Kto rządzi w naszym cyrku?

Akcja Emigracja

niedziela, 06 września 2015

     Także ten...temat emigracji uważam za zamknięty. Chociaż nie, KO jeszcze został po tamtej stronie mocy, ale zaraz do nas dołączy. My z dziewczynami miesiąc temu wsiadłyśmy w samolot i oto jesteśmy. Lot muszę opisać osobno, bo morał był taki, że sama już z Wiedźmami nie latam.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Odbiór rzeczy z dwóch busów, duży pokój w mieszkaniu usypany nimi po sufit i w tym Matka, Królowa Chaosu, która z nieodstępującymi jej na krok nieletnimi musiała ten bajzel okiełznać. Kładłam się między 2-4 w nocy, wstawałam 7-8 rano, w międzyczasie drobny remont i takie tam atrakcje. Kiedy kurz opadł, zadźwięczał pierwszy dzwonek i Starsza ruszyła do polskiego* przedszkola. Z jednym dzieckiem w domu, codziennie po 7h czuję się prawie jak na wakacjach. Na półkoloniach. Ale nie na długo, bo proces poszukiwania tego, co będzie mi co miesiąc wysyłał pieniążki na konto, również ruszył. Chciał nie chciał więc, Młodsza w poniedziałek rozpoczyna swoją ścieżkę edukacyjną w żłobku. Teoretycznie rozpoczęła również w miniony wtorek, ale praktycznie to od wagarów. Jeszcze dobrze nie została zaniesiona**, a już się zdążyła rozchorować. Oj, będzie płacz. Będzie płakać Młodsza, będzie płakać Matka, opiekunki i wszystkie empatyczne dzieci. Córa przecież przez 10 miesięcy swojego życia nie miała zbyt wielu okazji do tego, by zrozumieć, że Matka i Ona to dwa odrębne organizmy, potrafiące funkcjonować bez siebie dłużej niż 2h. W UK byliśmy sami, a nawet same, bo Król Ojciec od maja dom odwiedzał li tylko w weekendy. A teraz po przyjeździe do Polszy, lęk separacyjny był już na tyle silny, że nie sposób było wprowadzać stopniowego przyzwyczajania do tego, że mama może gdzieś wyjść. Zabrakło chętnych, odpornych na dziecięce łzy. Tym sposobem jesteśmy w czarnej dupie. A do tego jeszcze zewsząd komentarze, "przecież ona jest za mała na żłobek/nie powinna jeszcze...itd". Co poradzić? Dorobiłam się już miseczki C/D, ale 4-osobowej rodziny nadal nie wykarmię.


 

* zawsze mówi "a jak byłam wczoraj w tym polskim przedszkolu...".

** kiedy powiedziałam, że Młodsza "pójdzie do żłobka", Starsza poprawiła mnie "ale jak to? przecież ona jeszcze nie umie chodzić!"

środa, 08 lipca 2015

     Ponieważ to nasze ostatnie podrygi w Anglii, postanowiliśmy jeszcze coś zobaczyć. Wystarczyła 1h samochodem i tadaaam Peak District National Park. Piękne widoki, trochę górek, trochę jezior, a w okolicy miasteczka o niezwykłym charakterze. Chciałam wrzucić parę fotek na bloga, ale zmniejszanie, dodawanie, współpraca z angielskim internetem, wszystko to sprawiło, że zapraszam na oglądanie zdjęć na mojej stronie na FB :)

 

środa, 11 czerwca 2014

     

     Nadeszła długo wyczekiwana chwila, nabyliśmy własny środek transportu. Królowa Matka upociła się więc w ciągu minionego weekendu nieziemsko. Bynajmniej nie było to efektem temperatury powietrza, ta maksymalnie osiągała 20 stopni, ale Matka spędziła troszkę stresujących chwil za kierownicą...po prawej stronie. 
W pierwszej chwili, po przyjeździe do UK, czułam się jak Alicja w krainie czarów. W ruchu ulicznym wszystko było nie tak. Gdybym wtedy miała wsiąść i prowadzić samochód, szybko skończyłoby się dzwonem. Po roku mieszkania tutaj na pewno jest mi łatwiej. Już coraz częściej wiem w którą stronę oglądać się przy przechodzeniu przez jezdnię!

Wydawało mi się, że najtrudniejszą rzeczą będzie trzymać się tej lewej strony. Wszyscy jednak pocieszali mnie, że szybko się przestawię, zaczęłam więc wierzyć, że to nie będzie takie trudne. A guzik! Lewa strona to faktycznie pikuś, ale do tego dochodzi wiele innych kwestii, których nie przewidziałam.

