Kto rządzi w naszym cyrku?

Szlachetne zdrowie

poniedziałek, 15 czerwca 2015

     Pisałam ostatnio, że Starsza ciągle gada, to wzięła i zaniemówiła w zeszłym tygodniu... Jelitówka. Jak zaczęła Córa rzygać, to pierwszej nocy 7 razy do niej wstawaliśmy (całe szczęście KO akurat był w domu). Już niemal nie mieliśmy jej w co przebierać i czym przykrywać. Mało brakowało, a położylibyśmy ją w wannie pod płaszczem przeciwdeszczowym. A ona jeszcze, "to ja pójdę spać do was". Dziękuję, wtedy wszyscy byśmy się musieli kąpać po każdym bełcie. W dodatku pościeli na nasze łóżko mniej mamy.
Kiedy minęła doba, a sytuacja nie uległa zmianie, zatargałam do lekarza, który jak to angielski lekarz, spuścił mnie na drzewo. Oczywiście z paracetamolem. A jak! Bo gorączkę miała. Jego zdaniem jeśli dziecko zwraca nawet wodę od ponad doby, to nie ma żadnego problemu, bo "naukowcy zbadali", że choć tak się wydaje, nie wszystko co było przyjęte, organizm wydala i póki dziecko nie odmawia picia, to w ogóle nie ma się czym przejmować, może tak chorować kilka dni, a nawet...tygodni.
Efekt był taki, że 1,5 doby później wylądowałyśmy na pogotowiu z odwodnieniem. Poziom glukozy Córy sięgnął dokładnie granicy, poniżej której według wiedzy podręcznikowej, człowiek traci świadomość. Jak się okazało, to właśnie ta nieszczęsna glukoza, a w zasadzie jej brak, potęgował mdłości i Córa wpadła w błędne koło. Po podaniu glukozy w żelu mogłam ją już stopniowo poić i wymioty minęły jak ręką odjął.

     W ciągu 4 miesięcy angielscy lekarze omal nie wykończyli mi więc tak jednej, jak i drugiej córy. W lutym jeden zignorował mnie, kiedy poszłam z zakatarzonym, pokasłującym 3-miesięcznym niemowlęciem, odesłał oczywiście z paracetamolem, twierdząc, że katar i kaszel same miną. Kilka dni później grzałyśmy miejsce na pogotowiu, gdzie kolejna mądra pani doktor również próbowała nas zbyć paracetamolem. Dopiero drugi pediatra (niemowlęta ogląda na pogotowiu 2 lekarzy), zainteresował się, zlecił badania, zostawił w szpitalu i okazało się, że Młodsza miała już zapalenie płuc.

     Innym absurdem była sytuacja, kiedy KO pojechał na pogotowie z głęboką raną dłoni. Dłoń została opatrzona, a KO umówiony na czyszczenie i szycie rany za bagatela 7 dni...

     Cóż, jesteśmy na tym "Zachodzie" od 2 lat i każde z nas już zdążyło zaliczyć wizytę na pogotowiu. Szczęścia do zdrowia, to my tu nie mamy za grosz. Niemniej jednak uważam, że o ile mojego złamania, czy próby ukrzyżowania się przez KO, nie można było uniknąć (nie czepiając się już szczegółów), o tyle wizyt z Córami mogłoby nie być, a przynajmniej w przypadku Starszej mogło się to odbyć mniej drastycznie.

