzień w żłobku, 2-3 w domu. Wirus, zapalenie górnych dróg oddechowych, a dla odmiany czasem jakaś jelitówka. Bądź też zestaw 2 w 1. To dopiero bonanza, kiedy słyszysz, że "zaczyna wchodzić w oskrzela, musimy dać antybiotyk", a potem patrzysz jak podana na konkretną godzinę, odmierzona co do mililitra dawka leci przez cały pokój, za nią zjedzona przed chwilą miska kaszki i Bóg wie co jeszcze, bo w jednej misce na bank by się już tego nie upchnęło. Tak samo wyglądają losy kolejnej dawki (tylko tym razem z kuchnią zamiast pokoju) i jeszcze kolejnej...rozważasz następne karmienie w wannie.

     A teraz, licząc z sierpniową przerwą wakacyjną, mieliśmy przez całe 2,5 miesiąca zdrowe dziecko. Czyżby się uodporniła? Jest taka nadzieja, a to już coś, ostatnio nasza pediatra przyznała, że zaczynała ją tracić. Mam więc nadzieję, że nawet jak się przyplątało jakieś badziewie, szybko się go pozbędziemy.

     Oczywiście dziś po zbiciu gorączki i kilku odcinkach Klubu Myszki Miki, choć godzina była późna, Córa z największą wesołością przeprowadzała próbę wytrzymałości własnego łóżka. To jest niesamowite u dzieci, że na chore wyglądają dopiero wtedy, gdy w czaszce wrze, podajesz syropik, chwilę poleży (nierzadko podstępem rodzicielskim do tego skłonione), a potem zrywa się jakby musiało nadrobić stracony czas. Zupełnie odwrotnie jak statystyczny chory facet. Ten słania się przy katarze. Po nim rozpoznajemy prawdziwą chorobę, dopiero jak odmawia jedzenia, odwraca się tyłem do telewizora z transmisją meczu piłkarskiego i nie jest w stanie odpalić sobie gry nawet na telefonie.

     A jak choruje statystyczna mama? Narzeka sobie pod zasmarkanym nosem dalej mieszając ten rosół, żeby nie pomarli z głodu jak pójdzie do pracy.

 

poniedziałek, 01 października 2012

     Otóż jest to ustrój polityczny, w którym rządzą wszyscy członkowie rodziny, acz głos decydujący leży zawsze po stronie mamy. Takie przynajmniej powinno być jej przekonanie. Bo to przecież mama podejmuje decyzję o skróceniu tortur sąsiadów syreną alarmową i włącza w końcu tę bajkę. Wcale nie musi tego robić, ale chce, ot tak, po prostu opowiada się za głosem (potężnym głosem) małego ludu, popiera prawo mniejszości.



23:42, kropka306
Link Dodaj komentarz »

     Kiedy w naszym domu zamieszkała zupełnie nowiutka członkini rodziny, odkryłam okrutną prawdę o sobie.

     Cieszyłam się, że zostanę mamą, przez 9 miesięcy nie mogłam się doczekać kiedy w końcu utulę swoje maleństwo? Uważałam przy tym wszystkim że podchodzę bardzo realistycznie do tematu, wiedziałam, że posiadanie niemowlaka nijak się ma do wakacji na Teneryfie i popijania drinków z palemką, byłam przygotowana na III wojnę światową. Nie sądziłam jednak, że będę nią... Matką Jackyl i Matką Hyde. Nagle jakbym doznała rozdwojenia osobowości.

Pierwsze doby, kiedy Niemowlę przyzwyczajone do organizowania nocnych imprez z moją wątrobą, nerkami i oczywiście pęcherzem, na zewnątrz mnie przejawiało silne przekonanie, że pory dnia nie istnieją. Byłabym skłonna nawet przyłączyć się na jakiś czas do tej teorii, ale niestety nie posiadłam zdolności spania snem sprawiedliwych podczas gdy piętro niżej w ciągu dnia trwa akcja wyburzania ścian i remont na całego. Blok trząsł się w posadach, a Niemowlę słodko spało większość dnia. Orkiestra dęta nad łóżeczkiem nie byłaby w stanie zmącić snu mojego aniołka, a te kilka dobowych godzin aktywności przypadało mu dokładnie między 24:00 a 6:00 rano. Bynajmniej taki noworodek nie będzie bawił się w tym czasie grzechotką, nie pogaworzy sobie, nie possie własnej stopy. Ulubionym zajęciem mojego było darcie się. Ciszę osiągałam jedynie pakując w wyjącą paszczę cyca. Noce więc schodziły mi na karmieniu i usilnych próbach wyjaśnienia Niemowlakowi, że noc służy do spania. Tatuś owszem, też był budzony hasłem „przejmij ją, ja się wypisuję”, niestety próby takie były zupełnie bezcelowe, po kilku, kilkunastu minutach (w ciągu których i tak nie zdołałam jeszcze usnąć) wracali do mnie jak bumerang, bo „chyba chce jeść”.

Po którejś takiej nocy z kolei zauważyłam, że goszczę w sobie dwie postacie, jedna szkaradna, sfrustrowana, z podkrążonymi oczami, której chciało się płakać i która potrafiła powiedzieć coś, czego ta druga, zjawiająca się tuż o świcie nigdy w życiu by nie powiedziała. Ta nocna zmora nie pojawiała się znienacka, ona pukała, stukała, nie chciałam jej wpuszczać, bywało jednak, że forsowała drzwi, wślizgiwała się przez okno, podstępna, sprytna i zwinna. Wraz ze wschodem słońca znikała, ulatywała jak dym, a ja, jako kochająca mamunia zostawałam z wyrzutami sumienia. Choć nadal byłam niewyspana i zmęczona, tuliłam swoje maleństwo i przepraszałam, że w nocy powiedziałam coś czego powiedzieć nie chciałam, że krzyknęłam (bo jaka kretynka podnosi głos na noworodka?!). Czułam się fatalnie. Na szczęście Niemowlę szybko się uczyło, wkrótce zrozumiało, że imprezy z tańcami i ariami operowymi musi przełożyć na godziny względnie dzienne.

     Od tamtych wydarzeń mijają już dwa lata. Matka Hyde jednak czasem powraca. Bywa, że mogłabym całe dnie tulić i całować swoją Córę, ale są też momenty, kiedy wychodzę z siebie, staję obok, a potem mam o to do siebie pretensje. Jak wielu z nas obiecywałam sobie, że nie popełnię błędów mojej matki, okazuje się, że to nie takie proste.

 

Będę pisać o codzienności bycia matką, która bardzo kocha, ale czasem pakuje walizki do Honolulu.

 



1 ... 26 , 27 , 28