  
     Wrażenia z pierwszego dnia za kierownicą:
- Wsiadam do samochodu z zamiarem prowadzenia go, odruchowo więc sięgam po pas prawą ręką za lewe ramię...pudło.
- Notorycznie chcąc zmienić bieg walę prawą ręką w drzwi. Redukcja biegu przy dojeździe do skrzyżowania przeważnie kończy się fiaskiem, zanim zdążę znaleźć dźwignię i wrzucić dwójkę, już dawno stoję.
- Kiedy potrzebuję, nigdy nie mam lusterka wstecznego. Chcąc szybko w nie zerknąć, unoszę jak zwykle wzrok na godzinę 1, lusterka brak. 
- KO siedząc po stronie pasażera, co chwilę wykrzykuje "zjedź do prawej!". Nie rozumiałam dlaczego polscy kierowcy, którzy przestawili się na tutejsze warunki, zawsze mówili coś o jeżdżeniu po krawężnikach. Teraz mi się rozjaśniło. Człowiek przyzwyczaja się, że jak już czasem jedzie tym lewym pasem, siedzi tyłkiem przy krawężniku. Inna sprawa, że KO to mi płacze jak mam jeszcze pół metra do krawężnika, a prawą nogą robi dziurę w podłodze kiedy dojeżdżamy do świateł. Ale w Polsce miał to samo, takie schorzenie, myśli, że jak on nie ma kontroli nad pojazdem, to już nikt jej nie ma. Zawsze jego pomysł na to jak zaparkować, czy wyjechać z ciasnego miejsca, jest lepszy. Kiedy nie robię tego tak jak on sobie obmyślił w głowie, to nawet jeśli jest sprawnie, jest źle. Sam natomiast usechłby gdyby posłuchał mojej rady, a przydałoby mu się na przykład kiedy parkuje równolegle.
- Tubylcy parkują samochody gdzie popadnie. To nie kwestia samowolki, po prostu nie ma zakazów, a co nie jest zakazane, wiadomo, że jest dozwolone. Rzędy aut stoją tak na ruchliwych ulicach, jak i na tych mniejszych, gdzie trzeba się potem przepuszczać z tymi z naprzeciwka. I nie to, że jedno koło na chodniku, jak się zatrzyma tak stoi. Raz, że widoczność żadna, kiedy skręca się w taką ulicę, a dwa, patrz punkt powyżej, mam nadzieję, że nie będę kolekcjonować urwanych lusterek. 
- Na autostradzie zastanawiałam się dlaczego wszyscy tną tym lewym pasem? Co za brak wychowania.
- Sygnalizatory świetlne to nie coś, co wali mi po oczach i dynda nad moją głową, lecz czasem niepozorne słupki z niezbyt widocznym światełkiem, które stojąc w dużym mieście, w gąszczu znaków drogowych nie robią wystarczającego wrażenia.
- Mają tu trochę dziwnych zasad, skrzyżowań, rond, albo nie, ronda dostaną osobny punkt, a znaków drogowych należy wypatrywać znów nie po tej stronie co zwykle. 
- Ronda. W ciągu dwóch dni, przejechałam przez kilkadziesiąt, a nie jeździłam 24h. Raz rondo to kawał lasu, niekoniecznie w kształcie koła, przez który nie widać żadnego zjazdu, tylko ściana drzew. Innym razem, to kleks białej farby na skrzyżowaniu. Do tego sporo bałwanków, gdzie z jednego ronda wjeżdża się na drugie. 
- Piesi nie czekają na zielone światło i nie są to tylko bandy przebiegających łobuzów, ale również inwalidzi na wózkach, czy babcie z balkonikiem. Nikt nie może się czuć gorszy, każdy ma czasem ochotę zaszaleć.
- Cieszę się, że kierowcy względnie przestrzegają tu ograniczeń prędkości, nikt nie stukał się w czoło i nie walił mi za dupą długimi, bo jechałam sobie tych 30 mil/h.

     To była sobota. W niedzielę zrobiłam trochę więcej kilometrów i wylanego potu było znacznie mniej. Dobrze, że KO mnie tak na dzień dobry przetyrał. Od poniedziałku jeżdżę już sama. Idzie mi nawet lepiej niż z nim, bo jego bez przerwy pytałam "i co teraz?", a tak muszę się sama orientować, myśleć, patrzeć na znaki. Ofiar brak. Tylko nadal skręcając w prawo powtarzam sobie "na tamtą stronę jezdni, na tamtą stronę jezdni....". 