     W końcu nie napisałam też jak wyglądało tu prowadzenie ciąży. Zbierałam się wielokrotnie, ale lista absurdów okazała się zbyt długa i w ciągu 9 miesięcy nie udało mi się tego ogarnąć. W skrócie rzecz ujmując, ciężarna ani razu nie widzi się z ginekologiem. Pomijając jakieś anomalie. Dopiero na porodówce. Ciążę prowadzi położna, która mierzy ciśnienie, słucha serca dziecka i pyta "jak się czujesz?", a następnie bez względu na odpowiedź, zapewnia, że "to normalne". W drugiej połowie ciąży dochodzi jeszcze mierzenie obwodu brzucha centymetrem. Badanie jest tak miarodajne, że ja raz usłyszałam "wychodzi mi, że twoje dziecko od 3 tygodni nic nie urosło".
Poza tym, pierwszych 3 miesięcy nikt nie nazywa tu ciążą, a jeśli czujesz, że ewentualnie coś jej może zagrażać, również zapewniają, że "to normalne" i "natura wie najlepiej, będzie jak ma być". Spoko, pewnie, ale co, kiedy natura sprawia, że matka ma zły poziom hormonów, czy czegoś tam innego, a płód jest zupełnie w porządku? Nikt ani razu nie sprawdza poziomu glukozy (jeśli nie masz w rodzinie cukrzyków), nie robią badania na toksoplazmozę, ani bakterię, którą to podczas porodu może zarazić się dziecko i poważnie rozchorować. USG są 2, ok. 13tc i 20tc, potem przez 20 tygodni musisz żyć wiarą, że wszystko gra. Kiedy dzwonisz do szpitala, pytając co robić, bo jesteś w 30tc i brzuch ci bez przerwy twardnieje, nawet co 10-15 min., każą wziąć paracetamol. Badania krwi robione są dwukrotnie, na hiv, żelazo, coś tam jeszcze, ale bez zwykłej morfologii. Ach! Jeszcze mocz sprawdzają na każdej wizycie...macza pani położna papierek, którym mierzy ilość białka. Żadnych bakterii nikt nie szuka, bo po co? Kiedy pokazujesz żylaki na nodze, oglądają ze współczuciem, "ojej, to na pewno musi boleć", a następnie polecają zażywać paracetamol. Kiedy przychodzisz i mówisz, że po cesarce chcesz rodzić naturalnie, prosisz o sprawdzenie blizny pod tym kątem, słyszysz, że nie potrafią tego zbadać, ale to nic, bo jak tylko zaczniesz się rozpadać, od razu wezmą cię na stół.
Ale w ogóle to fajnie, kobieta przez cały okres ciąży i rok po porodzie ma wszystkie leki za darmo. Dla dzieci do 16rż również leki są nieodpłatnie. Paracetamol czyli.

     Przykłady można mnożyć. Człowiek mieszkając w Polsce tak narzeka na służbę zdrowia, zazdrości tym "na Zachodzie". Jak to mówią, cudze chwalicie, a Janko Muzykant dostaje baty.

sobota, 18 kwietnia 2015

     

     U nas lepiej. Lepiej nie mówić. Piątkowa gorączka Starszej Córy okazała się być zwiastunem wiatrówki. Na szczęście przetrwałyśmy. Początki były ciężkie, gorączka, Córa marudna strasznie, dotknąć się nie dawała, musiałam się nieźle nagadać za każdym razem kiedy chciałam posmarować krostki. Ani żartem, zabawą, ani prośbą, ani rozsądnymi argumentami nie było lekko. W międzyczasie Młodsza Córa na swojej dziwnej diecie odchudzającej, wrzeszcząca i uciekająca na widok cycka. W dodatku siostrzyczki jak zwykle zgodne co do nocnych pobudek, mam wrażenie, że albo to fazy księżyca, albo się na mnie namawiają, "ja nie będę spała do 23, potem budzę matkę o 2, przetrzymuję ją do 3, a ty budzisz ją o 3:15, 5 i o 6:30 już zaczynasz wesoło gadać, że się wyspałaś".
Teraz czekamy na krosty u Młodszej.

piątek, 10 kwietnia 2015

     Armagedon. Sztafeta trwa, dziś to Starsza zalegała z gorączką. Młodszą natomiast boli gardło. Ani jeść, ani spać. Dzisiaj wstała o 5 rano. O 6 Matka krążyła z wózkiem wokół bloku, dzięki temu po powrocie zyskała jeszcze godzinkę snu. Nawet jak Młodsza uśnie na rękach, przy najłagodniejszej próbie odłożenia do łóżeczka, włącza się sygnał dźwiękowy. A tak, wtargała KM w gondoli na II piętro, zostawiła w przedpokoju* i jak gdyby nigdy nic wróciła do wyra.
Młodsza organizuje w tej chorobie pobudki co 1-2h, w międzyczasie Starsza potrafi przyjść i na przykład kazać mi grzebać w śmieciach. O 3 w nocy. Coś jej się przyśniło, przyczłapała do mnie z płaczem, bo "zielona książka o zwierzątkach utknęła w śmieciach". Jak się zwlokłam, okazało się, że zdążyła pozapalać światła w całym mieszkaniu, czuły sen Matki najwyraźniej nie jest już tak czuły, kiedy zbyt często go przerywają. Przyznam szczerze, że pomimo nieludzkiej pory, dokonałam szybkiego rachunku sumienia, co tam może być w tych śmieciach, czego widok mógł wywołać u niej płacz? Pod osłoną nocy KM musi się przecież czasem pozbyć nadmiaru badziewia z gazetek, kinder niespodzianek, czy mniej wartych pamięci dzieł artystycznych, które Starsza tworzy na metry.

