Kto rządzi w naszym cyrku?

Wpadki, wypadki

poniedziałek, 03 lutego 2014

     Ponoć niemal co 5 wypadek zdarza się w domu. U mnie co 5 nie zdarza się w kuchni. Gdyby ktoś chciał się mnie pozbyć, nie pozostawiając śladów, powinien załatwić mi pracę właśnie na kuchni. Wyglądałoby to na samobójstwo podszyte masochizmem. Jak nie poparzę łapy wsadzając ją do piekarnika, to potnę palce. Już jako dziecko, miałam na swoim koncie zarżnięcie się łyżką (!) i zgryzienie szklanki.
W ciągu ostatnich 2 tygodni zdążyłam się kilkakrotnie poparzyć (widelcem, parą, patelnią), upuścić duży słoik majonezu, naczynie żaroodporne z obiadem w środku, rozbryzgując tłuszcz po ścianie w kolorze "magnolia". Ostatnio też piekłam chleb w naszej super maszynie... Chciałam go puścić z opóźnieniem, żeby był ciepły na śniadanie, na szczęście składniki nie mogły czekać. Zorientowaliśmy się po pewnym czasie, że masa się nie kręci... No cóż, Matka zapomniała wsadzić śmigło. Wedgług instrukcji, maszyny mogą używać dzieci powyżej 8 roku życia, a nawet osoby nie w pełni zdrowe fizycznie, czy psychicznie (!), oczywiście pod nadzorem kogoś dorosłego i sprawnego. Dobrze, że KO mnie nadzorował. 

Do niebezpiecznych narzędzi kuchennych, dochodzą jeszcze inne, czające się w całym domu, żelazko (również prostownica/lokówka), igły, nożyczki.
Lubię gotować i chyba nie wychodzi mi to najgorzej, ale jakim kosztem? Ja się nie nadaję na kurę domową, w biurze byłam taka bezpieczna!

wtorek, 15 stycznia 2013

     Wchodzę wczoraj do żłobka po Córę, ta zdziwiona moim widokiem (od niemal miesiąca nie wyszłam przed 16 z biura), radośnie krzyczała „mamusia, mamusia”. Mówię jej więc, że dziś komplet, jest też i tata, tylko czeka w aucie, bo nie miał gdzie zaparkować. Na to wchodzi do żłobka facet, a Córa:

- O, inny tatuś..

- No tak, przyszedł tatuś Twojego kolegi.

- Nioooo.

Po czym ja do faceta:

- Dzień dobry.

A Młoda na cały głos:

- Dzień dobry drugi tatusiu!

wtorek, 18 grudnia 2012

     Znam siebie już tyle lat, a nadal nikt bardziej mnie nie zaskakuje. Jestem totalnie nieprzewidywalna i czasem pełna podziwu dla samej siebie. No bo kto inny potrafiłby naciągnąć sobie ścięgno w pachwinie podczas...wyjmowania prania z pralki? Nikt, tylko ta sama osoba, która wiele lat temu zarżnęła sobie palec...łyżką.

     Kiedy późnym wieczorem, po ułożeniu Córy w łóżeczku, zaległam przed telewizorem, godzina minęła niepostrzeżenie, zdążyłam jedynie paznokcie umalować. Malowanie paznokci to rzadka sprawa w moim przypadku, bo przeważnie nie mam czasu czekać jak wyschną. Po sesji telewizyjnej musiałam jeszcze ogarnąć garnuszki, kubeczki, łyżeczki, wyrastające w mieszkaniu w najmniej spodziewanych miejscach, naszykować ciuchy na rano i wykonać parę innych czynności. W końcu o północy, zadowolona, że nareszcie mogę zalec w łóżku, kątem oka dostrzegłam pralkę, a w niej pełen bęben mokrych rzeczy, o których na śmierć zapomniałam. Zła więc na pralkę, pranie i siebie, otworzyłam drzwiczki, podstawiłam kosz, złapałam mokrą poszwę na kołdrę (200x200), a w tej jak się okazało, zagnieździła się cała pozostała zawartość bębna. W tej swojej złości, z tymi ledwie podeschniętymi paznokciami, uznałam że nie będę się rozdrabniać i delikatnie rozbebeszać powstałego wora, tylko złapałam i zaczęłam ciągnąć na siłę.

     Tym więc sposobem nadwerężyłam sobie ścęgno. Nie mogę bezboleśnie podnieść wyżej lewej nogi, stanąć na niej... Jaka nauka z tej opowieści? Trzeba zapinać poszwy przed praniem.

czwartek, 13 grudnia 2012

     Czasem zaskakujemy sami siebie w naszym rodzicielstwie. Z ostatnich kilku dni zebrało się kilka hitów. 