 



http://blogroku.pl/2014/kategorie/-km-jelsdzi-po-drugiej-stronie-lustra,cmg,tekst.html

czwartek, 27 lutego 2014

     W minioną sobotę, pojechaliśmy na spacer do Liverpoolu. Bilet na pociąg wychodzi nawet minimalnie taniej, niż autobusowy do centrum naszej mieściny. I jedzie się tylko 10 min. dłużej. Dobrze wiedzieć, szczególnie że teraz stację kolejową mamy pod nosem, a wysiadając na docelowej w Liverpoolu, lądujemy w samym centrum orgazmu niejednego zakupoholika. W naszym centrum, nie ma nawet normalnego obuwniczego. A nie, jest jeden, tylko z obuwiem sportowym, w rozmiarach wyłącznie dorosłych. Człowiek więcej się nalata po tym mieście w poszukiwaniu czegokolwiek, niż to warto. 

Ponieważ kiedyś już słyszałam głosy upominające się o fotki, zamieszczam jakieś dzieła KO, z Alberts dock Liverpool:

Poniżej mieszkanie z II wojny światowej. Poczuliśmy się dziwnie oglądając jako wystawę muzealną coś, co jako dzieci oglądaliśmy na niejednej wsi. Ba! Śmiem twierdzić, że na niejednej polskiej wsi po dziś dzień zachowały się takie śmiałe sytlizacje. No, ale żeby wilkinową trzepaczkę tak od razu do muzeum? Na szczęście wystawa darmowa. W ogóle muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona. Muzeum Morskie również zwiedziliśmy bezpłatnie, kiedyś byłyśmy z Córą jeszcze w Muzeum Świata i też funciaka nie dałyśmy. 


 I trochę z doków pod osłoną nocy:



Tu jakie mamy piękne zdjęcie z Córą? Dobrze, że makijaż zrobiony!
A to wielkie koło w tle, oczywiście musieliśmy zaliczyć!

Kółko ma 60m wysokości, zamykane wagoniki, z przyciskiem alarmowym, połączeniem głosowym z obsługą, klimą, radiem, pełen luksus. Tylko drinków brakowało, żałowaliśmy, że nie zaopatrzyliśmy się w żaden prowiant.



Za to mogliśmy sobie popatrzeć


Ufff, gdybym przy tym komputerze, na którym obecnie działam i tym łączu internetowym, które pozwala mi bądź co bądź kontaktować się ze światem, miała prowadzić fotobloga, popełniłabym seppuku.

niedziela, 19 stycznia 2014

     Długo mnie tu nie było. Ale niestety nie dało rady. Dziesięć dni w Polsce, zorganizowaliśmy sobie tak, że nie było się kiedy po...głowie podrapać. Wychodziliśmy z domu po śniadaniu, wracaliśmy późnym wieczorem, a czasem nawet w nocy. Córa dzielnie dotrzymywała nam kroku. Cóż, nie jest łatwo nadrobić 7 (my), 9 (KO) miesięcy poza krajem w 1,5 tygodnia. Na szczęście niemal wszystko udało się załatwić, niemal z każdym, z kim chcieliśmy, spotkać. Tylko imprezowy weekend słabo wypalił, bo jak nie ktoś w ciąży, to właśnie urodził, pakuje, wycina sobie coś lub po prostu skończył się towarzysko. Była więc kulturalna posiadówa. W takim oto świetle faktów, postanowiłam jak większość raczyć się na mieście drinkami bezalkoholowymi i wrócić do domu autem, bo stacjonowaliśmy pod miastem, więc żeby już się o transport nie martwić... Za to w tygodniu, udało mi się spotkać ze śmietanką z mojej byłej pracy i tutaj już za szofera robił mi KO. 

Córa była w swoim żywiole, jeździliśmy po rodzinie, znajomych, niektórych widziała ostatnio jako niemowlę, ale nie przeszkadzało jej to w dawaniu występów i popisach. Zadowolona, że w końcu ma taką publikę. Wyszalała się też strasznie z pradziadkami, z którymi ma świetny kontakt. Nawet została z nimi sama na kilka godzin, a my pojechaliśmy przegrzebać naszą starą piwnicę, uporządkować trochę rzeczy, Córa tylko dała nam dsyspozycje co mamy jej przywieźć? Artystka pamięta swoje zabawki po takim czasie, zwłaszcza, że te "najważniejsze" przybyły już do UK. Ba! Jadąc ulicą miasta, którą nie jeździliśmy zbyt często, krzyknęła w pewnym momencie "i zaraz będzie most!". 7 miesięcy dla trzylatka to niby dużo, a jednak główka pracuje.  