Starsza więc miała dziś bajeczny dzień - obejrzała multum bajek. Niestety nie byłam w stanie znaleźć wspólnego klucza do jej gorączki, marudzącej Młodszej, ugotowania obiadu oraz zmieniania i prania obesranej przez Młodszą pościeli w królewskim łożu. 

Po kilku odcinkach Dory, usłyszałam:

- Mamo, a u Dory nie wiedzą, że 3 i 3 to 6.
- Dlaczego uważasz, że nie wiedzą?
- Bo muszą policzyć.

Jeszcze kilka dni i nocy z chorującymi dziećmi, a Królowa Matka też będzie musiała policzyć.

* W sypialni przestrzeń mamy tak rozplanowaną, że co najwyżej zapałkę można by dostawić.

wtorek, 02 grudnia 2014

 

     Skończyła się sielanka. W końcu da się odczuć, że mamy w domu niemowlę. Pierwsze 2-3 tygodnie Młodsza głównie spała, potem pojawiły się kolki. Życie zaczęło się kręcić wokół kup i zwróconego mleka. Miodzio.

Starsza nie chciała być gorsza, aby zapewnić Zgredzikom rodzicielstwo pełne wrażeń najpierw zaczęła kasłać, wręcz szczekać, a teraz jeszcze wyhodowała podejrzane krosty na brzuchu.
KM swoim zwyczajem podłapała infekcję i z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy to będąc chorą, spędzała większość czasu na kanapie, pod kocem, z pilotem w dłoni. No dobra, zazwyczaj tak było jak już wróciła z pracy, ale praca zarobkowa to jedyne 8h. I wolne weekendy!

Dla Starszej najgorsze jest to, że teraz ma szlaban na przytulanie i całowanie siostry. Przecież do tej pory było tak, że jak Młodsza zaczynała marudzić, Starsza rzucała wszystko czym się akurat zajmowała i biegła krzycząc, "już pędzę Maleńka!". Zawsze była szybsza ode mnie. Przy własnym drugim dziecku nadgorliwość na pewno jej minie.

 

czwartek, 13 marca 2014

     Znowu chorujemy. Ten rok nie zaczął się dobrze pod tym względem. Córa mi właśnie...usnęła! O 12 w południe! Ostatnio zdarzyło jej się zdrzemnąć w ciągu dnia chyba w lipcu. No nie, raz jeszcze usnęła w aucie, jak do Polski polecieliśmy, ale wtedy wstała o 4 rano, podróż itd. to się nie liczy. Nawet przy chorobach, gorączkach, w dzień nie sypia. A dziś proszę. Położyła się na kanapie, obłożyła miśkami, nakryła po uszy kocem i powiedziała, że idzie spać. Myślałam, że jak zwykle, zamknie oczy na 3 sekundy, a ona rzeczywiście chrapie. No i ogórka kiszonego nie zjadła. Doprawdy, dziwy! KM odporność ma chyba na podobnym poziomie, bo częstuje się takimi atrakcjami bez wahania. 

Z ciekawostek, rozbroiła mnie ulotka syropu na kaszel, który wyprosiłam u lekarza. Oczywiście pani doktor chciała poprzestać na paracetamolu, pomimo szczekającego kaszlu, charczenia i rzężenia. 


Możliwe skutki uboczne
Jak wszystkie leki, (długa nazwa) może wywoływać skutki uboczne, aczkolwiek nie występują one u każdego. 
Jeśli zauważysz u siebie jakieś skutki uboczne, proszę powiadom o tym swojego lekarza lub farmaceutę.