     Od poniedziałku Córa wróciła do żłobka, po 3-tygodniowej chorobie i rekonwalescencji. Wczoraj środa, ubieram ją już do domu, zdejmujemy kapciuchy, a ta nagle: „Mamusiu, papi (czyt. kapcie) za małe są”. Macam, a tu faktycznie palec zaraz się przebije na zewnątrz. Chodziła więc tak 3 dni w zamałych butach.... Przynajmniej wiem, że sama już takie rzeczy komunikuje... Buty zmieniamy równo co 2 miesiące...jak tak dalej pójdzie, za dwa lata zacznie nosić moje. 

     Dzisiaj natomiast, jak już w temacie obuwniczym jesteśmy, założyłam jej rano kozaki nie na tę nogę. Śniegowce, takie grubiutkie, okrąglutkie...no co, można się pomylić... Chociaż na podwórku szybko zauawżyłam, że coś jednak jest nie tak. Mogło być gorzej, kiedyś w ogóle jej butów nie założyłam, jeszcze nie biegała tak sprawnie, więc w pośpiechu zniosłam ją po schodach na ręce, pakuję do samochodu, a ta w kapciach, w dodatku takich skarpetkowych...do zimowej kurtki.

     Kilka dni temu za to, również w pośpiechu, bo zgodziła się z łaski swojej na kąpiel (codziennie to samo, trzeba przekonywać, prosić i grozić) i bałam się, że się rozmyśli, rozebrałam, wstawiłam do wanny...w skarpetkach. Oczywiście się popłakała, bo to tragedyja tak w skarpetach brudnych się kąpać. 

     Wczoraj za to medal powędrował do rąk tatusia... Poszliśmy na sanki, super zabawa, zjeżdżała sama ze sporej (jak na pierwszy raz i moją opinię) górki, ciągnęła sanki do domu, frajda, że hej! Sznurek od sanek jakiś taki krótkawy, płozy z przodu podrywały się trochę do góry jak tata ciągnął Córę, w pewnym momencie słyszę „weź tam czasem na nią spójrz, czy mi nie wypadła”, odwracam się, a sanki postawione, Córa leży na plecach, trzyma się kurczowo oparcia i jedzie głową w kapturze po śniegu... Jak zawsze ma tyle do powiedzenia, tak tylko wielkie oczy robiła, jakby się zastanawiała, czy to aby napewno tak miało być? Kiedy rzuciłam się ją podnosić (bez paniki, żeby nie było) i zyskała pewność, że to nie było zaplanowane, łezki napłynęły do oczu. Ładnie to musiało wyglądać z boku, rodzice idą sobie zadowoleni, a dziecko za nimi niczym wleczone za nogę...

      Koleżanka, która sama dzieci nie ma i nieszczególnie się tematem interesuje, ale siłą rzeczy musi się czasem nasłuchać, stwierdziła, że jak my, współcześni rodzice, opowiadamy o swoich przygodach z dziećmi, zupełnie się to nie pokrywa z tym, co opowiadają o jej dzieciństwie rodzice, czy babcia. Ciekawe, czy to kwestia charakteru rodziców, tzw. czasów, czy też może filtru, przez który przepuszczane są wszystkie historie w drodze do potomnych? Zawsze uważałam, że dzieciom nie będzie można mówić o tym, że zbierało się pały z dyktand, chodziło na wagary, imprezowało w akademiku, co innego wnukom. Dzieci mogą wykorzystać takie informacje przeciwko nam, wnuki zaś powiedzą „babcia, szaaacun”.

piątek, 23 listopada 2012

     No zero. Już pomijam wyciąganie glutów z nosa w miejscu publicznym. Wracamy ze spaceru, szybko, bo bomba w pamperze, a ta pod blokiem, zupełnie nie krępując się przechodzących sąsiadów „o fuuuj, śmierdzi, o fuuuj, kuuupa”. To samo było na wakacjach, kiedy w hotelowej restauracji chciałam cichaczem przemknąć z nią do wyjścia, a ta na cały głos „fuuuuj, kuuupa”.

Któregoś dnia też matka, jak to czasem jej się zdarza, na fantastyczny pomysł wpadła, zaczęła szurać butami w liściach na parkowym trawniku...jak to się mogło skończyć? No i dyskretnie próbuję pozbyć się placka z podeszwy swoich kozaczków, a Córa pomimo mojego „cicho, nic nie mów” znów krzyczy „o nieee, mama ma kuuupee, fuuuuj”. I weź tu człowieku zachowaj przy dziecku dyskrecję.

wtorek, 16 października 2012

     Mamy w domu gości, na szczęście „sami swoi”, trzymam Córę na rękach, bo ogląda przewijanego dzidziusia. W pewnym momencie znudzona tematem i faktem, że to nie ona jest w centrum uwagi, odchyla dekolt mojej bluzki, stanik, wsadza łapę i krzyczy „mama ma cyce!”. Mistrzyni taktu.