     Ja zahaczyłam oczywiście również od stomatologa... Jak większość Polaków, zęby leczyć zamierzamy jedynie w Polsce, raz, że ceny, a dwa, jeśli Anglicy robią zęby tak samo jak wszystko inne...strach się bać. Niemniej jednak, wizyta u tego dentysty odbiła się na mnie traumą. Poszłam w zasadzie bez większej potrzeby. Po przeglądzie okazało się, że wszystko jest w porządku...w efekcie jednak, zdecydowałam się na wymianę jednej plomby. Po rozgrzebaniu okazało się, że gdzieś jest już dziurka, na styku 6 i 7. Pan doktor zrobił mi więc od razu 2 zęby. Nic to nowego, u mnie norma. Ale nigdy, przenigdy, nie spędziłam na fotelu 4,5h! Z rozwartą jak najszerzej paszczą, do tego ściekającą śliną do gardła, przez którą kilkakrotnie niemal się utopiłam, a i ratując życie, oplułam szanownego stomatologa. Ostatnią godzinę, leżałam już z podkurczonymi nogami (zdrętwiały mi w jednej pozycji), trzęsąc się jak galareta z zimna, bólu, zmęczenia, aż cały sprzęt na tym wysięgniku podskakiwał. A pan doktor rzeźbił i rzeźbił... W życiu nikt mi tyle czasu plomby nie zakładał (a mam ich trochę i ponoć wszystkie ładnie założone). Byłam bardzo ciekawa, czy jak w końcu zejdę z fotela, zacznę bluźnić, czy płakać? Najgorsze, że za drzwiami czekała już Córa z KO, bo mieliśmy jej zrobić pierwszy przegląd. Dobrze, że nasz czas minął i sam lekarz stwierdził, że nie zdąży, bo nie dałabym rady wesprzeć ją, powiedzieć, że to czysta przyjemność. Zresztą widziała w jakim stanie wyszłam, choć próbowałam się trzymać, nie było lekko. 

   ***

     A jutro pierwszy dzień w przedszkolu! 

- Córa, idziesz jutro do przedszkola, do dzieci?

- Nie. Do dziewczynek!

Zapytana zaś o poziom swojego angielskiego odpowiada:

- Umiem tylko "I'm hungry", "toilet" i "teddy bear". 

Nie zginie. Przyznać jej jednak trzeba skromność, bo rozumie o wiele więcej.

 

piątek, 27 grudnia 2013

     I po. Pierwsze Boże Narodzenie na emigracji za nami. Udało nam się jakoś zorganizować. Na Wigilii było 12 potraw...licząc soki i 2 rodzaje ogórków. Córa pomagała w kuchni, lepiła pierogi i nawet jak musiałam na chwilę wyjść do pokoju, ponadkładała farsz na kolejne kółka. Za rok robi sama. 

Po kolacji Mikołaj podrzucił prezenty pod choinkę. Chyba byliśmy w tym roku grzeczni. Córa w sobotę napisała list, dumnie zaniosła do skrzynki pocztowej i ani przez chwilę nie wątpiła, że Mikołaj przyniesie jej dokładnie to, o co poprosiła. Nie myliła się, dostała min. swój "wymarzony stoliczek z Dośką". Wiara w Mikołaja jest niesamowita, taka...czysta. To wiara w bezinteresowność. Z początku miałam w tym roku małe wyrzuty sumienia, za takie wpuszczanie w maliny dziecka, które za pewnik przyjmuje wszystko, co powiedzą rodzice. Jej mina na widok prezentów pod choinką zagłuszyła jednak moje sumienie. Była bardzo przejęta i taka szczęśliwa.

Wracając do choinki...ona jest...różowa! Nie miałam nic do gadania 2:1. Zanim urodziła się nam Córa, Król Ojciec unikał różu jak ten wampir czosnku, a teraz proszę, sam zaproponował różowe ozdoby, ku radości naszej pierworodnej. 