Polskie ulotki czasem odstraszają, kiedy człowiek otwiera listę możliwych efektów ubocznych i musi ją zwijać z podłogi. Ale to też lekka przesada, powinni dodać "uwaga! Eksperyment, nie testowany na dzieciach". 

 

sobota, 05 października 2013

     Odkąd Córa skończyła 1 rok i 2 miesiące,  poszła do żłobka, nigdy nie była zdrowa przez bite 4 miesiące. A teraz odkąd tu przyjechałyśmy, tylko zapalenie ucha po locie samolotem, potem zdrowa jak ryba, znikomy kontakt z zagluconymi dzieciakami i od razu widać różnicę. Nie chuchałam przez ten czas, nie biegałam ze sweterkiem i skarpetkami, chodziła nie raz z lodowatymi stopami po mieszkaniu, wylewałam wiadra wody z kaloszy, liczyłam na to, że się zahartuje, szczególnie, że nawet kataru przez to nie miała. W środę poszłyśmy obejrzeć kolejne przedszkole, kiedy pani manager otworzyła drzwi do sali trzylatków, Córa wbiegła wtapiając się w tłum. Byłyśmy na sali ok. 5 minut. W nocy obudziła się z takim głosem, jakby miała w gardle żyletki. Oczywiście zdenerwowana tym faktem, popłakała się, a to jeszcze pogorszyło sprawę... W ciągu dnia zdecydownie lepiej, lekko podwyższona temperatura i głosik taki, że śmiała się, że "połknęła rybę" (ryba, żaba, co za różnica?). KO od razu do lekarza nas chciał wysłać. Po co? Paracetamol przecież mamy. Dziś jednak, po masakrycznej nocy, kiedy Córa przez godzinę walczyła z gorączką (pomimo syropu), a ja bite 2h z Córą, umówiłam nas na wizytę. Ma naprawdę koszmarny głos, a jak zakaszle...aż mnie wszystko boli.
"Ma pani paracetamol?", "mam", "to proszę dawać, pa". Tak jak przypuszczałam. Wanglia. "Przy okazji chciałam poprosić skierowanie na badanie moczu, musimy co jakiś czas robić, ze względu na powiększoną miedniczkę nerkową, żeby nie przegapić ewentualnej infekcji" (pierwszy raz byliśmy u tej pani doktor), "a coś się teraz dzieje?", "no nie, taka profilaktyka, od urodzenia", "ale my nie robimy badań bez powodu"... Na szczęście  wypisała co trzeba.

Zastanawia mnie jedno, skoro po 5 min. w przedszkolu Córa poległa, to co będzie jak pójdzie na dłużej? Czyżby 1,5 roku w żłobku, ciągłego wysysania glutów, pojenia dziecka syropami przeciwgorączkowymi, wycierania rzygowin, a także zaliczenie własnego stanu niemalże przedśmiertnego, poszło się...? A może w UK mają jakieś specjalne wirusy, z którymi jeszcze się nie zaznajomiła? Obłęd.

piątek, 21 czerwca 2013

     Zgodnie z przewidywaniami mały palec u stopy złamany, a nawet cytując panią doktor "very broken". Ukryć się nie da, bo na zdjęciu widać krechę od lewej do prawej, po całości. Jak na mój gust to jest już pęknięcie z przemieszczeniem, zwłaszcza, że palec jest odwrócony, ale nastawiać nie chcieli.

     Do lekarza wybrałam się dopiero wieczorem, poczekałam jak Król Ojciec wróci z pracy, co by Córy nie ciągać i pojechałam sobie do szpitala na Emergency. W sumie, wszystko odbyło się dosyć sprawnie, całość zajęła 2h. Nastawiłam się na więcej, bo w poczekalni tłum, ale właściwie znaczna część osób, które siedziały tam jak przyszłam, nadal były obecne, kiedy wychodziłam....nie wiem, może statyści jacyś.

Najpierw pielęgniarz, potem pani doktor, rentgen i znów pani doktor. Bywałam w Polsce na pogotowiu, na izbie przyjęć i nigdy nie spotkałam się z tak miłym personelem. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi, żartowali (ze mną, nie ze mnie, a jeśli ze mnie, to ze mną). Czułam się...jak ktoś naprawdę wyjątkowy.

Pani doktor z ogromnym współczuciem przekazała mi, że mam brzydkie złamanie i wyobraża sobie jak bardzo musiało to boleć. Następnie przykleiła mi palec do sąsiedniego, plasterkiem, podała kule i bardzo serdecznie pożegnała. Ach i oczywiście dostałam rolkę plasterka do domu. Nie to, że za wszelką cenę pragnęłam gipsu, ale chciałabym w przyszłości mieć czasem możliwość wbicia tej giczy w delikatne szpilki. Dziwnie jakoś brak mi przekonania co do tego, że palec zrośnie się prawidłowo.

W dodatku na żadną kontrolę mam nie przychodzić.... Dziwny kraj. W Polsce jakiś rzeźnik nastawiłby mi palec i założył gips, w Niemczech pewnie poddaliby mnie skomplikowanej operacji, w Anglii nakleili plasterek i zaproponowali coś przeciwbólowego (zapewne byłby to Paracetamol).

Przede mną więc 3 tygodnie kuśtykania o kulach i włażenia po schodach "jak piesek". Niezły początek, sama bym tego lepiej nie wymyśliła.

czwartek, 20 czerwca 2013

...bo może się spełnić. Znane powiedzonko, a dziś aktualne jak nigdy.

Jak byłam dzieckiem, marzyły mi się schody w domu, mieszkaniu, wszystko jedno, byle mieć dwa poziomy i te cholerne schody. Odkąd tylko się tu wprowadziliśmy, przeklinam je szczerze. Przede wszystkim dlatego, że są strome, a do tego obite jakąś wykładziną, na okrągło, więc jak się już noga powinie, leci człowiek do samego dołu. Do tego nalatać się po nich trzeba, bo coś jest na górze, coś na dole, a i przestrzeń życiowa wydaje się mniejsza.

Od początku baliśmy się o Córę, ta jednak szybko opanowała bieganie po nich z okrzykiem na ustach "wchodzę jak piesek". Uznaliśmy, że ta forma jest bezpieczniejsza, niż czekanie za każdym razem jak ktoś ją wprowadzi, czy sprowadzi.

Córa więc sobie radzi, ale ja dziś wymyśliłam....i zleciałam. Praktycznie z samej góry. Ponieważ we wszystkim trzeba odnajdywać plusy, jeden jest taki, że nie przekoziołkowałam i z partii powyżej pasa zdarł się tylko jeden łokieć, głowa została nietknięta. Drugi plus jest natomiast taki, że nie wbiłam sobie w nic nożyczek, które trzymałam w dłoni. Jestem więc szczęściarą.

Minus jest tylko jeden, taki malutki, tyci tyci, jak najmniejszy palec u lewej stopy. W zasadzie to trzy palce niedomagają, ale ten mały zaczął dziwnie zerkać na zewnątrz, choć zwykle chował się nieznacznie pod sąsiada. Mam oczywiście plus, łatwiej go pomalować. Minus jedynie taki, że nie do wszystkich butów mi wejdzie jeśli taki zostanie.

Łudzę się jeszcze, że może wygląda tak tylko przez opuchliznę? I również ze względu na nią nie mogę poruszać tymi palcami?

     Dziwne to. Nie, że spadłam, bo to jest taka umiejętność, którą powinnam podawać na rozmowach kwalifikacyjnych jako tę, którą najlepiej opanowałam. Ćwiczę zacięcie od małego. Kiedy kilka lat temu, zadzwoniłam do mojej Rodzicielki, żeby powiedzieć, że "jestem w szpitalu, ale nic mi nie jest", usłyszałam "z czego spadłaś?". W istocie, pytanie było trafione. Zawsze jednak, ale to zawsze spadałam na cztery łapy. Miałam kilkakrotnie coś stłuczonego, rozbitego, ale nigdy żadnych gipsów, szyn i innych interwencji lekarskich. Ten szpital to też tylko tak, żeby tomograf zaliczyć, jedna doba.

Dlaczego więc teraz miałoby się skończyć inaczej? No, może dlatego, że zabrałam się za pisanie CV? W sumie to by było jakieś wyjaśnienie.