     W pierwszy dzień świąt mieliśmy gości, spotkanie pod hasłem "jaki ten świat mały". Córa poznała nową koleżankę w swoim wieku i całkiem ładnie się dogadywały. Były momenty walki o piłkę, czy kuchnię, ale jak na pierwszy raz i tak nieźle im poszło. Córa sama postanowiła odstąpić koleżance nowe krzesełko, a kiedy ta miała chwilę słabości i zalała się łzami, przyniosła jej swojego ulubionego misia do przytulenia.

     W drugi dzień świąt postanowiliśmy wczuć się nieco w angielską kulturę i...ruszyliśmy na wyprzedaże. Fakt, faktem, że przeceny rzucili grube. Królowa Matka jednak lekko się podłmała. Mają tu duży wybór jeśli chodzi o rozmiarówkę, ale niestety zaczyna się ona nieco zbyt wysoko dla KM. Co z tego, że piękne sukienki za 15-20 GBP? Co z tego, że bluzeczki poniżej 10 GBP? W końcu zirytowana KM zakupiła sobie 2 bluzki na dziecięcym... Pozostają 3 opcje, albo przytyć, albo kupić maszynę do szycia i bawić w przeróbki, albo przerzucić na sukienki z myszką Minnie.

środa, 18 grudnia 2013

     No to Córa zapisana, zaklepana, już się nie wymiga. Jako trzylatek jesienny, rozpocznie przedszkole w styczniu, zgodnie z brytyjskim systemem edukacji. Przebierałyśmy, zwiedzałyśmy, potem jeszcze przeprowadzka nieco pokrzyżowała plany, ale w końcu udało się znaleźć odpowiednią placówkę. 

Dziś byłyśmy umówione od rana na dzień zapoznawczy, czyli Córa miała się nieco wdrożyć, a KM dokończyć formalności. Oczywiście KM nie byłaby sobą, gdyby nie odkryła wczoraj o godzinie 23, że w teczce z informacjami o przedszkolu, które otrzymała w ubiegłym tygodniu, jest sterta formularzy do wypełnienia. Papierologia gorsza niż w PL. Formularze tydzień temu, formularze w ramach pracy domowej i jeszcze dziś wypełniałam u dwóch kobiet kolejne papiery. Drzew to w UK mają chyba nadmiar. Serio, świadomość ekologiczna w Anglii jest na takim poziomie, jak w Polsce za czasów, kiedy mama obcinała mi stopy w rajtuzach helanko i nosiłam jako getry. 

Córa dumna, zadowolona, nie chciała słyszeć o powrocie do domu. Biegła zawsze tam gdzie dzieci, ale z uwagi na barierę językową, bawiła się sama. Mimo tego, to dobry znak, że świadoma swojej "inności", nie izoluje się od innych. Angielski łapie w lot i teoretycznie jestem spokojna o to, że sobie poradzi, niemniej jednak wiadomo jak się czasem ma teoria do praktyki. Mam nadzieję, że nie zrazi się na początku, że z nikim nie może się porozumieć...


     Co do samego przedszkola, tutejsze plackówki są zdecydowanie inne niż te, które znam z Polski. Przede wszsytkim daleko im do sterylności, Anglicy bardziej stawiają na rozwój sensoryczny, manualny i pobudzanie wyobraźni. Dzieciaki mają swobodny dostęp do ciastoliny, którą w każdej chwili mogą rozklapciać na podłodzie, do kleju, brokatu, farb, wody itd. Poza tym, nie ma tu chyba obowiązku zmieniania butów, bez względu na porę roku. Inna sprawa, że dzieciaki codziennie, okrągły rok, korzystają z ogrodu (wyjątkiem są dni, kiedy leje jak z cebra), więc kto by się bawił w przebieranie? Zresztą rodzice też, jak nie raz widać, nie przywiązują do tego większej wagi. Nic to, że dziecko w grudniu, wyszło na podwórko w koszulce i kaloszach na gołe nogi. Inna sprawa, że temperatury teraz to 8-12 stopni. No i w tym przedszkolu nie zauważyłam, ale w większości, w sali stoi piaskownica. W grupie Córy jest jeden pan przedszkolanek, dobrze, niech się dziewczyna uczy, że nie ma zawodów męskich i damskich.

Swoją drogą, w niedzielę, Córa miała okazję przejechać się ciężarówą, a nawet koparą! Dziś pani w tym przedszkolu pyta, czym moje dziecko najbardziej lubi się bawić? Hmmm... odpowiedzi jest sporo, ale ostatnio akurat ma fazę na to, że jest dziewczynką, będzie się bawić z dziewczynkami, plastikowa biżuteria, lalki, kucyki, więc mówię, że typowo dziewczęce zabawki, po czym się odwracam, a Córa jeździ po dywanie koparką.