     Kurcze, tak myślę, że żadne moje buty nie podołają, jeśli trzeba będzie pojechać do lekarza. Chyba pożyczę basenowe japonki Króla Ojca...8 numerów za duże.

środa, 24 kwietnia 2013

Kiedy Córa miała 2-3 miesiące, była maleństwem, jej skóra z uwagi na alergię nie wyglądała najlepiej. Suche place z czerwonymi krostkami, na policzkach, klatce piersiowej, całych nóżkach. Czasem tylko pupa była gładka, czasem jeszcze plecy, a reszta wyła o pomoc. Acha, no i jeszcze oporna ciemieniucha, która żadnym sposobem nie chciała dać się spławić i żółtą, twardą skorupą spowijała niemowlęcą główkę.

Na szczęście po kilku miesiącach oznaki AZS minęły i Córa zaczęła wyglądać elegancko. Jakiś czas po roczku, pierwszym objawem reakcji alergicznej były szorstkie, swędzące nadgarstki, reszta dziecka bez większych zmian. Nadgarstki zmieniały się w kilka godzin po zjedzeniu niedozwolonego produktu. Taki jej własny system alarmowy.

Kilka miesięcy temu ów system przeniósł się w jedno miejsce między 2 paluszki prawej dłoni. Córa ma tam taką plamkę. Plamka swędzi, a kiedy zostanie podrażniona pazurami, czerwieni się, ukazując czasem nieliczne, ledwo widoczne punkciki krwi. Łooooo! Koniec świata. Panika totalna. Córa wtedy każe posmaroawć sobie plamkę kremem i...schować. Zazwyczaj naciągam jej rękaw. Ostatnio była już w piżamce, takiej na styk, musiałam więc zrobić opatrunek, wystarczyła chusteczka higieniczna przewiązanaw nadgarstku i robiąca "daszek" nad paluszkami, ale musiałam coś zamontować, bo strach w tych dziecięcych oczach był prawdziwy. Ręka w takiej sytuacji jest już nieużywana, wisi sobie niemal bezwładnie, jakby nie istniała.

Niby uodparnia się to moje dziecko na alergeny, ale psychicznie coraz delikatniejsze. Gdyby zobaczyła jak wyglądała te 2 lata temu, popłakałaby się, jak nic.

środa, 20 marca 2013

     Tym razem Córa przyniosła coś nowego, zapalenie krtani. W weekend miała temperaturę 37, co nawet nie do końca wiedziałam jak traktować przy braku jakichkolwiek innych dolegliwości, a w niedzielę w nocy zaczęła szczekać. Następnej nocy przez  godzinę kładłam się i wstawałam, bo męczył ją ten cały kaszel. Nie był może tak upierdliwy, co bolesny, jak wydawała dźwięki, to aż mnie gardło bolało. Od wczoraj więc jest na antybiotyku. Ja natomiast wzięłam zwolnienie, jak usłyszałam, że dzieci przy zapaleniu krtani często mają problemy z oddychaniem, a nawet się duszą, uznałam, że (nie umniejszając nikomu) najlepiej jak sama będę jej pilnować. Nastawiłam się na ciężką chorobę, a Córa, biega, skacze, tańczy, śpiewa i tylko czasem szczeknie.

Nawet spać nie chce. Wczoraj uznałam, że wyjątkowo noc spędzi z nami, żebym ją miała na oku... Dała czadu, nie ma co, usnąć nie chciała w ogóle, bo wyspała się w dzień, skakała po łóżku, zapalała i gasiła wszystkie lampki, albo śpiewała na cały głos "kocham Cię, a Ty mnie...", trudno ją skarcić jeśli śpiewa taki tekst... O 23 położyłam się i ja, oczywiście usnęłam pierwsza, nie mam więc pojęcia do której wariowała. Całą noc spała na kołdrze, przykrywaliśmy ją kilkadziesiąt razy, momentalnie wprawiała w ruch nogi. Najbardziej dała popalić tacie, któremu znacznie ograniczyła przestrzeń, a nawet kopnęła stopą w twarz.

Początkowo strasznie znosiła żłobkowe infekcje, teraz nadal dosyć często coś łapie, ale (tfu, tfu) przechodzi jak czołg.

 

 
1 , 2