 

czwartek, 10 października 2013

     Dwa tygodnie temu ruszył u nas w mieście recykling odpadków. Krzyczeli, ogłaszali, reklam co nie miara. Większość ludzi z naszej ulicy zignorowała sprawę, my uznaliśmy, że będziemy eko. Zamówiliśmy przez internet odpowiednie pojemniki i torby. Osobno papier, plastik, szkło i tektura, resztki jedzenia, a cała reszta do dużego kosza, jak zwykle. Pomysłodawcy plan mieli niezły, bo te duże kosze zamiast co tydzień, opróżniane są teraz co drugi, wszystkie posegregowane śmieci natomiast, regularnie w każdy np. wtorek (dzień zależy od rejonu). Komu więc nie starczy brązowego kosza na 14 dni, musi segregować. 

     W pierwszym tygodniu, kiedy akcja ruszyła, wszystko poszło sprawnie. Szefu miasta dumny jak paw, fotografował się z uśmiechem na tle śmieciarki.
W kolejnym tygodniu, śmieciarze przyjechali dzień później, co sprawiło, że od poniedziałkowego wieczoru, do środy, nasze pojemniki stały przed domem, na chodniku, nota bene, dosyć ruchliwym (pomijam wartości estetyczne ulicy i silne podmuchy wiatru). Kiedy w końcu panowie śmieciarze przyjechali, opróżnili wszystko, ale zapomnieli o jednym, wielkim różowym worku... Tego dnia też zaginęła nasza niebieska torba na papier... Wykluczam samoistne wyfrunięcie, bo zdążylam ją przenieść pod drzwi frontowe, musiałaby pokonać murek, a była dosyć solidna.

Teraz trzeci tydzień, jest jeszcze lepiej. Zaczyna się czwartek, a pojemniki/worki ze śmieciami nadal, od poniedziałkowego wieczoru leżą na chodniku. Najciekawszym ze wszystkiego jest fakt, że zniknął kosz na odpadki biodegradowalne. Ktoś nam zajumał śmietnik z resztkami żarcia! Wanglia!
Gdyby jeszcze ten nieszczęsny worek, co to nawet śmieciarze go nie chcieli zniknął, ale nie, nowy kosz, który prezentował się najlepiej w tym całym naszym śmieciowisku. 


Przypominam,  że większość sąsiadów olała recykling, więc nasze śmieci leżące sobie na środku nie mówią bynajmniej "patrzcie jacy porządni ludzie! Są EKO!".

wtorek, 01 października 2013

     Nadszedł czas, kiedy Królowa Matka, wzięła dupę w troki i zabrała się za szukanie przedszkola. W UK jest tak, że od września startują trzylatki urodzone do 31 sierpnia, dzieciaki jesienno-zimowe natomiast, zaczynają od stycznia. Owszem, mogą iść wcześniej, jak to mówią, kto bogatemu zabroni? Generalnie koszty przedszkola, gdyby tak posłać dziecko przed tym terminem, to bagatela ok. 700 GBP miesięcznie. Przynajmniej w naszej mieścinie, wiadomo, że taki Londyn ceni się wyżej.

To właśnie spowodowało, że Królowa Matka obrosła w piórka i...została kurą domową. Jakoś przeżyje do końca roku. Chyba.... Tak, czy inaczej, czas najwyższy, żeby rozejrzeć się za placówką dla pierworodnej. Jakie są efekty? Najbliższe przedszkole, o którym pisałam w czerwcu, już nam przeszło koło nosa. Kiedy zadzwoniłam, pani potraktowała mnie krótko, nie ma miejsc, sorry, pa. Ok, przyjęłam do wiadomości. Nawet się szczególnie nie zmartwiłam, bo otwarte mają dopiero od 8 rano, no i ten pomysł z posyłaniem obcojęzycznych dzieci do grupy maluszków...

     Postanowiłam, przyjżeć się kolejnemu, jeśli chodzi o odległość od domu, przedszkolu. Zadzwoniłam w piątek. Pani miła, sympatyczna, poinformowała mnie, że miejsca ależ i owszem są, nie ma pośpiechu, jak chcę, mogę przyjść, rozejrzeć się, kiedy mi pasuje. Uśpiła moją czujność na cały weekend. Ubrałam więc dziś Córę, uczesałam, powiedziałam, że ma pozować na wzorową uczennicę i ruszyłyśmy. Z zadowoleniem zauważyłam, że niespiesznym krokiem, dotarłyśmy na miejsce w ciągu 12 min. Placówka umieszczona niestety przy ruchliwym skrzyżowaniu, niemalże na samym rogu. Nic to, nie będę się zrażać, w naszym mieście w PL też mieliśmy takie placówki i rodzice je wychwalali. Żeby znaleźć furtkę, musiałyśmy obejść "posiadłość" dookoła. Z tyłu "plac zabaw", zjeżdżalnia plastikowa, jak to w przedszkolu, do tego ze dwie huśtawki tzw. koniki, takie jakby zrobione naprędce z dwóch desek i czegoś tam, a do tego kilka rozrzuconych skrzynek po butelkach. Pomyślałam, że w sumie ciekawe z tymi skrzynkami, rozwija dziecięcą wyobraźnię. Teraz widzę to troszkę inaczej. Drzwi otworzyła mi elegancka pani Manager. To był pierwszy i ostatni elegancki element na tym obiekcie. Już z zewnątrz wydało mi się podejrzane, że budynek wygląda jak...barak. W środku było jeszcze gorzej. Autentycznie, czegoś takiego jeszcze nie widziałam! Zwiedziłam kilka żłobków w Polsce, kiedy zapisywaliśmy Córę, tutaj byłam w jednym normalnym, przeglądałam galerie kilku innych, ale to? Spodziewałabym się tego typu przedszkola w biednych krajach azjatyckich, a nie w cywilizowanym kraju Unii Europejskiej, w XXI w. W środku, była jakiaś kanciapa przystosowana na biuro, a reszta, to jedna wielka sala, z zagrodami, takimi jak w korporacji, tylko w zdecydowanie gorszym stanie. Wydzielonych było kilka "pokoi" po kilka m2, ściankami drewnianymi (tak sądzę, nie macałam) o wysokości ok. 1m. Na dzień dobry rzucił mi się w oczy chłopiec z zielonym glutem od otworu nosowego, do gębowego, a potem jeszcze dziewczynka wymachująca nożyczkami, które raczej nie były z tych "bezpiecznych". Poza tym nie zaobserwowałam zbyt wielu zabawek. Ogólnie brudno i skrajnie nieprzytulnie. Na środku wszystkiego stała piaskownica. Stoliczki były plastikowe, takie najtańsze, najlżejsze, z nogami, które rozjeżdżają się pod większym naciskiem. Narzekałam kiedyś, że zwiedzałam żłobek, w którym czas zatrzymał się wiele lat temu, wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętałam moje przedszkole. Ale to, co zwiedziłyśmy dziś, to nie była placówka, której przydałby się remont. Jej by się przydało, żeby ktoś ją w ogóle wybudował. Rozumiem, taką prowizorkę dla dzieci powodzian, czy po innych kataklizmach. To jednak stoi sobie w najlepsze i nosi miano przedszkola. Muszę się podpytać z ciekawości, jakie tu trzeba spełniać wymagania do tego, żeby otrzymać status przedszkola? Bo po dzisiejszym doświadczneniu, śmiem twierdzić, że mogłabym sobie jakieś otworzyć w garażu, gdybym go miała. Z tego wszystkiego nie zapytałam o koszty? Może zadzwonię jeszcze jutro, tak z ciekawości, bo w formularzach nie ma ani słowa na ten temat. Formularze wzięłam z grzeczności. Prawdę mówiąc, kiedy rozglądałam się, skupiałam całą swoją uwagę na tym, żeby ukryć przerażenie w oczach. Nie chciałam robić przykrości przedszkolankom, domyślam się, że to nie ich wina. Chociaż, mając taki obraz, trudno mi sądzić, że opiekunki są z najwyższymi kwalifikacjami i doświadczeniem. To bardziej wyglądało na zesłanie.

Jestem w ciężkim szoku. Choćbym miała wozić Córę za miasto, choćbym miała kolejny rok w domu z nią przesiedzieć, to jej tam nie zapiszę. Nie wiem jak musiałaby mi zaleźć za skórę, żebym ją tam posłała? Mają teraz 10 dzieci, nie dziwi mnie, że nie więcej, ale dziwi, że aż tyle.

     Szukamy wiec dalej. W jednym przedszkolu wpisałyśmy się na listę oczekujących, jutro dzwonię do kolejnych dwóch i może znów coś zwiedzimy? Ostatnio rozmawiałam z dwiema matkami 5-latków, kiedy wspomniałam o tym, że dzwoniłam do przedszkola, zrobiły wielkie oczy, bo po co ja latam po placówach, jak powinnam iść do urzędu i oni mi znajdą miejsce? Po dzisiejszym doświadczeniu nie mam wątpliwości, że jednak wolę sobie szukać na własną rękę.

czwartek, 12 września 2013

     Jak już kiedyś wspomniałam, zaglądamy czasem do pobliskiego Children Centre na zajęcia w playgrupach. Któregoś razu usłyszałam, że organizują tam również czytanie bajek w ramach promowania języka wśród najmłodszych. Zapytano mnie, czy chciałabym zapisać Córę na coś takiego? No pewnie, czemu nie? W pierwszej chwili pomyślałam, że to też coś na zasadzie spotkania w grupie. Kiedy jednak zadzwoniła do mnie w ubiegłym tygodniu kobieta, okazało się, że to ona przyjedzie do nas. No ok. Nadal jednak nie miałam pojęcia jak to będzie wyglądać? Promowanie angielskiego, czytanie, tyle mówili. 

Okazuje się, że to sesja 4 spotkań, przez 4 kolejne tygodnie. Dzisiejsza wizyta wyglądała tak: przyjechała miła, młoda kobieta, kazała mi odpalić płytę, zdziwiona, że nie mam telewizora, a do laptopa podłączam dziwne pudełko, żeby tam dopiero tę płytę wsadzić. Obejrzałyśmy filmik o tym, że dzieciom trzeba czytać, bo to rozwija, bo dobrze wpływa na wyobraźnię, bo wzmacnia więź dziecko-rodzic, trzeba też śpiewać, nawet jak się nie umie, a przy czytaniu rozmawiać na temat obrazków, uczuć itd, itp... Generalnie nic odkrywczego. Dostałyśmy więc tę fantastyczną płytę, żebym mogła ją sobie oglądać i oglądać za każdym razem, kiedy tylko zapragnę. Do tego kartkę z 2 piosenkami (takimi, gdzie konieczny jest układ choreograficzny w stylu machanie rączką, kręcenie paluszkiem, mruganie oczkiem) i pracę domową, nauczyć się ich na następny tydzień. Ponieważ wszystko trwało ok. 10 min, kolejnych 10 pogadałyśmy jeszcze o pierdołach w stylu "jak wam się tu podoba?" i tyle.

     Śmiać mi się chciało, bo pojęcia nie mam czemu takie spotkanie miało służyć?Czytam Córze od zarania dziejów, śpiewam odkąd wyszłyśmy z oddziału położniczego (tam jeszcze czułam się dziwnie nawet gadając na głos do noworodka, tak przy świadkach). Chodzimy do tutejszej biblioteki, więc co rusz przerabiamy nowe angielskie "lektury". Znamy coraz więcej przedszkolnych przyśpiewek, Córa sama już zarzuca niektóre kawałki. A co do rozmów na temat obrazków... Fakt, czasami już nie wyrabiam, bywa, że nie mogę zdania przeczytać, bo zalewają mnie lawiny pytań, a każda odpowiedź rodzi kolejne. Ostatnio natomiast, podczas Kopciuszka czytanego po raz 1324, Córa wierciła się, właziła mi na plecy, głowę, powiedziałam, że kładzie się i naciąga kołdrę na uszy, albo przestaję czytać. W momencie, kiedy znów mrówki ją oblazły, zamilkłam w pół zdania. Dokończyła je ze śmiechem. Co najlepsze, nie były to żadne bardzo charakterystyczne słowa, żadne rymowanki. Ja nie sądzę, żebym to wiedziała. Spodobało nam się i przerywałam tak jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem słyszałam ciąg dalszy... Nawet zwroty, które pojawiają się wyłącznie w tej opowieści, nikt nie używa ich na codzień. Śmiesznie brzmiały w ustach takiego brzdąca. Bajka ma 28 stron, na każdej 1-3 zdania (w zależności od długości). To samo z Jasiem i Magłosią, Piękną i Bestią, więcej książek nie sprawdziłam. 

     A w jednej z tych piosenek, których mamy się nauczyć, pojawia się kwakanie kaczki, Córa pięknie robiła "qua, qua, qua", mówię:

- Och, moja kaczuszka!

- Nie jestem kaczuszka! Jestem Teletubiś!

Nie nadążam, wczoraj była Peppą.

 
1 , 2 , 3